piątek, 30 czerwca 2017

W POPRZEK SŁOWACJI!

SLANSKIE VRCHY+CERGOV

2017, czerwiec



Zrodził mi się pomysł na przejście Słowacji w poprzek od granicy Węgier do Polski, w taki sposób, aby to przejście odbywało się możliwie pasmami górskimi i zawarło się w czasie tygodnia.

Wybrałem Slanskie Vrchy i Góry Czerhowskie.

Jako opcję dojazdu wybrałem wariant już sprawdzony - do Cieszyna przez Katowice. Tam przejście do Czeskiego Cieszyna i dalsza jazda niezawodnymi czeskimi pociągami.

Piątek. Tym razem pociąg spóźnił się sporo do Katowic , przesiadając się w pośpiechu wpadam na ...menela, który biegnie na to samo połączenie do Ustronia, bo zaczyna GSB! Jedziemy pół godziny razem i traktujemy to spotkanie jako dobry omen.
Rozstaliśmy się na jakiejś stacyjce, gdzie zmieniłem pociąg na kolejny lokalny i tak dotarłem do Cieszyna. W Cieszynie okazało się, że załapię się jeszcze na połączenie Pendolino do Koszyc!

Jest to najszybsze i najwygodniejsze połączenie przez całe Czechy i Słowację. W taki sposób wylądowałem w Koszycach już o 14.45

Krótka przesiadka na lokalny pociąg i w popołudniowym upale docieram do początku wyprawy:

Vyšná Myšľa, 228 m npm
Pierwszy cel to garb w oddali, trzeba przejść sporo odkrytego terenu w pełnym słońcu i przy zbliżającej się burzy!

Trochę spanikowany osiągam skraj lasu. Dzisiaj chciałbym dojść jak najbliżej do granicy węgierskiej i znaleźć jakieś miejsce noclegowe. Trochę mylnym szlakiem niebieskim wkręcam się w masyw, aż po dwóch godzinach dochodzę do skrzyżowania Velka Marovka.
Jest dopiero popołudnie a ja podkręcony i najedzony. Idę w takim razie do granicy słowacko-węgierskiej.



Dalej wzdłuż słupków granicznych trudne podejście pustym szlakiem na Suchą Horę i jeszcze dalej na sam Veľký Milič /900/:

To można powiedzieć symboliczny początek trasy w poprzek Słowacji. Schodzę do żółtego szlaku, słońce powoli zachodzi. Nagle kilkadziesiąt metrów ode mnie słyszę hałas i widzę wielki kłąb burego futra szybko umykający w bok! To niedźwiedź! Drę się trochę i śpiewam, aby wydawało się, że jest mnie więcej niż w rzeczywistości 👤👤👤👤👤

Szybko oddalam się od tego rejonu i przez Maly Milič wieczorem wracam na Velką Marovkę, gdzie znajduję wiatę, w której się lokuję i spędzam noc. Już po ciemku idąc po wodę do studzianki wpadam jeszcze na chrumkające wesoło towarzystwo, które bezceremonialnie odganiam od wody 😁
tego dnia: 18km; 1300m pod górę

Sobota. Gorąco jest już od samego rana, cała nadzieja w tym, że będę szedł w większości lasami.



Po śniadanku zarzucam ciężki wór i idę leśnym asfaltem. Co ciekawe, mijają mnie trzy auta, podejrzewam, że chodzi o wysyp grzybów.

Robię wielki trawers i dochodzę w końcu do zrúcaniny hradu Slanec:

Słowacy robią sobie pikniki i tu w okolicy spotykam kilka osób, dzierżących ciasta, alkohole itd wiktuały 😊 Nawet dostaję powitalnego kielona boroviczki.
Upał jest pokaźny, woda znika mi szybko z butelczyn.

Kontynuuję marsz czerwonym szlakiem wzdłuż grzbietu.

Koło Slancika przekraczam podwójną linię kolejową (jedna z nich jest zdaje się szerokotorowa):

Odcinek od Slancika dłuży mi się niepomiernie, wchodzę w las i mozolnie podchodzę w parnym upale. 
Co jakiś czas łyk wody a to cukierek, nie idzie mi się tu dziś dobrze. Idę a to cyklotrasą ze zrujnowanym asfaltem, a to szlakiem pieszym ścinającym czasem jej zakręty. 
Po jakimś czasie potwierdzają się moje podejrzenia o grzybobraniach:

