niedziela, 15 lutego 1987

Małe Ciche - z Górą w górach

Tatry Wysokie


1987, luty



Ten wyjazd był z kategorii "uduchowionych". Pobyt był na czarno organizowany przez duszpasterstwo dominikańskie. Było to jeszcze przed czasami spotkań tego typu w Hermanicach i na Jamnej, zresztą potem już nie brałem w tym udziału.

Zdaje się codziennie chodziliśmy do umiejscowionego w centrum Małego Cichego klasztoru dominikańskiego.
Nasza chata tzn po prostu dom :-) był jeszcze ciągle w budowie, więc pobyt był lekko hardkorowy. Było drewno na opał, więc bywało ciepło. Za potrzebą trzeba było chodzić do sławojki, która w momencie naszego przyjazdu była całkowicie hmm wypełniona i zamarznięta...dzielni byli ci, co doprowadzili ją do użytku. Wody oczywiście nie było, nie to, że ciepłej, ale w ogóle żadnej (no bo przecież rury by zamarzły).

Szefem duchowym był oczywiście Jan Góra OP. Spaliśmy pokotem na podłogach tego niewykończonego domu. Dom był położony na Polanie Błociska, ale po obejrzeniu na mapach internetowych nie potrafię wskazać, który konkretnie, był to jeden z tych widocznych na zdjęciach:
(fot. mapygoogle)
Może ten ze skośnym dachem? Ups, ale wszystkie tutaj tak mają :-D
Tu nawet podobnie wyszło, taka zima jak wówczas, lecz my więcej śniegu mieliśmy. (Oczywiście wyciąg to nowa sprawa).
(fot. mapygoogle GergelyJuhasz)
I jeszcze raz te same domy na polanie, tym razem w zieleni:
(fot. mapygoogle K.Stys)
Niestety, z dystansu słabo pamiętam gdzie tam chodziliśmy, oprócz oczywiście Wiktorówek i Gęsiej Szyi.
Ale jedną trasę zapamiętałem dobrze. Poszliśmy większością grupy na Polanę Rusinowa a stamtąd czarnym skrótem przez Potok Waksmundzki do Doliny Roztoki. Następnie doliną no a potem wspięliśmy się koło Wielkiej Siklawy do schroniska. 
W schronisku w Dolinie Pięciu Stawów Polskich pobyliśmy mało-wiela, bo trzeba było sprawnie wracać, robiło się popołudnie. 
I tu nastąpił pewien dramatyczny moment. Bo jednak z górami nie ma żartów...Żeby było szybciej, poszliśmy mniej więcej za czarnym skrótowym szlakiem, ale ponieważ był słabo widoczny przez śnieg, zboczyliśmy od przebiegu szlaku trochę za daleko na wschód i hurmą zjeżdżaliśmy na tyłkach do doliny. Niestety, na naszej drodze znalazły się takie skałki, prawie niewidoczne w śniegu - patrząc na nie z trasy od góry:  
(fot. mapygoogle)
Łooo matko, prawie byśmy się wrąbali z impetem w te skałki a raczej z góry na dół, na kamienie. W ostatniej chwili kolega jakoś złapał mnie, ja złapałem kumpelę i tak żeśmy się wzajemnie wyłapali i wytracili prędkość...uff!
 A to jeszcze trzeba było wrócić na Rusinkę i po ciemku z powrotem na Błociska. No i była z tego całodzienna wycieczka od samego rana do wieczora i wychodzi mi tu z mapy.cz, że miała 29 km!
Koleżanka mi mówi, że pierwsza wizyta w Siedmiu Kotach była właśnie na tym wyjeździe, a nie na rok późniejszym, jak to opisałem we wpisie luty 1988.
Tutaj ładne ujęcie Polany Błociska a za nią Tatry Wysokie, z Gęsią Szyją. (Zdjęcie pożyczyłem ze strony Pokoje u Klimka na Błociskach... a może właśnie w tym domu przed wykończeniem spałem? Kto wie?)
(fot. U Klimka)
Właśnie na tym wyjeździe usłyszałem - bodaj w klasztorze - historię, jak to się lubili sąsiedzi z Małego Cichego i z Murzasichla. Mieszkańcy z Murzasichla musieli chodzić na msze do kościoła w Małem Cichem (chyba tak, bo parafia w Murzasichlu jest o kilka lat młodsza niż w Małem Cichem?). W każdym razie, żeby przejść z jednej doliny do drugiej trzeba było iść przez las, także po ciemku. Żeby sobie ułatwić życie, postawiono przy ścieżce takie poręcze drewniane, po których idący w nocy przesuwali rękę. No i tę poręcz kiedyś jedni drugim wysmarowali gównem...Ot taki żart sąsiedzki w stylu góralskim.

