niedziela, 11 maja 2008

Gorczańsko klasycznie zlani

Gorce


2008, maj



(Nie jestem pewien tej daty, ale rok w tę czy rok wew tę nie robi różnicy 😄)
Wycieczka dwuosobowa z Panem Malinowskim miała być przyjemnym gorczańskim klasykiem, przejściem ponownie całego grzbietu lub innym wariantem - bocznego ramienia.

Tymczasem ledwo wyszliśmy z pociągu w Chabówce, powitał nas kapuśniaczek sączący się z nieba.
Przeszliśmy spiesznie do Rabki, aby gdzieś tam schronić się przy piwie. Skończyło się heinekenem pod sklepem, bo przestało chwilowo padać.
Wychodzimy na szlak czerwony i na początek zmierzamy do schroniska Maciejowa.

W schronisku nalot młodzieży kolonijnej, ani chwili spokoju od rejwachu. Ten chce czipsy, ten kolę, temu coś się wylało, ten zgubił dwa zyle...😁

Po krótkim odpoczynku wybiegamy czym prędzej na szlak i po godzinie i pokonaniu Jaworzyny Ponickiej lądujemy w nieco spokojniejszym schronisku Stare Wierchy.
Niestety, pada już równo. Zalegamy trochę w schronisku, aby przeczekać najgorsze.
Po dłuższym czasie wychodzimy, kiedy wydaje się, że trochę robi się spokojniej.
Niestety, szlak jest całkowicie błotnisty, po krótkiej chwili mamy i tak bagno w butach. Nasze garmonty kompletnie do niczego się nie nadają, dla mnie to pożegnanie z tym butem i z tą marką.
Mozolnie przekraczamy Obidowiec /1106/ i Rozdziele /1188/ i w kolejnej zlewie wkraczamy na Turbacz /1310/.
Pozostaje nam tylko zejść do schroniska i zacząć się suszyć.


Po nocy spędzonej w schronisku wychodzimy na szlak, jednak z podkulonymi ogonami kierujemy się do doliny Kamienicy. Buty ledwo co obeschły, po kilku krokach w kałużach są znowu mokre na wylot.
Pada tak samo jak padało.Trawers Mostownicy: 

(fot. moje z innej gorczańskiej wycieczki)

Z Przełęczy Borek idziemy do doliny, wydaje się, że nasze perypetie zakończyły się. Tymczasem obserwuję wzburzony i podniesiony mocno nurt rzeczki.
Dochodzimy do pierwszego mostku - woda przepływa już prawie przy samej nawierzchni!
Dochodzimy do drugiego mostku - mostku nie ma...Nad jego resztkami łomocze zagniewana woda.
Pospiesznie wracamy do pierwszego mostku i z ulgą przechodzimy, zanim zostanie również zniesiony.
Musimy teraz powrócić do rozstaju szlaków. Tym razem szlakiem żółtym wznosimy się na Kudłoń / 1276/ i następnie na Gorc Troszacki /1235/.

Jestem zobojętniały na wszystko, nawet na wszechobecna wodę...
Zmulony i zniechęcony człapię noga za nogą; idąc tym szlakiem ostatnio przy ładnej pogodzie, nie poznawałem z jego przebiegu prawie nic. 

Na zakończenie tej utopionej wycieczki zsuwamy się na Przysłop Lubomierski
We wiacie przystankowej wylewam wodę z butów i szukam w plecaku czegoś słabiej wilgotnego do przebrania na drogę powrotną.

niedziela, 20 kwietnia 2008

Wschodnia Ściana Kotliny Kłodzkiej

Góry Złote+Góry Bialskie+Masyw Śnieżnika


2008, kwiecień




Tak, wiem, że Kotlina Kłodzka to nie góry i powinno się pisać "Ziemia Kłodzka". Ale jeśli przez analogię przyjąć, że Kotlina stanowi podłogę pokoju, to góry są ograniczającymi ją po bokach ścianami :-D
Moją przygodę z tymi "ścianami" zaczynam w takim razie w Złotym Stoku. Zostawiłem tam samochód a żeby było dowcipniej zostawiłem włączone reflektory na trzy dni (pomimo wyjącego w aucie ostrzeżenia!). Ale to okazało się po powrocie.