Tego męczącego odcinka jest z 10-11 km. Z ulgą witam więc szum samochodów, kiedy zbliżam się do Dargovskego priesmyka /473/. Tu mam szansę na coś do picia i jedzenia! Okazuje się, że mały bufecik działa- hurra! i oferuje typowy chłam jedzeniowy, który wydaje mi się w tym momencie ambrozją: hamburgierki, fryty itp 😜 Zasiadam na dłuższy postój obserwując zmieniających się klientów, piję kolejne piwka, uzupełniam butle z wodą. Mam czas, jest późne popołudnie a dni są przecież długaśne😃. Mam nawet w pewnym momencie chętkę pozostać tu na noc za czołgiem, ale szosa jest dość ruchliwa i pewnie w nocy bym słyszał każde auto z 2 km.
W tej okolicy trwały na przełomie 1944-45 roku ciężkie walki, stąd istniejący tu pomnik i pamiątki wojenne.

Po długim, długim czasie podnoszę się ciężko i postanawiam przenieść się na noc o półtorej godziny dalej do rozstaja Pod Pecami. Tam jednak warunków do rozbicia nie ma i idę jeszcze pół godziny na szczycik Lazy /859/. Tu jest cudnie, dziś śpię tutaj!



tego dnia:
30km; 1250m pod górę


Niedziela. Wstaje piękny ranek, dziś znowu będzie ukrop! Obczajam śniadanko na skleconych deskach - śniadanie z widokiem, to jest coś!

Dzisiaj wbijam w kolejną część Slanskich Vrchóv. Dziś nie mogę liczyć nawet na bufet - po drodze nie będzie niczego, tylko woda, jeśli nie wyschły źródełka w tym upale.
Pierwszy cel na dziś to Mosznik /911/:



Zejście na Herlianskie Sedlo /660/ to znowu utrata cennej wysokości. 
Za przełęczą znów podejście na Čeršlinę /897/ - po drodze wypatruję źródełek leśnych, które są tu dość dobrze oznaczone. Takie miejsca są bezcenne, mimo, że woda ledwo co się sączy.

Dalej żmudne podejście prowadzi mnie powoli na Makovicę /981/.


Typowa hrebenovka: znów zejście na siodełko i podejście na Mensi Vrch /950/, gdzie znów czeka na mnie mini-źródełko.



Upał, upał, upał!

Czeka mnie teraz długie zejście przez Ordanky /705/. Tutaj szlak ponowny już raz wykręca jakieś mylne hop-sztosy. Przebieg inny niż na mojej mapie, szlak kręci esy-floresy pod drutami trzech linii WN. Na szczęście w końcu wchodzi w las i wiedzie taką ładna okolicą:



I znowu zszedłem na wysokość 609 m n.p.m., teraz zacznie się nadrabianie. Mozolnie wspinam się znów na grzbiet , przechodzę nieopodal Dubnika, na którym stoi najwyższa budowla Słowacji - maszt nadajnika.

Bardzo już głodny i zmęczony ląduję w końcu na przełęczy Grimov Laz /943/. Jest tu piękna polana a na niej studnia, świetne miejsce na kolejny nocleg.

Gotuję i zajadam się makaronem z prawdziwym sosem bolońskim, który tu przytachałem na plecach😋. Jest tu też fajna wiata z grillem, oups, nieopatrznie tylko "się dotkłem" 👈 😁

Można by złośliwie rzec - słowacka technika😉

Wiata postawiona ledwie w zeszłym roku nie oparła się naporowi natury. Teoretycznie można się tam wczołgać i spać, ja jednak nie chciałem bawić się w jamnika pod szafą.

Aha, no ale ale: przecież zanim rozbiłem obozowisko, zabagrowałem plecak i poszedłem na najwyższy szczyt Slanskich Vrchów - oto Šimonka /1092/:





tego dnia:
25,5km; 1175m pod górę


Poniedziałek. W nocy budzi mnie szum deszczu. Pada dość intensywnie kilka godzin. Dlatego odpuszczam sobie szybkie wstawanie. Dopiero kiedy zaczyna przestawać koło dziesiątej, robię zwykłe poranne czynności. Wychodzę przez to nie wcześniej niż o jedenastej. Jest parno, trawy, krzewy i drzewa są przesycone wilgocią. Szybko w butach robi się bagno. Szlak na trawersie Simonki jest ciężki i kilka razy mylny.