Tak mogliśmy widzieć wtedy Tatry, w głębokim śniegu:
Mięguszowieckie Szczyty i Cubryna (pocztówka z epoki, zbiory własne-wysłana przeze mnie do rodziców)

Spuentuję ten wpis jednak na wesoło. Jan Góra opowiadał też różne anegdoty z życia zakonnego. Zapamiętałem szczególnie jedną, jak dostali kiedyś od jakiegoś dobrodzieja (o, to było ulubione określenie ojca Jana) łososia na obiad. (Wówczas łosoś to był znacznie większy delikates niż obecnie, zresztą sam chyba jadłem tę rybę chyba dopiero w latach dziewięćdziesiątych.) Łosoś po przyrządzeniu został sprawiedliwie podzielony między braci (i ojców?). Nie pamiętam, czy to było, jak sam był młodym braciszkiem, czy później. W każdym razie młodzi bracia zaczęli na wyścigi wpieprzać tego łososia i któryś ze starszych wtedy ojców, z jakiejś nobliwej rodziny, skomentował to z oburzeniem słowami "Łykają tego łososia, jak ziemniaki, no jak ziemniaki!" 😁

niedziela, 18 maja 1986

Wycieczka druga - LO III

Góry Stołowe


1986, maj



Jest to jeden z tych wyjazdów, których całościowy przebieg pamiętam dość dobrze ale szczegóły i poszczególne wydarzenia giną w mrokach dziejów.
Na początek wylądowaliśmy pociągiem czyli PKP w Kłodzku
(pocztówka KAW 1984, fot.M.Baranowski, zbiory własne)
Nasza wycieczka wałęsa się po Kłodzku, szczęśliwie bezpieczna, bo z apteczką na podorędziu:
Musieliśmy mieć sporo czasu, skoro skierowaliśmy nasze kroki do kłodzkiej twierdzy. Wygłupiamy się z moim przyjacielem ówczesnym Krzychem w prowadzenie jeńców:
Warto pamiętać, że właśnie w murach kłodzkiej twierdzy powstał odcinek kultowego dla mnie serialu "Czterej pancerni i pies" 😄.
Widać moda na spodnie z dziurami na kolanach zaczęła się właśnie wtedy:

Potem jakimś pękaesem dojechaliśmy do Radkowa. 
(pocztówka KAW 1983, fot.J.Milka, zbiory własne)
W Radkowie naszą bazą był ośrodek w pobliżu zalewu. Spaliśmy w bodaj czteroosobowych pokojach. Wieczorem w pokojach oczywiście dokazywanie, opiekunowie próbowali nas ogarnąć popadając w lekką przesadę, bo pamiętam, że dostaliśmy O-PE-ER ponieważ kolega smarował coś spirytusem...salicylowym i rozchodził się zapach, jakbyśmy ten karbid łoili 😁  

Następnego dnia poszliśmy na wycieczkę na lekko do Wambierzyc. Jest to łatwa w sumie z 15-kilometrowa wycieczka niebieskim szlakiem, właściwie cały czas drogą, wąską, aczkolwiek obecnie wyasfaltowaną. Ale wówczas jeszcze nie była:

 Szopka istnieje jak istniała:
 Bazylika stoi, jak stała:

Po tej lajtowej wycieczce kolejny dzień miał być długi i męczący, nawet wg moich obecnych standardów.
Wyruszyliśmy z plecakami szlakiem żółtym do Wodospadów Pośny. Nie całkiem po drodze jest kamieniołom piaskowca Radków: 

