poniedziałek, 8 lutego 1988

Małe Ciche II

Tatry Wysokie


1988, luty


Na ferie umówiliśmy się w kilka na luzie, inaczej niż w poprzednim roku - nie był to wyjazd organizowany przez kogokolwiek, ot, kto pojedzie ten będzie.  Pierwszego dnia panowała odwilż.
W Małem Cichem wynajmowaliśmy skromną kwaterę, spanie na materacach na podłodze w pustych zimnych pokoikach na piętrze:
Małe Ciche było jaką miejscowością? - oczywiście cichą, położoną na uboczu, był nawet problem z wydostaniem się z tej hmm...dziury w celu zrobienia jakichś wycieczek. 
Bardziej okazałe zabudowania to klasztor dominikański znany nam z poprzedniego wyjazdu:
Obecnej stacji narciarskiej oczywiście nie było, powstała dopiero w 2005 roku, czyli siedemnaście lat później. Ruchu i ludzi zatem też nie było, byliśmy tam jednymi z nielicznych przybyszów z nizin. Lokali, karczm..a nawet (!) pizzerii też nie było, trzeba było radzić sobie samemu na kuchni opalanej drewnem.

Naszym celem nr 1 jak i poprzednio była dominikańska i maryjna kaplica na Wiktorówkach.
Najpierw trzeba dojść do Drogi Oswalda Balzera i tą szosą do wylotu Doliny Filipka.

Po dojściu do połączenia potoków skręca się w lewo w Dolinę Złotą.

Jest tam też jedno czy dwa bardziej strome miejsca więc na śniegu bywało wesoło.
Po wzajemnym wciąganiu się pod górę doszliśmy na Wiktorówki:

Na Wiktorówkach zawsze czekała gorąca herbata z gara. Po kubku i można podejść jeszcze kawałek na Rusinową Polanę, czyli Rusinkę pieszczotliwie mówiąc:
Oczywiście Rusinową Polanę w czasie tego wyjazdu odwiedzałem kilkakrotnie.
Chwycił mróz i padał śnieg nocami, powrócił wyż. Śnieg padał na skute lodem podłoże i miało to mieć swoje późniejsze konsekwencje.
Trafiło się przy ładnej pogodzie wejść na Gęsią Szyję /1490/






Udało nam się też jakoś dostać do Doliny Olczyskiej i zrobiliśmy sobie pętlę przez Kopieniec Wielki /1328/.



Niestety nie pamiętam tej trasy w całości ale możliwe, że wracaliśmy szosą z Toporowej Cyrhli. Jeśli to było wtedy, to odwiedziliśmy dwa może trzy razy słynną wówczas knajpę Siedem Kotów i potem szosą wracaliśmy rozochoceni grzanym piwem z żółtkiem, tamtejszą specjalnością. Nie było tam tak porządnie jak obecnie, zdarzało się, że jakiś kufel albo i ława poleciała w trakcie, hmm, dyskusji
(fot. googlemaps)

Robiliśmy też inne trasy w pobliżu, przez Rówień Waksmundzką do Doliny Suchej Wody itp.

Niestety, cieniem na moich wspomnieniach z tego wyjazdu kładzie się tragiczne zdarzenie, które miało miejsce w tym samym czasie, kiedy tam przebywałem. 
Wracając z jakiejś krótkiej wycieczki na Rusinkę czy Gęsią Szyję zatrzymałem się na Wiktorówkach
Przy kubku herbaty słuchałem przez radiostację stojącą w goprówce rozmów pomiędzy ratownikami będącymi na akcji w okolicy Dolinie Pięciu Stawów a centralą w Zakopanem i również włączającą się stacją na Gąsienicowej. Rozmowy dotyczyły akcji poszukiwawczej prowadzonej jak się okazało w Żlebie Żandarmerii. Niestety, okazało się, że odkopano zwłoki dwóch osób. W trakcie wymiany zdań zorientowałem się, że chodzi o uczniów z liceum w Poznaniu! 
Po dalszych nasłuchach wychwyciłem również jego nazwę - chodziło o liceum nr III, czyli moje...Byli to moi koledzy z sąsiednich klas, którzy przyjechali trzy dni wcześniej, udali się do schroniska w Pięciu Stawach i poszli stamtąd na wycieczkę przez Świstówkę Roztocką. Może ich celem miało być Morskie Oko, może tylko rozruszanie się  pierwszego dnia? Dość, że ta krótka wycieczka stała się ich ostatnim wyjściem w góry. Warunki były mocno lawiniaste, panowała "trójka". Być może zabrakło doświadczenia, być może entuzjazmu dla gór nie powściągnął rozsądek? Nie dowiemy się tego. Dla mnie to zdarzenie stało się przestrogą i swego rodzaju memento mori na całe moje górołażenie. Góry będą stały i dziś i jutro i pojutrze, a życie ma się tylko jedno. Banał, ale może uratować życie.
Reportaże z tygodników:  