Dalej nie jest wiele lepiej a za to zaczynają się znów podejścia - bardzo strome i uciążliwe podejście ramieniem Cziernej Hory /1073/

Zejście urozmaicone jest przez ładne źródło:

No i znów podejście - na Lysą /956/. A co może być za Lysą? No przecież - zejście na przełęcz😵 Hanuszovske Sedlo. I znowu do góry - na Tri Chotare /1025/. Stamtąd na dół na Javornicką Polanę:

No, to już chyba koniec tej huśtawki na dziś 😃
A, schodzę coraz niżej, toż to przełęcz - już tylko 830m npm... a za chwilę podejście na Tri oltare /906/, można? - można!
Po tym przejściu ląduję przy chacie Sova - zamknięta, ale obok jest studzianka i polana.
Robię mały popas.

Po drodze ku kresowi Slanskich Vrchów odwiedzam jeszcze Zbojnicki Zamek. To taka ruinka, z której widać już Preszów.

No i jeszcze trochę w dół i w dół i koniec - Ruská Nová Ves. To skraj Slanskich Vrchów, przeszedłem pierwszą część trasy, tę niby dzikszą. We wsi słyszę grzmoty, macham troche i rychło poniżej centrum zatrzymuje się stara skodzinka. Chłopak podwozi mnie kilka km do ubytovni w Preszowie.

Jest to jakby schronisko młodzieżowe czy dom studencki. Dostaję pokoik na parterze, dla mnie extra.
Wywlekam wszystkie wilgotne rzeczy i rozwieszam w pokoju, łącznie z tropikiem i komora namiotu. Po zbawiennym prysznicu idę na zakupy do supermarketu a także kupuję w biletomacie bilet i podjeżdżam na starówkę.
Preszów to miasto kontrastów - zabudowania wokół Starego Miasta są ohydne i bezładne, szwęda się też tam sporo "czarniawych". Sama starówka zaś jest odpipkana jak z obrazka, zresztą można sobie zobaczyć na google street view, bo byłem tam wieczorem i nie brałem już aparatu. Ceny gastronomii wyższe niż u nas, powiedziałbym. Natomiast w takim tesco z kolei taniej. Ludzie też różni - ja ich rozumiem powiedzmy w 80% , a niektórzy udają jakbym zaś ja mówił po mandaryńsku.
Po solidnym nawodnieniu i zjedzeniu jakiejś pikantnej pizzy wracam na chatę. 

tego dnia:18km+5km w mieście; 820m pod górę

Wtorek. Od rana widać, że będzie ukrop z nieba. Sprawnie się pakuję, zjadam zakupione wiktuały m.in. rohliki. I idę na autobus aby trochę podjechać do Browaru Šariš.

Oj, tu bym zaległ w upalnym słońcu z piwkiem pod ręką...to już bym nie wstał tego dnia 😁
Przez chwilę widzę Šarišský hrad na wzgórzu 570 m n.p.m.
Straciłem całą wysokość i zaczynam zabawę od nowa z poziomu rzeki Torysy - około 265 m n.p.m.Wkraczam w pasmo Čergov a raczej jego południowe wysunięte rubieże.
Na początek maszeruję szosą do miejscowości Kanas.

Ta śmieszna góra w oddali to Stráž, będę przechodził przełęczą między nią a położoną na lewo Lysá Stráž.

Šarišský hrad.
Upał dzisiaj naprawdę solidny. Robię kilometry coraz bardziej zapocony i rozgrzany. Po przejściu na drugą stronę przełęczy otwiera się widok już na wyższe partie Gór Czerchowskich i dolinę Ternianki.



A za plecami te śmieszne kopce. (Między innymi Kapušiansky hrad).

Po pewnym czasie idąc doliną dochodzę do wioski Terňa. Ojj, tu zakotwiczę na dłużej!
W knajpie spotykam dwóch Słowaków - pierwszych i ostatnich turystów z plecakami - tutaj skrzyżowały się nasze drogi. Zasiadamy razem za stołem z pivem. Panowie - na pewno jeden miał na imię Duszan - są mieszkańcami Bratysławy i zamierzają przejść Ceste Hrdinov SNP. Dopiero dwa dni wcześniej zaczęli na przełęczy Dukielskiej. Gadamy o tym i owym, trochę o sprzęcie, trochę o uciążliwościach marszu. Poprzednią noc spędzili przy chacie Čergov. Pytam ich o dostępność wody i zdradzają mi pewien myk , który sprawdzi się potem na miejscu. Po paru pivach wychodzą, ja jeszcze zostaję - na górę do chaty mam nominalnie 3,5 godziny.
W końcu największy upał troszeczkę mija i wychodzę na popołudniowe słońce.



Nad wzgórzami lata śmigło, to chyba jakaś impreza na Šarišským hradzie?
No nic, ja dymam do ostatniej wioski Hradisko już na skraju zboczy Cergova.
A potem już polami zdobywam wysokość w stronę grzbietu:



W oddali nikną Slanske Vrchy... A ja kieruję kroki coraz wyżej, aż na Sedlo Cergov.