Może poszliśmy tam osobno któregoś dnia a może odbiliśmy po prostu z trasy albo szliśmy jednak szlakiem przez Radkowskie Skały a następnie odcinek obok kamieniołomu szosą?
Zdjęcia nie są opisane i niektóre niewiele mi mówią, ale to jedyna dokumentacja tej trasy. Podążamy szlakiem do Pasterki przechodząc nieopodal schroniska. Pamiętam, że przechodziliśmy naprzeciwko ale dziwnym trafem nie weszliśmy do wnętrza. Może było zbyt wcześnie? 
Następnie zielonym szlakiem dochodzimy do granicy z ówczesną Czechosłowacją: 

A potem stromym i zygzakowatym szlakiem podchodzimy prawie 450 metrów na skraj Błędnych Skał. Wtedy zwiedzanie nie było tak sformalizowane jak obecnie (2018). Dlatego pamiętam coś nieprawdopodobnego. Jakimś cudem z kolegami wleźliśmy na górę i zaczęliśmy skakać po wierzchu, po tych skałach, o matko bosko!

Skakałem za kumplami tak zapamiętale, że zatrzymałem się dopiero jakimś cudem w pół kroku na skraju zachodniego urwiska...Jeden z tych momentów, kiedy mogłoby mnie już tu nie być. Oczywiście to wszystko było niebezpieczne i niedozwolone, ale co wytłumaczysz siedemnastolatkowi? Jak jest zakaz, to przecież trzeba złamać...
To jest na 100% w Błędnych Skałach, na mapach.cz jest prawie identyczne zdjęcie:

(fot. astra28, mapy.cz)
Po tych zabawach na Błędnych Skałach przechodzimy przez Skalniak i Lisi Grzbiet do Fortu Karola.
To zdjęcie jest zrobione właśnie gdzieś w pobliżu w trakcie odpoczynku.


Dalej szlakiem niebieskim musieliśmy przejść przez Narożnik, Kopę Śmierci i Skały Puchacza. 
Schodzimy szosą na Duszniki-Zdrój. Ale nie doszliśmy do samego centrum, ponieważ wszyscy byli zmęczeni - zrezygnowaliśmy z przejścia przez grzbiet i Schronisko Pod Muflonem. Ktoś wpadł na inny pomysł i podeszliśmy tylko do dworca pkp położonego w północnej części Dusznik. Po odczekaniu na połączenie podjechaliśmy pociągiem jedną stację do Szczytnej. 
Teraz czekało nas jeszcze podejście przez Szczytną i Nowe Bobrowniki do schroniska PTSM, które było umiejscowione gdzieś na drugim końcu miejscowości. Musiał to być budynek, ww którym obecnie (2018) mieści się Ośrodek Wypoczynkowy "Pod Młynem".  Ufff! Wychodzi mi tu, że to było razem prawie 28 km. Sporo, jak na ówczesne buty, plecaki...
Po takiej trasie oczywiście była mniejsza ochota na wieczorne szaleństwa. No ale wiadomo, coś tam się działo :-)
Rano był chyba większy luz, raczej nie musieliśmy wcześnie wstawać. 
Ja się tu buntuję, proszę mi nie przeszkadzać!

Po śniadaniu jak mi się wydaje był czas wolny. Ja z kilkoma osobami (ale na pewno w jakiejś mini-grupce) poszedłem na kilkukilometrową wycieczkę na pobliski Szczytnik. Wchodziliśmy od strony Szczytnej po niekończących się kamiennych stopniach, po to, żeby stwierdzić, że do zamku i tak nas nie wpuszczą. Nauczony doświadczeniami lat osiemdziesiątych sądziłem, że jest tam jakieś niedostępne miejsce wypoczynku dla partyjnych bonzów, tymczasem rzeczywistość okazała się bardziej prozaiczna - był tam DPS dla niepełnosprawnych umysłowo.

Niestety, w czasie tego wyjazdu nie dotarliśmy na Szczeliniec Wielki.