Wybrałem szlak żółty przez Krzyżnik, ponieważ wtedy jeszcze nie istniał zielony szlak graniczny. W dalszej kolejności przechodzę przez Przełęcz Pod TrzeboniemJawornik Wielki /871/ i Przełęcz Jaworową
i schodzę do doliny Orłowca. Dalej bez szlaku idę do granicy i do czerwonego czeskiego szlaku, którym z grzbietem granicznym można wejść na Borówkową /899/.

Po obowiązkowej wizycie na wieży kontynuuję marsz grzbietem, potem szlak odbiega od granicy ale ja dzielnie brnę jakąś zarośniętą ścieżką graniczną. Szlak pojawia się ponownie bodaj koło Kobylej Kopy. Jeszcze kilka kilometrów granicą i wypadam na Przełęcz Gierałtowską. Tutaj mam się spotkać z menelem, koło wiaty. Ale nie ustaliliśmy, koło której! A były tam wówczas dwie: jedna gorsza na samej przełęczy i druga trójkątna poniżej na czerwonym szlaku. Z sygnałem sieci komórkowej mam problem, więc chodzę kilka razy w górę i w dół, czekając na koleżkę. W końcu ze sporym opóźnieniem spotykamy się na szlaku i instalujemy na spanie w trójkątnej wiacie.
Poranek z promyczkami słonka:

Nowy Gierałtów, gdzie menello pozostawił auto (ale tu już bez słońca 😒):

Idziemy sobie grzbietem zdobywając kolejne kulminacje grzbietu, pojawia się i mija Břidličný /945/ i oczywiście Kovadlina (Kowadło), 989m npm:

Na grzbiecie jesteśmy coraz wyżej, aż gdzieś przed Smrekiem pojawia się śnieg. Zatem mamy jeszcze kwietniowy biwaczek na śniegu.




Po posiłku idziemy dalej obchodząc worek graniczny. Trasa prowadzi przez Brousek itd, na Postawną w tym śniegu rozmiękłym już nie zbaczamy. 
Po tym uciążliwym odcinku zakręcamy na północ i przez Bile Kameny wyłazimy na Rudawiec (Polską Horę) 1106m npm.
Na tej Rudej Zdzirze, gdzie mieliśmy malutki kryzys:
Kierujemy się szlakiem i grzbietem granicznym w stronę ogólnie zachodnią. Ponieważ przeszliśmy już najwyższy punkt tego dnia, śnieg znowu robi się coraz bardziej rozmiękły i idziemy noga za nogą rozmyślając nad pozostawionymi w szafach rakietami i powodami takiej decyzji...Przez Kunčický hřbet i Chlupenkovec zmierzamy w zapadającym zmroku na Przełęcz Płoszczynę (Kladske sedlo). Tu już śniegu prawie nie ma (bo 815m npm), menel rozkłada swoje khumbu.

Na przełęczy nie istniała jeszcze Chata Kladske sedlo, to znaczy oczywiście sam budynek graniczny stał, ale było to krótko po zniesieniu kontroli między Czechami a Polską.
W tej chwili (2017) wygląda trochę inaczej.
My zaś rano idziemy oczywiście dalej w stronę Śnieżnika. Odpoczynek robimy wprost na śniegu zalegającym na przełęczy Głęboka Jama

Menel testuje nowy termos siedząc w Głębokiej Jamie 😄
Wydostanie się żlebem zielonym szlakiem w starym śniegu pochłania mnóstwo sił. Wychodzimy na górę, nawet nie wiem ile to czasu trwało...



Na szczycie Śnieżnika jak widać na fotach zimno i robimy tylko krótką sesję zdjęciową.
Schodzimy zagrzać się do schroniska i dalej w dół - nic już nas nie czeka, oprócz kłopotliwego powrotu. No bo schodzimy żółtym na Kletno a przecież auta mamy w Gierałtowie i w Złotym Stoku. 
Na szczęście na parkingu koło Jaskini Niedźwiedziej łapię stopa w postaci pary odjeżdżającej właśnie po zwiedzaniu, podwożą nas do Stronia Śląskiego.Ustalamy, że poczekam z bagażami a menello złapie stopa do odległego o siedem kilometrów Gierałtowa i stojącego tam jego samochodu.