Chata zamknięta. Przy chacie fajne wiaty. Wypada się zaanonsować, żeby nie było zgrzytów, bo rozmieszczono wokół kamery. Telefon jest wywieszony na tablicy ogłoszeń. Głos przez telefon informuje mnie, że woda jest koło chaty poniżej. Po poszukiwaniach okazuje się, że owszem jest abisynka, ale brakuje jej rączki czyli dźwigni. No, super. Na szczęście wiem, gdzie znaleźć "tajną wodę".




Rozkładam się w dużej wiacie. Wokół kręci się tylko natrętny kot, który szybko przekonuje się o mojej antypatii 🙀.
Po posiłku trochę czytam i zapadam w ogólny marazm. A potem do śpiwora i hop, w sen.
tego dnia: 20km; 940m pod górę

Środa. Wstaję wcześnie rano, żeby uniknąć upału. Tym razem okazuje się jednak, że jest wietrznie, niebo zachmurzone i całkiem rześko.
Moim celem na dziś jest utulnia pod Mincolem, gdzie poprzedniego roku zalegaliśmy z menelem. Od siódmej idzie mi się dobrze i sprawnie.

Szybciutko osiągam szczyt Čergov /1049/ , następnie w grzbiecie jest Velka Javorina /1098/ , Solisko /1057/ , Hraszovik /1009/
i zejście na głębokie Sedlo Priehyby /815/.













Po drodze widoczki na Busov i Lackową, Beskid Niski wzywa! Główny grzbiecik Czergowa jest naprawdę w pytunię, aż dziw, że nie spotykam nikogusieńko przez całą drogę. Wysiadam lekko na Uhlisku.





Ale to nic. Mały obiad i regeneracja i podążam dalej na Lazy. Kilka bezimiennych kulminacji i będę na przełęczy. Stamtąd juz krotka piłka na dół, do utulni.









No ale...Przecież jest młoda godzina, ja nie jestem jakoś zmechacony...Trochę głupio schodzić tam na dół i potem siedzieć ileś godzin w oczekiwaniu na zmrok...

Stwierdzam, że jednak pójdę dziś dalej - na początek na Mincol /1157/.







Dalej mocne zejście do głębokiej przełęczy. Jednak zaczynam odczuwać trudy dnia. Przy schodzeniu bolą nogi, przy podchodzeniu na Mały Mincol /1055/- zipię w upale.

Dalszy odcinek jest zabójczy - kompletnie go nie pamiętam z poprzedniego roku, kiedy szedłem w drugą stronę, wszystko wygląda inaczej, jest bardziej zarośnięte, pozawalane wiatrołomami. Kiedy wrócę w Czergov, to już na pewno nie tym szlakiem 😉



















Ciągłe falowanie ścieżki w górę i w dół i tak jest aż do Sedla pod Dlhou, które witam z pewną ulgą. Potem to już powinien być luzik, w dół aż do Ruskiej Voli, ale to ten sam odcinek niebieskiego szlaku, którym nikt nie chodzi i jest całkiem zarośnięty a to pokrzywami a to innym zielskiem. W końcu gubię znaki co było do przewidzenia i złażę gdzieś karkołomnie do potoku. Masakra! Nogi powykręcane, tracę ostatnie siły na tym zjeździe. W końcu, w końcu! Skraj lasu. I dalej znaną ścieżką przez pola - a celem jest sklepik w Ruskiej Voli. Zasiadam pod parasolem, zdejmuję buciory i odpoczywam przy Szariszu i Kelcie.



Przyjechała też polska wycieczka na zakupy i stąd to zdjęcie.

Ostatnie półtora kilometra przede mną - zarzucam wór i dziarsko idę do granicy.


Koniec! Projekt zamknięty.👍

Teraz do Leluchowa na szosę i łapię stopa do Muszyny. Wiezie mnie pasjonat starych roboczych aut z Dubnego - dzięki temu mam atrakcję w postaci przejazdu młodszym ode mnie o dziesięć lat Tarpanem.

W zapadającym zmroku poszukuję jakiegoś fajnego miejsca łączącego gastronomię z noclegami. Niestety, mój pierwszy typ jest zamknięty, dlatego udaję się do hoteliku w Złockiem. Tam czekają mnie luksusy, kwadrans spędzam pod deszczownicami natrysku...

tego dnia:
32,5km; 1420m pod górę


Czwartek. Zrobiłem sobie dzień luksusu i wypoczynku w Muszynie.
Odwiedzam bazę namiotową:

Szwędam się po Złockim, odwiedzam baseny. W międzyczasie rzęsista ulewa + wicher łamiący drzewa.