(widokówka KAW z 1987, aut. fot. nieczytelni)

Układanie trasy było domeną innych kolegów, ja w tym wówczas nie uczestniczyłem. Potem się nauczyłem, że trzeba sobie samemu radzić :-)
Musiała to być jakaś ponadstandardowo długa wycieczka klasowa, ponieważ zrobiliśmy jeszcze kolejną trasę. z Nowych Bobrownik poszliśmy najprawdopodobniej drogą, być może aż do Rozdroża pod Bieścem (chyba, że odbiliśmy wcześniej na szlak) a następnie do celu tej traski czyli na Torfowisko pod Zieleńcem.
(fot. 2017)
Tutaj żadnych ekscesów nie pamiętam, w każdym razie wszyscy uczestnicy powrócili do domów i nikt w bagnie nie pozostał; a może..? 
W takim razie wracaliśmy niebieskim szlakiem, zahaczając o Schronisko Pod Muflonem
(widokówka z lat 80-tych, dolny-slask.org.pl)
Do Nowych Bobrowników zeszliśmy żółtym szlakiem, jestem prawie pewny. To był ostatni, dość męczący odcinek tego wypadu.
Zakończenie tej długiej wycieczki klasowej też mi jakoś umknęło. Czy to był powrót koleją wprost ze stacyjki w Szczytnej, czy jakoś inaczej?
(lata 80-te, dolny-slask.org.pl)
To wszystko z tej wycieczki klasowej, co jestem w stanie sobie przypomnieć i ułożyć w jako-tako składną całość.

niedziela, 9 lutego 1986

Kościelnie w Olczy

Tatry Wysokie


1986, luty



Tutaj to już będzie słabo z pamięcią. Był to jedyny mój tego rodzaju wyjazd "pseudooazowy". Budowałem kościół? Raczej nie, bo to była przecież zima, ale na pewno kupowałem potem jakieś "cegiełki" na tę budowę. Mieszkaliśmy tuż obok, w Olczy na Piszczorach, w budynku należącym do tych misjonarzy. 

(fot. misjonarze-zakopane.pl)
Nową świątynię o kontrowersyjnym wyglądzie konsekrowano ponad dwa lata później, 30 lipca 1988 r. I ja na to dałem pieniądze i jeszcze rodziców namówiłem? No cóż...
Była to taka prawdziwa zima z dużą ilością śniegu i mrozem, więc dla takiej bandy lamerów jak my wtedy Tatry były trudnym orzechem do zgryzienia.
Koleżanka mi tu przypomniała, że dużym problemem była plaga pękających termosów, które tłukły się w ilościach hurtowych. 
Bo wtedy termosy miały szklane wkłady a nie jak obecne moje tatonki czy primusy mają wkłady stalowe. Wystarczyło lekkie uderzenie, rozlegało się charakterystyczne zgłuszone puknięcie...i po termosie. Krążyły legendy, że gdzieś, kiedyś, komuś udało się wymienić rozbity wkład na nowy :-)

Z tej całej magmy jedna wycieczka wryła mi się w pamięć. Niestety, z nieprzyjemnych względów.
Poszliśmy najpierw na Halę Gąsienicową a potem dalej na Kasprowy Wierch. Wynika tak z zachowanej mojej widokówki wysłanej do rodziców. Szliśmy wtedy z Kuźnic przez Dolinę Jaworzynkę. Podchodziliśmy Siodłową Percią w śniegu powyżej kolan, stawiając nogi w głębokie dziury. Ogólnie byłem dość zmęczony tym podejściem. A jeszcze tyle drogi przed nami...Od strony Przełęczy między Kopami zeszło dwóch WOPistów z kałachami. No i wzięli nas w obroty. Gdzie mieszkamy, czy mamy zameldowanie itd. Oczywiście wtedy trzeba było się meldować, czego myśmy nie zrobili, żeby nie wydało się, że są tam płatne noclegi. Byliśmy pouczeni, co mamy mówić, że dopiero przyjechaliśmy, czy coś w tym stylu. Po sprawdzeniu dokumentów dochrzanili się z jakiegoś powodu akurat do mnie.
Wtedy byłem lekko przerażony, zaczęli mówić, że mam z nimi iść na dół do Zakopanego, bo osoba o takim samym imieniu i nazwisku jest właśnie poszukiwana na podstawie listu gończego.  No coś niebywałego, taki przypadek! Oczywiście to był tylko taki świetny żart, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, prank, bo przestraszony byłem wtedy po całości. Na szczęście w końcu odczepili się i poszli dalej. A my mogliśmy kontynuować naszą wycieczkę. 
Ja z tych nerwów szedłem przez jakiś czas na miękkich nogach ;-)
Taki widok mogliśmy ujrzeć po wyjściu na Halę koło schroniska Murowaniec
(pocztówka PTTK, fot. E.Moskała, zbiory własne)
A po przejściu hali i wyjściu na Kasprowy Wierch /1987/ mogło być tam tak:
(pocztówka KAW z lat 70/80, fot. A.Chmielewski, zbiory własne)
Taki widok w stronę zachodnią mógł rozciągać się przed naszymi oczami, ale raczej było pochmurno, jak mi coś-gdzieś dzwoni:
(pocztówka KAW z lat 70/80, fot. M.Raczkowski, zbiory własne)
Innych wypadów w Tatry z tego wyjazdu niestety nie pamiętam, być może pogoda była nie taka...albo raczej człowiek młody był bardziej rozgadany niż rozchodzony.

