Karkonosze
2025, styczeń
Po wielu błaganiach i poniżeniach Zgórwysyny wzięły mnie na pokład. Mówią ci jacy tacy: jedziesz w Karki albo sp...dalaj. No i jadę, co zrobić. Ni ma to, tamto.
Zawieźli mnie do Karpacza, którego nie znoszę i jeszcze musiałem za to zapłacić. Wlekłem się w ogonie a oni polecieli szlakiem do przodu jak to zawsze jest z tymi wielbicielami eiaculatio praecoxNo, zima była, fakt, nawet miła
W schronie oczywiście tłumy, znaleźli my miejsce w kąciku. To nie przelewki, a może jednak..?
A Radek właśnie w jadalni robił przelewki, publicznie przy stole na oczach dzieci.
(fot. Zły Marcin)
Za Strzechą coraz ciekawiejTo schronisko to jest żart, już od dawna. Zresztą sami się reklamują jako "najwyżej położona pizzeria w Polsce". Wrzątek wg regulaminu PTTK schronisko zapewnia "wrzątek do naczyń własnych turysty bezpłatnie lub w cenie nie przekraczającej kosztów" - zatem 3 zł to jest w tym schronisku koszt 300ml wrzątku.
W jadalni spotkaliśmy się z kolejnym uczestnikiem wypadu czyli Szczotą. Ubraliśmy na siebie wszystko co możliwe i poszliśmy wiedzeni nadzieją otrzymania tuzemaka w czeskiej poczcie.
Po drodze widzieliśmy niezbyt wiele osób - jednak większość została w budynku schroniska.
Wiatr był dla mnie całkiem znośny gdzieś tak do 50 m przed "talerzami".
Miałem na głowie trzy warstwy - czapkę, kominiarkę i kaptur a i tak szło na wylot.
Niemal popędziliśmy do górnej stacji wyciągu aby tam nieco ochłonąć, łyknąć coś na rozgrzewkę i te de.
Posiedzieliśmy, pogadaliśmy ale trzeba było iść dalej - do Jelenki.Na szczycie wiało nadal potężnie ale najgorsze było napieranie dalej grzbietem, gdzie również wiatr nie dawał za wygraną. Niemal cały grzbiet aż do Czarnej Kopy trzeba było iść w pochyleniu przeciwko wiatrowi usilnie zamierzającemu nas przewrócić w prawo.
(fot. Zły Marcin)
Za Czarną Kopą szlak raptownie opada i pojawia się las, co nas uwolniło od ciągłego "halsowania".Jelenka okazała się bardzo gościnnym miejscem. Jako, że byliśmy niemalże sami - był zajęty tylko jeszcze jeden pokój - mieliśmy schroniskową jadalnię dla siebie i wykorzystaliśmy to na maksa.
Aha, no oczywiście w schronisku dotarł do nas ostatni uczestnik eskapady czyli Szwendacz Galicyjski!To było nasze pierwsze spotkanie z dawna przeze mnie oczekiwane.
Śniadanie jak to w Czesji było, hmm..pozostańmy prze słowie "pożywne".
Wieczorem mieliśmy srogie rozkminy dokąd uda się nasza pozostała czwórka - bo Bartek i Szwendacz mieli już swój plan na szybkie zejście do Karpacza.
Ostatecznie postanowiliśmy razem schodzić do Peca, gdzie Szczota miał zaparkowane autko.
Ponieważ miałem ze sobą rakiety optowałem za przejściem zielonym trawersem po czeskiej stronie, gdzie często można liczyć na śnieg, kiedy na grzbiecie jest przewiany.
I nie zawiodłem się!
Chłopaki mimo śniegu polecieli oczywiście do przodu. Było około trzydzieści centymetrów świeżutkiego puchu, w takim śniegu rakiety nie są szczególnie przydatne.
(fot. Zły Marcin)
Szczególnie, kiedy zejdzie się na krok ze ścieżki(fot. Zły Marcin)
Dopóki szliśmy przez las było w miarę ok, tylko śniegu coraz więcej. Ale zabawa zaczęła się dopiero, gdy wyszliśmy na otwartą przestrzeń.Wiatr znowu wzmógł się, chociaż nie było to takie ekstremum jak poprzedniego dnia.
Gdzieś tak za połową trawersu przegoniłem chłopaków, którzy ugrzęzli w zaspach bo śnieg był tu już lepszy pod rakiety, zsiadły, przewiany.
(fot. Zły Marcin)
Przez moje zamarznięte bryle ledwie co widziałemGdzieś tak za połową trawersu przegoniłem chłopaków, którzy ugrzęzli w zaspach bo śnieg był tu już lepszy pod rakiety, zsiadły, przewiany.
Na południowych zboczach Śnieżki były na "ścieżce" poprzeczne zastrugi, o które ciągle się potykałem - po prostu przez lód na okularach niewiele widziałem oprócz kształtu kolejnej tyczki.
Mimo to i tak szło mi się lepiej niż chłopakom, zapadającym się w nawiane zaspy. Zresztą ja tego nie widziałem, bo szedłem uparcie jednostajnym rytmem, czekając, kiedy się to "peklo" skończy.
Wreszcie wiatr zelżał i ścieżka połączyła się z uczęszczanym szlakiem na Śnieżkę, tam poczekałem na grupę w okolicy Růžovohorskeho sedla.
Dalej już spokojniej zeszliśmy do Horská Bouda Růžohorky na zasłużoną kawkę i piwko.
Osypał się ze mnie cały śnieg w przedsionku :-) nareszcie nie WIAŁO!Z tego wszystkiego dałem się mojemu nosowi namówić na czesnaczkę, mniam.
Wyjście z powrotem na dwór było okrutnym doświadczeniem...
Niby już tylko schodziliśmy ale wciąż nie było spokojnie, śnieg miejscami był głębszy, czasem zawieja podnosiła tumany zimnych drobin na polanach
Szczęśliwi dotarliśmy do centrum Peca i na parking i to był koniec tej eskapady, która przejdzie do annałów zarówno Zgórwysynów jak i moich.Bardzo szybko znalazłem się we Wrocławiu, cóż z tego jednak, skoro mój pociąg miał łączne opóźnienie w rezultacie 110 minut i zły, zmęczony wysiadałem na dworcu w Poznaniu.
Niby już tylko schodziliśmy ale wciąż nie było spokojnie, śnieg miejscami był głębszy, czasem zawieja podnosiła tumany zimnych drobin na polanach
Szczęśliwi dotarliśmy do centrum Peca i na parking i to był koniec tej eskapady, która przejdzie do annałów zarówno Zgórwysynów jak i moich.Bardzo szybko znalazłem się we Wrocławiu, cóż z tego jednak, skoro mój pociąg miał łączne opóźnienie w rezultacie 110 minut i zły, zmęczony wysiadałem na dworcu w Poznaniu.