Piąteczek. Jako, że mam jeszcze dzień zapasu, postanawiam zrobić w pobliżu jakiś niewidziany odcinek. Podjeżdżam autobusem do Piwnicznej-Zdrój i wbijam na szlak zielony.

Piękne podejście do granicy.








Dalej granicą, aż do Eliaszówki /1025/.

Na wieży - widokowe rozczarowanie, sporo chmur ogranicza widzialność.



Trochę widać Tatry.

Podążam na Obidzę do "Bacówki" na obiad. Leci kwaśnica i mix pierogów😋
Ładne miejsca po drodze, to faktycznie szlak wart zobaczenia.



Dalej granicą szlak piękny, widokowy. Do Przełęczy Rozdziela jest ładnie a dalej jeszcze ładniej, ale tamten rejon to już przecież znam.





Idę niespiesznie na kolejne kulminacje grzbietu, bo już odczuwam dzisiejsze podejścia. Przy Wysokiej /1055/ szlak trudny, zerodowany. Odpuszczam podchodzenie na szczyt, bo dalszych widoków, np na Tatry i tak za bardzo nie ma.


Jeszcze trochę wysiłku i schodzę Pod Durbaszkę.

W Ośrodku full, grupy , zuchy i tak dalej. Pan Grzegorz zaprasza mnie w takim razie na glebę. Odpuszczam rozstawianie namiotu, bo z prognozy pogody wynika poranna zlewa. Rozmieszczam swoje graty koło dwóch Francuzek, które znalazły się tam chyba lekko przypadkowo. Ciepła woda, prysznic...jedzonko. Czytam jakąś książkę

tego dnia:
23,5km; 2450m pod górę


Sobota. Rano za oknami mleko i ściana wody. Fajnie, nie będzie żal wyjeżdżać. Kupuję za dychę śniadanko:


Jeszcze do domu przywiozłem! Muszę pochwalić schronisko i szefostwo - wszystko jest w najlepszym porządku i z szerokim gestem w stronę turystów.

Szykuję się do marszu w dół , trudno, trochę zmoknę a potem już autobus...Tymczasem okazuje się, że pan Grzegorz jedzie do Nowego Targu hajluksem i zabiera mnie ze sobą. Exxtra! Gadamy w aucie o wspólnych zainteresowaniach. Jeszcze raz dziękuję!

Wyjazd w pełni się udał, zrealizowałem mój pomysł, widziałem niewidziane nigdy wcześniej rejony, które można nazwać dziczą...pod względem turystycznym bardzo słabo wyeksploatowane. Michun zadowolony!

niedziela, 14 maja 2017

Ćwilin, Kudłoń, Gorc i Turbacz w pigułce


Biwak na Ćwilinie

2017, maj



Temat był wałkowany od dawna, jak zawsze było dużo planów i słów, tymczasem wyszło jak zwykle inaczej.

Mieliśmy z miedziem ambitny plan, aby wejść w piątek na Mogielicę i tam zabiwaczyć, następnie pokonując kolejne Wyspy dostać się na wieczór na Ćwilin na wspólny biwak. Niestety, PKP kolejny już raz wystawiło mnie do wiatru wydłużając moją i tak już męczącą podróż o dwie godziny.
Na spotkaniu z miedziem w Myślenicach dowiaduję się ponadto, iż pozostałe chłopaki przestraszyły się prognoz pogody na sobotę i nie przyjadą w Wyspowy.
Szybko ustalamy we dwóch, ze w takim razie jedziemy od razu do Gruszowca i biwak robimy dzisiaj, a co będzie w sobotę to się okaże - zdecydujemy spontanicznie.
"Pod Cyckiem" nie odmawiam sobie spóźnionego kilka godzin obiadu w postaci gulaszu z żołądków, który tam zawsze smakuje pysznie. W trakcie wywiadu telefonicznego z catty okazuje sie, że właśnie wchodzi na Ćwilin .
Czyli będziemy mieli towarzystwo, chociaż również forumowe, lecz nieco inne niż uprzednio spodziewane.

400 metrów na szczyt pokonujemy nie wiedząc kiedy prowadząc pogaduszki po drodze.
Na szczycie spotykamy ekipę w osobach: catty, Milenę, Yarpena i sparkusa.