niedziela, 19 maja 1985

Wycieczka pierwsza - LO III

Góry Świętokrzyskie


1985, maj


Moja mapa z epoki:

Z tego wyjazdu pamiętam początkowe...lądowanie w UFO w Kielcach. 
Na tym nieortodoksyjnym dworcu autobusowym niestety nigdy już potem nie byłem. Teraz (2018) jak słyszę jest od stycznia zamknięty i czeka na remont.
(fot. fotopolska.eu, lata 80-te)
Może to i dobrze, ponieważ dopuściłem tam się działania na szkodę obiektu strategicznego jakim był dworzec autobusowy. Otóż udało mi się w biały dzień, w tłumie ludzi ściągnąć literę "I" ze słowa "KIELCE". Proszę nie pytać, po co i dlaczego to zrobiłem...
To były takie wielkie styropianowe litery pomalowane na żółto, potem długo u mnie w pokoju wisiała ta żółta litera na ścianie. Przepraszam KELCE, ups, Kielce :-D

Z dworca autobus zawiózł nas do Św. Katarzyny. Tutaj naszą bazą było ówczesne schronisko PTTK "Jodełka":
(fot. fotopolska.eu, rok 1979)
Obecnie (2018) niestety nie udało mi się wejść do wnętrza z powodu remontu obiektu.
(fot.2018)

Pierwsza trasa na lekko zaprowadziła nas ze Św. Katarzyny  do Bodzentyna
Jest to lajtowa trasa niebieskim szlakiem przez Miejską Górę, którą ostatnio odwiedziłem rodzinnie w czasie ferii 2018:
(fot. 2018)
Miejska Góra na drugim planie, górująca nad Bodzentynem:
(fot. 2018)
Odwiedziliśmy też z pewnością, pamiętam jak tu stałem :-) ruiny zamku biskupiego:
(fot. 2018)
Powrót szlakiem - tą samą drogą. Gdzieś tutaj musiałem znaleźć blisko dwumetrowy kij, który podrzeźbiłem we wzorki i napisy  i towarzyszył mi potem na tej wycieczce (oprócz tej litery "I" w plecaku) jako tak zwana "Dzidzia".


