sobota, 16 maja 2026

Po hiszpańsku: senderismo

 Sierra de Guadarrama


2026, maj


Trzy miesiące wcześniej zakupiłem bilety do Madrytu i jakoś głupio było zrezygnować, mimo, że nie miałem towarzysza wyprawy. Tymczasem jednak przed wylotem pojawił się Andrzej, hmm, nazwijmy Go "Nieustraszony Andrzej" :-)

 W ten sposób rano szóstego  znaleźliśmy się w Madrycie i po chwili negocjowałem warunki wypożyczenia samochodu. I jedziemy w góry. 

Spokojnie i ostrożnie jadąc nie znanym mi wcześniej typem: LYNC&CO dojechaliśmy do miasteczka Rascafria, które miało być naszą bazą na kilka dni.

Rascafria jest położona w dolinie Rio Lozoya pomiędzy dwoma grzbietami gór Guadarrama.

Po południu poszliśmy na rekonesans ponad miejscowość rozejrzeć się po okolicy. Zimny silny wiatr i zachmurzenie nie zachęcały do łażenia. No ale Andrzeja chroni bojowy kapelutek

Spoglądaliśmy w stronę głównego grzbietu - tam gdzieś jest nasz cel na kolejny dzień.
Prognozy były w stylu "na dwoje babka wróżyła". 
Następnego dnia niezrażeni chmurami wozem hybrydowym wyjechaliśmy ostrożnie krętą drogą na przełęcz Puerto de Cotos /1830 m/.  Andrzej w pełnym rynsztunku,  nie wyglądało na to, że będziemy się rozdziewać...
Na szlaku w miejscach zasłoniętych przed wiatrem robiło się zaskakująco upalnie. Po wyjściu ponad las pojawiły się widoki już na Penalarę,
która krótko potem znów się schowała w chmurze.
My szliśmy planowo - co prawda znowu zarzucając na siebie kurtki i rękawiczki, bo zrobiło się mocno zimniej. No i po ostatnim podejściu - szczyt. Peñalara /2430 m/

Widok w tę stronę
I widok w tamtą stronę



Po krótkim pobycie na TOPie podjęliśmy decyzję, że na jakieś dwie godziny rozchodzimy się. Andrzej chciał sobie "poskakać po kamieniach" a ja odwiedzić zaciszną kotlinkę z położonym w niej stawem.
Po drugiej stronie przełęczy widoczne już były wysokie szczyty 

Refugio Zabala
Laguna Grande de Peñalara

Poleżałem tu na głazie wystawionym na słońce...aż się mną zainteresował ptaszek zwany pokrzywnicą

Po przyjemnym wylegiwaniu się wróciłem inną ścieżką w kierunku parkingu.

Posiedziałem z zimnym napojem koło gospody na przełęczy.
Po jakimś czasie Andrzej Nieustraszony także dotarł na miejsce zbiórki i zadowoleni wróciliśmy na dół do Rascafrii.
8. maja od rana było bardzo pochmurnie i przekropnie, ale po południu czy na wieczór miało się wypogodzić. Dlatego pierwszą połowę dnia spędziliśmy na spacerach po okolicy, między innymi nad Las Presillas Del Lozoya (teren rekreacyjny nad rzeką):


Do klasztoru nie dało się wejść, bo zablokowała miejsca jakaś wycieczka.
Po południu podjechaliśmy znów na przełęcz Puerto de Cotos. Ale "tą razą" zmierzaliśmy w przeciwnym kierunku - na południowy grzbiet. Mijaliśmy kolejne kulminacje grzbietu wychodząc ponad granicę lasu a następnie ponad 2000 metrów na Peña del Águila /2004 m/.

Jak widać, pogoda zamiast polepszyć się - spierniczyła się na dobre. Napieraliśmy jednak wytrwale ramieniem w kierunku grzbietu, wystawieni na podmuchy wiatru i smagani gęstniejącym śniegiem z deszczem. 
Z mgły spoglądało na mnie coś rogatego i nie był to Andrzej:
Dotarliśmy zziębnięci do głównego grzbietu w rejonie szczytu Bola del Mundo /2262 m/, przy czym stojąc jakieś trzysta metrów od nadajników na szczycie, nie widzieliśmy nawet fragmentu żadnego z wysokich masztów! Zrobiło się tak zimno, że Andrzejowi przy robieniu selfie zgrabiały dłonie i zdjęć z tego punktu nie mamy.
W pośpiechu ewakuowaliśmy się w dół tą samą drogą.
Na głównym grzbiecie widać, na jakiej wysokości osiadła chmura
Pogoda jakby z nas drwiąc, zaczęła się polepszać


Zbaczając z drogi podeszliśmy jeszcze do położonego na uboczu schronu Refugio El Pingarrón. Jest stąd dobry widok na Cabeza de Hierro Mayor, który planowałem zdobyć. 

(fot. Andrzej)
9. maja zlądowaliśmy na zwiedzanie miasteczka Buitrago del Lozoya, położonego nad tą samą rzeką, nad której górnym biegiem już byliśmy. Tutaj jednak nabrała już majestatu.


Później pojechaliśmy do Manzanares el Real
Niestety zamek będący główną atrakcją tego miasteczka nie był dostępny do zwiedzania.
W czasie kręcenia się po miasteczku rozpętało się regularne oberwanie chmury. Na szczęście zdążyliśmy zająć miejsca w kawiarni, ja przy moim ulubionym cortado.
Po ucichnięciu ulewy, podeszliśmy jeszcze na północny skraj miasteczka podchodząc aż na skraj góry Mongote de San Bernardo /1148/. 

10. maja przejeżdżaliśmy do nowej bazy. Po drodze jednakże pora na churroska z czekoladą w Lozoya.
Nową bazą będzie hotelik w La Cabrera
11. maja od rana padało. Oczekiwaliśmy na spodziewane polepszenie pogody po południu. Tym razem prognoza sprawdziła się idealnie, więc późnym popołudniem jeszcze w strumieniach ostatniego deszczyku poprowadziłem nasze hybrydowe monstrum w okolicę szlaku.
Szlak prowadzi czytelną ścieżką wokół góry Pico de la Miel /1392 m/ wspinając się na coraz bardziej kamieniste zbocza.


Po drugiej stronie góry otworzył się widok na północ
Skalisty krajobraz i formy skalne dziwnie przypominają Sudety, w szczególności  Góry Stołowe



Nieco sfrustrowani tym, że szliśmy trawersem grzbietu, postanowiliśmy wejść na jedną z kulminacji o podniecającej nazwie...El Pornoso :-D

Na El Pornoso /1455/ są duże...hmm, wypukłości, może to o to chodzi z tą nazwą
(fot. Andrzej)

Powędrowaliśmy dalej usatysfakcjonowani. Zawróciliśmy przez prawe ramię na niżej biegnącą ścieżkę.  Tam w oddali według mnie była widoczna Przełęcz Somosierra, zamykająca długą dolinę, ale Andrzej się ze mną nie zgadzał (jak zwykle). 
Na szczęście piękno krajobrazu podobnie jak muzyka łagodzi obyczaje, więc na tym wyjeździe nie kłóciłem się :-)
Byłem pogodny jak krowy na pastwisku

Pożegnanie z widokami Sierra de Guadarrama.
Potem jeszcze były dwa dni w Madrycie ale to już wykracza poza tematykę bloga.
Może tylko jedno zdjęcie z Alcalá de Henares z bohaterami przygód na hiszpańskich bezdrożach:
Adios!