Rozkładamy z miedziem jego nowy nabytek hubbę. 
Namiocik jest zgrabny i przemyślnie ukształtowany. Na wysokość wygodny. Węższy niż mój ale za to dłuższy (w nogach można umieścić plecaki), ma dwa przedsionki i dwa wejścia dla użytkowników. Materiał wydaje się dość delikatny, ale być może będzie jednak mocny - okaże się w czasie użytkowania. Z minusów wymieniłbym brak kieszeni i/lub podwieszonej "półki". Kiedy mój husky padnie, będę z pewnością brał pod uwagę hubbę.

Jeszcze sesja na kilka fotek o zachodzie: 


 

i możemy rozpalać ognisko. Fachmanem w tej dziedzinie okazał się sparkus (chociaż poszła więcej niż jedna zapałka).

Przy ognisku typowe pogaduszki o tym i owym, podpiekamy kiełbaski (niektórzy bezpośrednio w ognisku), popijamy piwko. Wiatr wieje mocno a od czasu do czasu jeszcze przybiera na sile i wtedy nasze ognisko płonie poziomo.
Bratnia (i siostrzana) ekipa ma na jutro konkretne plany, my mamy nadzieję na spotkanie z kolegami, którzy nie dotarli. Mając pod ręką auto jesteśmy w stanie przemieścić się w każde wskazane miejsce.Ognisko dogasa i rozchodzimy się do namiocików. W nocy jest przyjemnie, wiatr słabnie i jest dość ciepło.


Rano w sobotę


Rano w sobotę wszyscy zwijamy majdan, my dzwonimy do Marco - wybierają się na Pilsko ale niestety już za chwilę zaczynają trasę. My moglibyśmy tam być najwcześniej za jakieś 2 godziny. Czekania jednakże nie przewidują.
Nasza bratnia (i siostrzana) ekipa wybiera się do Mszany i potem na Gorc Kamienicki.
My w takiej sytuacji wybieramy widokowy wariant gorczański szlakiem, którym szedłem dotąd tylko raz i to przy brzydkiej pogodzie.
Po zejściu do auta lecimy do Rzek. W sklepiku dawka zimnych kalorii w płynie i zaczynamy podejście żółtym szlakiem na Gorc Troszacki i Kudłoń. Mimo upału idzie nam się dobrze i sprawnie. Nagrodą jest gorczańska klasyka.




Ludzi jest bardzo mało. Dopiero na szczycie Turbacza robi się gęściej. Dotąd wg mapy.cz mieliśmy tego dnia 977m w górę.  
Zaniepokojeni oznakami zmiany pogody i alarmistycznymi burzowymi prognozami, zmierzamy do schroniska. Planujemy coś zjeść i zdecydować, co dalej robimy. Pilnie czujemy potrzebę również umycia się z NaCl na skórze dlatego płacąc za czosnkową i schabowe jednak od razu płacę również za glebę. Jemy a następnie rozleniwiamy się w sali kominkowej. Pogoda sukcesywnie pogarsza się , nachodzą chmury i temperatura spada, jednakże zapowiadana burza nie nadchodzi. Trochę żałowaliśmy, że nie poszliśmy do Gorczańskiej Chaty, lecz nie byliśmy pewni na 100%czy jest czynna. No i na niedzielę pogoda miała się popsuć całkowicie i lać, chcieliśmy mieć łatwą drogę. Długi prysznic osładza mi tę decyzję i dylematy. Później idziemy do kuchni turystycznej gdzie kotwiczymy jakiś czas przy wrzątku. Równocześnie w hallu schroniska pojawiają się uczestnicy ultramaratonu. Bardzo narzekają na pogodę i okazuje się, że sporo osób własnie teraz zrezygnowało z dalszego biegu (po ponad 2/3 trasy 170km).
My potem jeszcze trochę siedzimy w jadalni, jednak narastający jazgot odstręcza nas od dłuzszego przebywania. Kilka grup przede wszystkim ze Śląska Górnego urządziło sobie jakby zawody, kto będzie darł japę mocniej i ordynarniej...
Idziemy zatem spać na nasz kawałek podłogi. Niestety tam również nie jest dane nam zaznać spokoju nawet po zamknięciu bufetu - po schodach i korytarzach odbywają się ciągłe pielgrzymki - a to na ćmika, a to w odwiedziny a to na flaszkę, a to tak po prostu bez powodu. Rozpieprza nas nerwowo jakaś para, która o trzeciej w nocy postanawia na korytarzu wyjaśnić sobie zawiłości ich związku. Schroniska na Turbaczu mam dość na długo a wszelkie opowieści o "klimacie" i "atmosferze" można sobie włożyć między bajki...
Rano szybko zwijamy się z legowiska i jemy śniadanie przy kuchni turystycznej.
Na zewnątrz mży i niewiele widać. W szybkich abcugach podążamy do przełęczy Borek i dalej do doliny Kamienicy. W ten sposób 14 km zrobiliśmy w dwie godziny z małym haczykiem.
Po drodze taka aura:


Miedzio podrzuca mnie jeszcze do Mszany, gdzie błyskawicznie przeskakuję do jadącego tuż za nami kolorowego busa, wyrzucam jako starszy niepełnosprawny pan kilku zdrowych młodzieńców z kolejki i jestem w Krakowie. W ciągu trzech kwadransów siedzę juz w pociągu.