Czekało nas teraz wyzwanie - pierwsze dłuższe przejście z plecakami, całą grupą o zróżnicowanych siłach. 
Niby takie tam małe górki, ale przecież bez mała te trzysta metrów trzeba podejść na Łysicę /612/.  Kolega Stachu na gołoborzu:
Wygląda, że to w tym samym miejscu, kamienie się zgadzają ;-)
(pocztówka KAW, 1976, fotopolska.eu)
Idziemy Pasmem Łysogór przez Agatę i Przełęcz Św. Mikołaja. Dalej - tak jak i obecnie - iść grzbietem nie można było - należy zejść do Kakonina. 
Skrajem ŚPN przechodzimy do Huty Szklanej i stąd niestety szosą - chociaż wyłączoną z normalnego ruchu - udajemy się na szczyt Łysej Góry /594/.
Foto na górze prawie na szczycie, to na dole gdzieś na tym samym odcinku, ale dlaczego nie mamy tutaj plecaków?
Plecaki albo zostały przy klasztorze pod okiem jakiegoś strażnika, albo jednak na następny dzień zrobiliśmy podejście ze Słupi Nowej na lekko (?).
Fotka z tego samego roku, co nasza wycieczka:
(fot. P.Krassowski, fotopolska.eu)
Niestety, na czas zwiedzania krypty i klasztoru zostawiłem moją "Dzidzię" gdzieś pod murem kościoła i po wyjściu na zewnątrz stwierdziłem, że ktoś ją niecnie zajumał :-(
Pozostaje nam wyjście poza bramę klasztoru i zejście szlakiem na dół, do schroniska PTSM w Nowej Słupi.
(pocztówka 1985, fotopolska.eu)
 PeTeEsEmka ma się świetnie i świętuje siedemdziesięciolecie:
(fot.2018)
Tutaj musieliśmy czekać o głodzie i pragnieniu, zanim nas wpuszczą do owego przybytku. Kolega-harcerz zrobił sobie jajecznicę na kuchence i był bardzo z siebie dumny 😋. Reszta klasy miała na ten temat inne zdanie...
Ponieważ w czasie pobytu w tym obiekcie wpadłem na kolejny świetny pomysł i biegałem z 20-litrową hydronetką,
 próbując polewać koleżeństwo, doszło do pewnej, hmm, scysji słownej z szefową obiektu, po czym musiałem do końca pobytu się ukrywać.
Były tam jeszcze jakieś zabawne zdarzenia i spięcia z równocześnie przebywającą w schronisku inną wycieczką z innego miasta, ale za bardzo nie pamiętam, o co chodziło. Może ktoś mi przypomni na spotkaniu klasowym ;-) to z chęcią dopiszę.
W każdym razie być może byliśmy tam jeszcze jeden dzień wracając na Święty Krzyż na lekko, a może byliśmy gdzieś indziej, ale nie mogę tego powiedzieć z całą pewnością. 
Na razie tyle z 1985 roku.

niedziela, 15 lipca 1984

Obóz niewędrowny

Beskid Żywiecki


1984, lipiec


1982-1983 jakoś nie mogę znaleźć żadnego wakacyjnego wyjazdu w Tatry. Przyczyna mogła leżeć w sytuacji w kraju (stan wojenny, kryzys) i w zmianach w mojej rodzinie - w 1984 urodziła się moja siostra. 
Ale oto w 1984 roku zapisałem się na obóz wędrowny. Trasa miała prowadzić przez piękne miejsca Beskidów z Suchej Beskidzkiej aż do Rabki lub do Nowego Targu. Czyli trasa dosyć konkretna i ambitna.
Był to jak sądzę mój pierwszy tego rodzaju wyjazd. Miałem śmieszny, niewygodny plecak o wyglądzie wielkiego brezentowego wora. Po wypakowaniu po brzegi miał kształt coś jakby kuli.
Już po przyjeździe do Suchej Beskidzkiej okazało się, że wielu uczestników ma zupełnie inne wyobrażenie o tym obozie, niż było napisane w warunkach udziału...Mimo, iż było zupełnie jasne, że obóz jest turystyczny i ma polegać na przemieszczaniu się przez góry na kolejne miejsca noclegowe, to część uczestniczek wzięła ze sobą głównie stroje i obuwie... dyskotekowe :-) Obecnie, w 2018 roku, na takie osóbki mówimy "Karyny".
No cóż, rano bierzemy nasze plecaki, bagaże (no chyba jednak walizki nikt nie miał, chociaż kto wie?) i wyruszamy na pierwszy odcinek trasy. Którymś ze szlaków wiodących z Suchej wspinamy się na grzbiet Pasma Jałowieckiego. Zapewne był to szlak czerwony, jak się domyślam. 
Nie szliśmy daleko tym  grzbietem, zeszliśmy rychło w kierunku na centrum Zawoi i potem przez tę długą wieś szliśmy gdzieś na Zawoję-Wilczną (?). Niestety, nie pamiętam gdzie dokładnie spaliśmy, ale na pocztówce z tej wycieczki oznaczyłem strzałką kierunek od istniejącego wówczas hotelu "Sokolica" i opisałem, że to około 300 metrów od niego. Cóż jednak z tego, skoro nie mogę obecnie znaleźć w Zawoi takiego obiektu? Może został wyburzony albo przebudowany?
(widokówka KAW z tej wycieczki, zbiory własne)
Cała grupa była mniej lub bardziej zmęczona, szczególnie osoby w nieodpowiednich butach narzekały na obtarte nogi. Ja zaś i kilku innych chłopaków przyjęliśmy nieopatrznie zaproszenie od miejscowych...jakby trampkarzy. Oczywiście, jak można się domyślić, efekt był opłakany - sromotnie przegraliśmy - my byliśmy zmęczeni i niezgrani a oni.. na odwrót :-)