Niestety, jakoś nikt nie chce się zatrzymać a może jedzie za mało samochodów? W takim razie dzielnie rusza z buta i dopiero niedaleko auta jakaś dobra dusza zabiera tego pogromcę asfaltu. 
Przejeżdżamy razem przez Lądek i Przełęcz Jaworową do Złotego Stoku, ja zabieram sie do mojego autka a tu dzieje się coś dziwnego.Nic nie odpala, nawet zegar nie działa...
Katastrofa kompletna...A to niedziela była, wszystko nieczynne.
Menel mnie zawlókł nieopodal na stację paliw, oczywiście nie mają nic: ani kabli, ani akumulatorów...
A tu nagle facet koło dystrybutora się odzywa i mówi, że ma w bagażniku zwój kabla i okazało się, że jest... elektrykiem!
Serdecznie go pozdrawiam, bo pomógł nam wszystko podłączyć, trzymał kabelki od akumulatora do akumulatora i potem jakoś poszło.

niedziela, 17 lutego 2008

Ferie - Korbielów

Beskid Żywiecki


2008, luty





Kolejne ferie w fajnej kompanii. Tym razem chcieliśmy zajrzeć do jednej ze 
zimowych stolic Polski - Korbielowa. 
Bierzemy pokoje w agro niedaleko "centruma". Ogólnie wyjazd miał być na zasadzie łapania dwóch srok za ogon - ja z Panem Malinowskim mieliśmy ochotę na Babią Górę, Pilsko itd,  ale również dzieci miały mieć swoją porcję atrakcji na śniegu.

Pierwsza wycieczka wspólna - wyłazimy z Korbielowa niebieskim szlakiem na przełęcz Przysłop i następnie przez Łabysówkę schodzimy czarnym na Krzyżową. 

Niestety, oddaliło nas to bardzo od naszego miejsca zamieszkania i wracaliśmy długo szosą, co mocno umęczyło szczególnie naszą młodzież.

Próbowaliśmy również sił na stoku 😄 chociaż ja nigdy nie złapałem narciarskiego bakcyla, więc dzieciom zatem też nie potrafię go przekazać. Ale zabawa był przednia:


Podjechałem też z rodzinką wyciągiem na Solisko w celu udania się na Pilsko, niestety dalsza droga była utrudniona z powodu kolizji szlaków letnich z narciarskimi, a było oczywiście mnóstwo narciarzy. Zeszliśmy zatem przez las do żółtego lub zielonego szlaku, już tego detalu nie pamiętam.

Główną wycieczką wyjazdu była wizyta na Babiej Górze wspólnie z Panem Malinowskim.
Zostaliśmy podwiezieni do schroniska Slana Voda. Stamtąd ruszyliśmy czerwonym szlakiem póki co drogą w kierunku Małej Babiej Góry. Warun zimowy był naprawdę potężny - po zejściu z drogi momentalnie wpadliśmy po uda, na szczęście byliśmy uzbrojeni w rakiety.
Podejście doliną przez Borsucze jest dość uciążliwe, ale dopiero za wspomnianym szczytem jest stromy odcinek, na którym robimy wysokość.
Wreszcie las się kończy i wychodzimy na szczytową polanę Małej Babiej Góry /1515/.

Przed nami jeszcze "tylko" zejście na przełęcz Brona i podejście zachodnim ramieniem Babiej. Mimo silnego wiatru robimy temat sprawnie, bo przecież jesteśmy na lekko. Wychodzimy na szczyt - Babia Góra /1625/:

Wracamy tą samą drogą na Małą Babią Górę i dalej granicą na przełęcz Jałowiecką, śnieg tutaj jest już przewiany i przemrożony, w rakietach idzie się po wierzchu idealnie, mijamy idącą w tym samym kierunku "pieszą" wycieczkę bez żadnego trudu. Dalej przez Słowację schodzimy do żółtego szlaku i już leśną drogą do szosy w Oravskiej Polhorze. Stąd odbiera nas samochodem Ala i wracamy do Korbielowa. 

niedziela, 6 stycznia 2008

Klątwa Worka Raczańskiego 1...ale przedtem klątwa Niżnych


Niżne Tatry+Beskid Żywiecki




2008, styczeń





W sprawdzonej trzyosobowej obsadzie udaliśmy się do Zwardonia.
"Kurierskim" szlakiem przekraczamy granicę aby udać się na ministacyjkę Skalite-Serafinov. Koleją dostajemy się do Czadcy, Żyliny i następnie do Rużomberka a autobusem do Donovalów. Lądujemy tam po południu i robimy ostatni przepak.