Było bardzo fajnie, wyjazdy na ździebko wariackich papierach bez szczególnego planowania też mogą się udać a spontaniczne decyzje wycieczkowe dodają pieprzu do życia. Pozdrawiam wszystkich spotkanych Forumowiczów jak również tych, których spotkać się nie udało .

niedziela, 7 maja 2017

Masyw Ślęży - comeback po wielu latach

Masyw Ślęży


2017,maj

Lajtowy weekendzik pod namiotami nam się marzył z menelem. Różne padały pomysły, jak to Wzgórza Strzelińskie itd, ale zaraz! Przecież ja na Ślęży nie byłem od lat dziewięćdziesiątych! Wymyślam jakieś możliwe warianty zapętlenia się wokół i na Ślężę. 

a zatem 6 maja - 

Spotykamy się na d.a. Wrocław i o dziesiątej rano jedziemy sobie wygodnie do Sobótki.
Z "centruma" idziemy żółtym szlakiem klasycznie do Domu Turysty pod Wieżycą. Jako danie śniadaniowe bierzemy bigos 😊

Z Domu Turysty udajemy się na szczyt czarnym a potem niebieskim szlakiem przez Bialskie Rozdroże.


To podejście daje popalić z plecakiem na grzbiecie - do tego miejsca mamy już 700m przewyższenia. Na szczycie Ślęży /717/ rejwach, w schronisku ceny nie z tej ziemi, palą się ogniska, sporo luda, ale obrazu rozpaczy dopełnia hałaśliwa oprawa chyba mszy? Jazgot. No nic, idziemy dalej, ale jeszcze przed zejściem na dół - na wieżę.




Schodzimy przez Olbrzymki do Skalnej Perci. To miejsce powala, nie wiedziałem w swojej ignorancji, że coś takiego jest na Ślęży.
(fot. menel)


Po tych atrakcjach schodzimy na przełęcz Tąpadła oczywiście wiedzeni zamiarem kolejnego posiłku 😆 na ciepło! Na Radunię pędzimy niebieskim jak pośpiech. Pękają kolejne metry pod górę aż na szczycik:

Dajemy sobie czas na spokojny marsz na Przełęcz Słupicką i stamtąd skręcamy w stronę Sulistrowic.
(fot. menel)

(fot. menel)

Kroki kierujemy do Ośrodka Wypoczynku Świątecznego nad zalewem (który obecnie jest tylko niecką 😄).
Posiłek niestety nie wchodzi póki co w grę, sezonu nie ma, paluszki+pepsi proszę państwa!

Rozstawiamy zatem namioty



i zabieramy się za kuchnię, gdy nagle spotykam człowieka w tarapatach! Michun każdego poratuje korkociągiem, nie ma innej opcji! Od słowa do słowa zaczynamy gadać i w ten sposób poznaję Martina i Leszego, którzy potem odnaleźli mnie na fb. Okazuje się przy gulaszu, który pichcą nad ogniskiem, że mamy wiele wspólnych tematów - od trekingu i leśnego życia 😊 do muzyki. Siedzimy przy ognisku do późna i ględzimy o życiu.

tego dnia: 18km; 1120m pod górę

7 maja - Rano pogoda, może nieco bardziej wilgotno, ale ogólnie ok.

(fot. menel)

Po śniadaniu zadajemy szybkiego kroka znów na szczyt Ślęży metodą "na kreskę".
Jest to odcinek, którym dawno temu szedłem, ale nic nie pamiętam z tej trasy.

Na szczycie miało być ponoć spotkanie grupy "Sudety z plecakiem", (której poniekądjestem członkiem) ale jak się potem dowiedziałem, odbyło się później niż myśmy się zjawili. 
No nic, tym razem nie marudzimy na szczycie, tylko schodzimy po wilgotnych kamieniach na Przełęcz Dębową a potem podchodzimy na Wieżycę /414/. Koło schroniska zbaczamy jeszcze na ścieżkę na Gozdnicę i dopiero po niej bez szlaku schodzimy do Sobótki.