Kolejnego dnia była wycieczka na lekko na Babią Górę. Część grupy w ogóle odmówiła wchodzenia. Druga część grupy wraz ze mną poszła na tę wycieczkę, ale niestety nie było mi jeszcze wtedy dane zdobyć beskidzkiej Królowej. Po dojściu do schroniska na Markowych Szczawinach nasz przewodnik (taki prawdziwy, beskidzki, w czerwonym swetrze i z blachą) wybrał sobie małą grupkę najstarszych chłopaków i tylko z nimi wszedł na szczyt. Mimo, iż chciałem podchodzić z nimi, musiałem poczekać przy schronisku na ich powrót. Byłem tym bardzo rozczarowany, bo przecież wcześniej w Tatrach bywałem na wyższych szczytach.
(widokówka KAW z tejże wycieczki, zbiory własne)
Mieliśmy potem przejść do Zubrzycy Górnej, ale jak sądzę z powodu wielkiego upału i ogólnej słabości grupy przejechaliśmy ten odcinek autobusem - może takim ogórkiem, jak na powyższej kartce. Czyli dlatego właśnie "byliśmy na Babiej" na lekko!

W Zubrzycy Górnej mieszkaliśmy w jakichś kwaterach prywatnych. Raczej tak przestrzennie mi się wydaje, że było to w rejonie skrzyżowania z drogą na Sidzinę, pamiętam też, że byliśmy na północ od kościoła a na południe od skansenu. Pamiętam, że wydurnialiśmy się nieprawdopodobnie - stojąc na balkonie domu, w którym mieszkaliśmy i drąc papę na ulicę rzucaliśmy hasłami w stylu "Obywatele! Wstępujcie masowo w szeregi PZPR!" albo "Niech żyje i umacnia się przyjaźń polsko-radziecka" :-D Był to rodzaj naszej kpiny z ówczesnej rzeczywistości. Przechodnie zapewne myśleli, że to jakaś kolonia z domu opieki nad młodzieżą niepełnosprawną umysłowo. 
Skansen Orawy oczywiście odwiedziliśmy, może robiliśmy też jakieś wycieczki w pobliżu. Niestety nie mam zapisane, jaką trasą miał iść pierwotnie obóz wędrowny. Jak mogę się domyślać przez Policę na Jordanów i dalej do Rabki fragmentem GSB. Tym niemniej niefortunnie nasz obóz zamienił się z winy "Karyn" z wędrownego w objazdowy i do Rabki również pojechaliśmy autobusem. Nasz przewodnik beskidzki chodził wściekły jak osa i właściwie wszelkie chodzenie z nim skończyło się. Ale gdzieś tam z pewnością byliśmy, bo pamiętam, jak na jakiejś wycieczce odezwał się do mnie dość nieprzyjemnie.
 W Rabce naszą kwaterą był...hmmm. Pewnikiem raczej jakieś kwatery prywatne, niż "dom wczasowy". Jakimś cudem mam z tej Rabki jednak kartkę z... Nowego Targu - a przecież nie pamiętam, żebyśmy o niego zahaczyli, czyżby jednak?
(widokówka KAW z tejże wycieczki, zbiory własne)
To był finalny moment i zakończenie pobytu po kolejnych 2-3 noclegach. 

Zdążyłem wtedy z kolegą urwać się "ochronie" w ramach czasu wolnego i podeszliśmy sobie gdzieś w okolice Maciejowej i to był mój pierwszy kontakt z Gorcami. Przy schronisku złapał nas deszcz i tak zapamiętałem pożegnanie z górami i tym obozem niewędrownym.
Trochę szkoda wielu niewykorzystanych szans, nadrobiłem to później już w wieku dojrzałym.