Szlakiem przez Koczkę wychodzimy na imponujący zachód słońca na Kozi chrbat /1330/



Śnieg jest zmrożony i idzie się wygodnie wierzchem. Obserwujemy zachodzące słońce



Jeszcze tylko zejście na Hiadeľské sedlo i możemy rozbić namiot.

Mieścimy się w moim Hotelu akurat. Po zmroku robi się solidniejszy mróz, brakuje nam wody a gotowanie jest bardzo utrudnione - z powodu silnego wiatru palniki są mało wydajne, właściwie tylko jeden sprawuje się jako tako. Na dodatek nie wiedzieliśmy o bliskim źródle - czyżby nikt nie miał porządnej mapy?

Rano okazuje się niestety, że pogoda pogorszyła się i na zmarznięty śnieg zaczął sypać świeży puch. Przez to i długotrwałe gotowanie wody ze śniegu wychodzimy późno...
Na rakietach podchodzimy na Praszywą /1673/.





Tu pojawiają się przebłyski widoków i słońca.

Ja jak głupi zapomniałem kijków...nożż szlag by to. Klątwa.

Pochodzimy jeszcze stokiem Małej Chochuli /1719/ ale jest już popołudnie - tu niestety dochodzimy do wniosku, że ze względu na rosnącą ilość śniegu nie dotrzemy w żadnym sensownym czasie do Útulňi Ďurková pod Chabencom a na nasze palniki nie mamy co liczyć (odwodnienie murowane). Zejść z grzbietu w innym miejscu ze względu na lawinowe warunki raczej też nie damy rady...jeśli nie chcemy dać zarobić służbom ratowniczym pozostaje nam wycofać się na Hiadelskie sedlo. Klątwa.
Stamtąd -pokonani- udajemy się do doliny miejscowości Korytnica-kupele. Na szosie okazuje się, że jest szansa na ostatni autobus, czekamy jakiś czas na niego.

Autobusu jednakże brak (klątwa), idziemy szosą kilka km do Liptovskiej Osady.
Tu po wizycie w knajpie szukamy jakiegoś miejsca na spanie. Po dłuższym poszukiwaniu lądujemy na tarasie nieczynnego bufetu (wtedy nie było jeszcze tego daszku z przodu, więc obudziłem się ośnieżony)

(fot.googlemaps)
Rano łapiemy autobus do Rużomberka, potem dalsze połączenia na które tracimy prawie cały dzień (klątwa) - dopiero wieczorem jesteśmy w Zwardoniu

i udajemy się na nocleg do Dworca Beskidzkiego (obecnie - 2017 - niestety w ruinie).

Po odwrocie z Niżnych Tatr pełni nadziei i nakręceni motywacyjnie szykujemy się na obejście Worka Raczańskiego - od rana powinniśmy dać radę dojść do Przegibka.
Niestety, lajtowa wycieczka zamieniła się z powodu opadów śniegu w katorgę - traskę do Raczy, która normalnie pochłania ok. 4-4,5 h, myśmy robili na rakietach w...9 godzin...i ledwo co daliśmy radę. Wieczorem tyle co mieliśmy siłę paść na pyski w schronie na Wielkiej Raczy. Trzech facetów na rakietach! Klątwa!
Tutaj dopiero na Kykuli /1087/











Wielka Racza /1236/

O dalszej wędrówce nie było już mowy z powodów czasowych. Padamy w zimnym schronisku, które wydało nam się cudownym azylem. Ogólnie wycieczka okazała się fajnym doświadczeniem na przyszłość w zimowych trudnych warunkach. 
Nauka druga to taka, że spontan jest fajny... ale najlepszy jest "spontan przygotowany" - straciliśmy sporo czasu na przejazdy nie znając rozkładów, nie mając dobrych połączeń.
Następnego dnia po swoich śladach wróciliśmy do Zwardonia.

(Większość fotek menela i Pana Malinowskiego).