Wycieczka udała się bardzo luzacka i wesoła, tylko ten jarmark na szczycie to lekki dysonans. A poza tym cały masyw fajowy i jeszcze jakieś ścieżki w tym rejonie na pewno przejdziemy.

tego dnia:
10km; 680m pod górę

niedziela, 23 kwietnia 2017

Masyw Śnieżnika - kwietniowa zima

Masyw Śnieżnika

2017, kwiecień

Co tu robić, jak nie ma za dużo czasu, a chciałoby się zaznać trochę górskich klimatów? Karki albo Śnieżnik. Tym razem pada na Śnieżniczek. To dobra góra.
Wyjazd zaczął się w sobotę 22 kwietnia raniutko, wtaczam się na wrocławski dworzec.Silną grupą z menelem i Redziem łapiemy autobus do Kłodzka, tam zaś po oczekiwaniu - do Międzygórza. Dawno nie wchodziłem od tej strony, przyda się chwila klasyki. Ale wybieramy szlak zielony, którego zupełnie słabo kojarzę - szedłem czy nie szedłem?
Od samego dołu mamy śnieg, w zacienionej głębokiej dolinie nieźle się trzyma. Co będzie wyżej?
(fot. Red-Angel)

 Idziemy na Przełęcz Pod Smerekowcem a śniegu jest coraz więcej. Z mojego planu odbicia w bok na szczyt - nici. 
(fot. Red-Angel)
Brniemy w śniegu aż do niebieskiego szlaku, który jest przejechany i przechodzony.
Schronisko witamy z radością i oczywiście nie odmawiam sobie talerza tutejszego pysznego  bigosu - jak zawsze.
Balujemy w schronisku z przyjemnością, ale w końcu trzeba iść przecież na szczyt 😁

Droga na szczyt jest przedeptana a na samym szczycie śnieg jest przewiany. 
W oddali poniżej - czeka wiosna na swoją kolej 😃




Zabawa zaczyna się na zejściu po drugiej stronie - nawiane zaspy blokują drogę. A my jakoś w kwietniu nie pomyśleliśmy aby zabrać  rakiety na Śnieżnik 😖






Z góry jakoś się idzie, właściwa zabawa zaczyna się na odcinku od tablicy do Chatki. Nikt tędy nie szedł od czasu opadu i sami szukamy właściwej trasy. Mimo, iż każdy z nas był tu po kilka razy, i to np po ciemku, mamy trudności ze znalezieniem właściwego przebiegu ścieżki. Co zresztą nie ma znaczenia, ponieważ wszystko - i las i ścieżka - jest pokryte warstwą śniegu - od kolan po pas. To było moje najtrudniejsze przejście do Chatki w karierze.
Docieramy w końcu do Chatki, robiąc to w czasie dwa razy dłuższym niż zwykle a tu niespodzianka - w tych warunkach ktoś już zdecydował się zawitać idąc od drugiej strony, od Kamienicy. W środku rezydują cztery osoby. Trochę trwa, zanim zbiorą swoje graty na tyle, abyśmy również mogli się rozgościć. (Przyznam, że w pierwszej chwili po wejściu do chatki wydawało mi się, że jest tam z osiem osób, sądząc po ilości sprzętu, żarcia i flaszek😁). Dogadujemy się jak na "górołazów" przystało 😊 i wspólnie spędzamy wieczór .

tego dnia: 1585m w górę

Rano zwijamy się po śniadanku i wcześnie opuszczamy gościnny domek. 
Idziemy ścieżką przedeptaną przez spotkane osoby, zamiast pójść ścieżką po poziomicy i dalej kombinować coś z Czarną Górą, schodzimy w ten sposób zbyt nisko w stronę Kamienicy. Może i dobrze, bo od czasu do czasu pada nowy śnieg.


No i niestety, schodzimy do Kamienicy i dalej szosą musimy iść do Stronia Śląskiego. Po drodze typowy kwiecień-plecień, a we wiacie przystankowej w Stroniu przeżywamy ostatni atak zimy - wali śnieg, za chwilę deszcz ze śniegiem, takie to efekty aura przygotowała dla nas. Ale za każdym razem udało nam się ich uniknąć 👍.
Podobnie w Kłodzku  atak ulewy przesiadujemy spokojnie w ulubionym barze koło dworca. 
Autobus z Kłodzka najlepsze lata miał dawno za sobą i jak nie dmuchało przez (zmknięte!) okno, to z kolei woda deszczowa lała się z klapy dachowej 😁.
Dzięki Partnerom za ten krótki wyjazd, Tego mi było trzeba na zakończenie zimy w kwietniu!