Wycinki z poznańskich gazet na ten sam temat:

Na koniec próbka sprawności ówczesnej poczty - otrzymałem te alarmistyczne telegramy od mamy, wzywające mnie do natychmiastowego powrotu! Wysłać było łatwiej, dostarczyć - trudno. Tamtejszy listonosz z Murzasichla wypytał w sklepie czy wśród gospodarzy i jakoś pocztą pantoflową dotarła do mnie wiadomość, że mam odebrać telegramy w...szkole podstawowej w Małem Cichem, gdzie zostały zdeponowane. Jeden a potem kolejny.
Oczywiście nie miało sensu się do nich zastosować, nie wiem, czy nawet czasem nie zamawiałem rozmowy telefonicznej, żeby potwierdzić, że mam się dobrze i wrócę planowo? A może dzwoniłem z tej wspomnianej szkoły?

Ponieważ wtedy byłem w okresie przygotowań do egzaminów, nie zaniedbywałem również rysowania i nawet  zabrałem ze sobą mały podkład. Poszedłem z nim na Rusinową Polanę i udało mi się na jeden raz narysować z natury stojący tam w śniegach szałas. Pod koniec już się ściemniało i zaczął padać śnieg ale dzielnie dokończyłem rysunek. Taka mi została pamiątka a na odwrocie jest pokazany wyżej exlibris Wiktorówek.

Ten wyjazd wrył mi się w pamięć dość mocno, stąd długi wpis.

piątek, 14 sierpnia 1987

Szeligówka Sweet Dreams 86`-87`

Tatry


1986+1987, sierpień



Nasze pobyty wakacyjne miały miejsce w Szeligówce w obrębie Kościeliska, w znanym nam z tylu wczasów pensjonacie. Właściwie wtedy się tak nie mówiło. Raczej "kwatery prywatne". Wydaje mi się, że naszymi gospodarzami byli państwo Swolarz (?).
Tym niemniej odnalazłem stare skierowanie na wczasy z 1986 roku (dzisiaj powiedzielibyśmy voucher) i widnieje na nim nazwa Dom Wczasowy "Rakoń". Jakoś mi to umknęło.
Z zabawnych spraw dla współczesnego człowieka - jest tu wypisane, jakie kartki żywnościowe należy ze sobą zabrać - 1 kg mięsa i to jak wynika z ręcznego dopisku - pierwszego gatunku! Ale przynajmniej w 1986 roku nie trzeba już było zabierać kartek na cukier oraz na masło - zostały wykreślone.

Niestety, z wakacji 1986 żadne zdjęcia się nie uchowały albo w ogóle nie istniały. Tym niemniej co do gatunku były to bardzo podobne wakacje, tyle, że zaprzątało mnie wtedy trochę co innego...
Usiłując sobie przypomnieć odwiedzone w tamte lata miejsca a niewymienione w innych wpisach czyli relacjach, spróbowałem stworzyć listę tych miejsc (tak patrząc od zachodu):
- Dolina Lejowa;
- Trzydniowiański Wierch;
- Stoły i Kominiarski wierch;
- Jaskinia Mroźna;
- Jaskinie Mylna i Raptawicka;
- Staw Smreczyński;
- Ścieżka nad Reglami, lecz w kawałkach, nie cała na raz;
- niebieski szlak od Przysłopu Miętusiego  w stronę Małołączniaka, ale bez łańcuchów 😒;
- oczywiście wszystkie dolinki poczynając od Staników Żlebu, Za Bramką, Strążyska, Ku     Dziurze, Białego;
- Kalatówki, Dolina Kondratowa;
- czy muszę wymieniać taki oczywisty Giewont?
Nosal oczywiście;
- szlaki na Hali Gąsienicowej;
- Wrota Chałubińskiego;
- Rysy.
A w 1987 roku byliśmy tam razem z przyjaciółmi moich rodziców i część wycieczek robiliśmy wspólnie.
Mój plecak (potem naprawiany w Bieszczadach sposobem polowym, o czym w innym wpisie):
Zawsze mieszkaliśmy w tym domu w Kościelisku Szeligówce, jak widać stoi do dziś (2018) chociaż już nie pełni roli noclegowej dla gości. Tutaj spędziłem łącznie jakieś dziesięć pobytów po około 14 nocy i rozegrałem kilkaset partii remika 😄
(fot. googlemaps)

To jakaś wycieczka na rozruch pewnikiem do naszej ukochanej, tylekroć odwiedzanej Doliny Małej Łąki i gdzieś tam powrót Drogą pod Reglami a może jakiś inny wariant...


Można nie wierzyć, lecz w tamtych latach można było dojechać samochodem aż do Polany Huciska. W ten właśnie sposób zaczęła się nasza najdłuższa wycieczka.

Klasyka tatrzańska, jeśli idzie o Tatry Zachodnie. Poszliśmy dalej Doliną Chochołowską, koło schroniska wychodzimy jednak wtedy na 90% Wyżnią Chochołowską trawersując Rakoń. Po drodze małe rendez-vous ze świstakami.
Tak mogłoby wyglądać to zdjęcie, gdybym miał wtedy lepszy aparat i obiektyw :-)
(wyd. K.Ziemak, fot. I.Mihal, pocztówka z epoki, zbiory własne)
Po wyjściu na grzbiet kontynuowaliśmy tę wycieczkę przez Wołowiec i Jarząbczy Wierch z widoczkiem na prawo do słowackiej (a wtedy czechosłowackiej :-)) Doliny Jamnickiej:

Po dłuższej wędrówce grzbietem, za Kończystym pojawia się masyw Starorobociańskiego Wierchu /2176/, czyli najwyższa góra w polskich Tatrach Zachodnich.
Po wejściu na Starorobociański czekało nas długotrwałe zejście do Doliny Kościeliskiej przez Ornak, Przełęcz Iwaniacką. Ponieważ zeszliśmy do Kir bardzo późno a wtedy nie jeździły tak powszechne dziś busiki, mogliśmy liczyć tylko na jakiś ostatni autobus tzw "ogórek" czyli poczciwy Jelcz 43. Niestety, nic już nie jechało, więc musieliśmy przejść pieszo jeszcze końcówkę między Kirami a Szeligówką. Tym sposobem długość trasy sięgnęła ponad 29 kilometrów przy łącznym przewyższeniu prawie 4000 metrów. Jak sądzę, była to najbardziej wymagająca trasa jaką zrobiłem wtedy w Tatrach.

Inna trasa z tego pobytu udokumentowana na starych fotkach (na materiale enerdowskim ORWO - stąd takie chore kolory) zaczęła się chyba wprost spod domu, przeszliśmy do Kir i dalej Doliną Kościeliską oraz DolinąTomanową  coraz wyżej, w zachmurzonej aurze zaczęliśmy się wspinać na stoki Ciemniaka.
To zdjęcie jest jak się wydaje z tej samej wycieczki, stoję koło jakiegoś szałasu w Tomanowej, z tyłu jest widoczny po lewej opadający grzbiet Ornaku a po prawej stok Kominiarskiego Wierchu.

To była chyba wycieczka przez całe Czerwone Wierchy, pewnie powrót przez Dolinę Małej Łąk i Gronik a potem skrótem polnymi ścieżkami z powrotem do domu. Wiele takich różnych wycieczek było i nie wszystkie pamiętam a jeszcze mniej zostało uwiecznionych na fotkach. Na przykład z pewnością byłem wtedy na wycieczce Doliną Starorobociańską, chyba połączonej ze zdobyciem Błyszcza.

Ale uchowały się za to jeszcze zdjęcia z dwóch wycieczek w Tatry Wysokie.
Jedna na Świnicę przez Halę Gąsienicową, szlakiem czarnym kluczącym miedzy stawami.


Szczyt Świnicy (pocztówka KAW z epoki, zbiory własne)
Masyw Świnicy (pocztówka KAW z epoki, zbiory własne)
A potem zapewne kawałek granią i schodziliśmy z Zawratu. 
Sporo było takich podobnych wycieczek, więc szczegóły mi się zatarły a niektóre miejsca odwiedzałem przy różnych okazjach, co dodatkowo pogłębia mi mętlik w głowie. Oczywiście zdjęcia - jeśli są - nieco pomagają. 
To właśnie będzie widok z Zawratu na stronę Doliny Pięciu Stawów Polskich.
Tu prawie identyczne ujęcie na pocztówce:
(pocztówka KAW z epoki, zbiory własne)

Podobną co do kierunku wycieczkę mam na tych poniższych kilku zdjęciach. 
Zaczęła się w Kuźnicach, potem to już była trochę loteria, która drogą tym razem podchodzimy? Przez Jaworzynkę czy przez Boczań? Tu i tu nudno 😄.
Wychodzimy tu koło Zmarzłego Stawu wydaje mi się, że przez Żleb Kulczyńskiego
Potem granią na Kozi i Mały Kozi.  A może raczej to była inna wycieczka? Przecież na pewno lazłem tym Żlebem Kulczyńskiego i to kilka razy! Czyżbyśmy znowu wtedy schodzili Zawratem? Czyli nie, raczej kolejność była taka: najpierw na uwidocznioną poniżej Kozią Przełęcz /2137/ a potem na Mały Kozi Wierch /2226/


Przemawia za tym fotka z grani Orlej Perci wykonana naprzeciwko Kościelca, z moim ojcem na pierwszym planie.

Z tego roku to wszystko niestety z moich fotek. Dalej mętne wspomnienia.
Jeśli to w tamtych dwóch latach szliśmy na Wrota Chałubińskiego, to musieliśmy po drodze widzieć podobną scenę - Mnich a za nim Cubryna: 
(pocztówka KAW z epoki, zbiory własne)
Oczywiście wieńczącym celem polskiego turysty, nie tylko w tamtych latach, musiały być Rysy. Wtedy też odwiedziłem ten szczyt, no ale zdjęć brak :-(
Po wyjściu na krawędź kotła Czarnego Stawu: 
(pocztówka KAW z epoki, zbiory własne)
 I jeszcze wyżej - okolica Buli pod Rysami

(pocztówka KAW z epoki, zbiory własne)


niedziela, 14 czerwca 1987

Po konkursie

Tatry Zachodnie


1987, czerwiec


Braliśmy udział z kolegami w jakimś konkursie szkolnym wiedzy o Tatrach i w ramach nagrody wylądowaliśmy na Ornaku czyli w schronisku na Hali Ornak. Co tam robiliśmy, czy gdzieś byliśmy nie pamiętam, ale zostały mi te trzy fotki ze starej smjeny 8.

Widok spod schroniska w stronę Błyszcza i Bystrej, niezmienny:

Ciekawe, czy to mój kocher, który następnie był noszony po Bieszczadach a potem jeździł ze mną tam i ówdzie:

Młody szczyl 😁
Ponieważ była słaba pogoda, może skończyło się na spacerku nad Staw Smreczyński?
(pocztówka PTTK z 1978r., fot. K.Gorazdowska, zbiory własne) 
Ciekawe, że pamiętam trochę ten konkurs, a samego wyjazdu już nie bardzo...
Były wyświetlane slajdy na ekranie w sali i trzeba było szybko przed innymi zespołami zgadnąć tatrzańskie lokalizacje ze zdjęcia.