niedziela, 10 sierpnia 2008

Andaluzja. Mulhacen.

Sierra Nevada+Sierra de Almijara




2008, sierpień






Najwyższy szczyt gór Sierra Nevada (pasmo Góry Betyckie - Cordilleras Bética), kulminacja Półwyspu Iberyjskiego, najwyższy szczyt kontynentalnej Hiszpanii (drugi w ogóle, po kanaryjskim Pico del Teide).
Drugi pod względem wysokości to Veleta (3.398 metrów). Innych dwadzieścia wierzchołków przekracza wysokość 3.000 metrów. Czyni to z Sierra Nevada jeden z najwyższych masywów górskich w Europie. Na południu pasmo przekształca się w malowniczą krainę zwaną Alpuharą (La Alpujarra). Ponoć właśnie tam ostatni król muzułmański, Boabdil, obejrzał się po raz ostatni na miasto i z żalem westchnął za pozostawioną ojczyzną. Na pamiątkę tego mitycznego zdarzenia pobliska miejscowość została nazwana Suspiro del Moro, czyli Westchnienie Maura.
Nieprzypadkowo zatem wybrałem miejsce wspólnych wakacji z okazji kolejnej okrągłej rocznicy ślubu w pobliżu pasma Sierra Nevada.
Podczas pobytu w Andaluzji na Costa del Sol wyrwałem się ze słodkich więzów małżonki , pożyczyłem autko i nad ranem pojechałem jeszcze po ciemku w góry. Po stu-tysiącach-serpentyn dostałem się do miejscowości Capilleira.

Następnie coraz węższą asfaltową dróżką, przechodzącą następnie w szutrową , dostałem się do miejsca zwanego Hoya del Portillo położonego na wysokości około 2100 m n.p.m. Jest tam parking oraz budka strażnika parkowego.
Po szybkim śniadaniu napędzany adrenaliną ruszyłem dziarsko pod górę ścieżką wijącą się przez las piniowy (pinia to taka sosna, która udaje świerk czyli choinkę).
Około ósmej powitały mnie pierwsze promienie słońca wschodzącego nad Sierra Nevada.

Głębokie cienie zaczęły powoli uciekać z dolin

Długim grzbietem zwanym Loma de Piedra Blanca wydostałem się na szczyt Prado Llano (2578m) a następnie górnym odcinkiem dalszego ciągu szutrowej drogi w okolice Alto del Chorillo (2711m).

Jeśli ktoś nie bardzo lubi chodzić po górach :-) może sobie do tego miejsca dojechać parkowym minibusem za kilka euro, ale zdaje się, że ilość miejsc jest bardzo ograniczona. Widziałem potem ten busik z góry. Jest mały i jedzie chyba tylko raz dziennie. Zresztą to nie ma znaczenia, bo i tak trzeba wyruszyć wcześnie aby nie podchodzić w najbardziej upalnym okresie dnia.
Widać już długie na kilka kilometrów południowe ramię Mulhacenu Loma del Tanto przechodzące w Loma del Mulhacen.
No i właśnie tym ramieniem biegnie ścieżka wśród kamieni , którą poszedłem dalej.





Powyżej 3000 metrów wzmaga się wiatr, mimo oślepiającego słońca nie odczuwa się tak wysokiej temperatury. Tym niemniej słońce operuje bardzo silnie i w użyciu był filtr 50.
Ścieżka wspina się coraz bardziej , aż w końcu można już dostrzec południowy wierzchołek Mulhacen II (3362m)

Jeszcze trochę wysiłku najbardziej stromym odcinkiem podejścia i wszedłem na ten tzw „przedwierzchołek”.

Ujawniają się piękne widoki na drugą stronę grzbietu

Czekał mnie jeszcze krótki paronastominutowy spacer na właściwy szczyt Mulhacen (3482m) i oto dałem się sfocić jakiemuś Hiszpanowi:

Na szczycie wesoło:

Widoczki ze szczytu:



Kilkusetmetrowe urwisko od strony północnej:





Zacząłem schodzić na stronę zachodnią stromym gołoborzem



Mijałem po drodze nieszczęśników , którzy w tym momencie podchodzili zygzakami między kamieniami...a było to już między 12 a 13 godziną, słońce paliło już niemiłosiernie....

W końcu zszedłem na wysokość około 3000 m , gdzie wije się ścieżka będąca niegdyś drogą ...obecnie została mocno zasypana spadającymi głazami i tylko od czasu do czasu przemyka nią jakiś rowerzysta górski.



Jeszcze rzut oka za siebie na Puntal de la Caldera (3219m)

Ścieżką a następnie drogą szutrową wróciłem na parking około godziny piętnastej. Po drodze jeszcze było przejście przez las piniowy, który zamienił się w saunę z dodatkiem olejków eterycznych...
Podsumowując – wycieczka udana, na około 8 godzin chodzenia wliczając postoje na fotki i picie.
Górka przyjemna, trekingowa, technicznie bardzo łatwa. Widoki za to straszliwe i cudowne zarazem, zupełnie obce krajobrazowo od naszych gór, ani skrawka drzewka, cienia. Wszędzie tylko głazy, kamienie i...inne głazy.
Trzeba pamiętać, że każdą kroplę wody, którą chcemy wypić, musimy przedtem wnieść na własnych plecach. Około trzech litrów powinno wystarczyć.
Z miasteczka Nerja, gdzie mieszkaliśmy, jest rzut beretem w inne subpasmo Gór Betyckich, mianowicie Sierra de Almijara. Razem z pasmami Tejeda i Alhama tereny te są objęte ochroną parku narodowego. Te szczyty było widać z dachu naszego hotelu, z basenu.



Komunikacją miejską dostaliśmy się do filigranowej wioseczki Frigiliana. To taka achetypiczna wioseczka, jak sobie ludzie wyobrażają śródziemnomorską zabudowę - białe domeczki, wąskie piesze uliczki pnące się w górę...Tę miejscowość zwiedziliśmy sobie już wcześniej, dzisiaj plan jest inny - od razu idziemy odcinkiem szlaku GR-242 zobaczyć jakiś widoczek górski.
Schodzimy do dna Rio Higueron i wychodzimy na przeciwległy stok. Po wyjściu na przełęcz i otwarty teren roztacza się widok na dolinę Rio Chillar i stoki szczytów Almendron /1514/ i Navachica /1831/.







Teraz szlak zaczyna schodzić w dół do sąsiedniej doliny, jednakże nie mając mapy nie wiedziałem, jak daleko możemy nim iść i zdołać potem pieszo wrócić. Dlatego zawracamy do Barranco Higueron (wąwozu) i podążamy nim w dół, w stronę morza.
Mamy stąd do miasteczka około 8 km.

Szlak stanowi koryto strumienia, w obecnej porze woda ledwo co ciurka. W miejscach stromych wodospadów pobudowano wprost w rzece schody.



Jak się potem okazało, Rio Higueron potrafi wypełnić się gwałtownie wodą i zapewnić wiele emocji wędrowcom, pytano nas potem, czy bardzo byliśmy mokrzy :-). Dla porównania fotki z netu:

(fot.grupomonteandax)

(fot.comandopreston)
W czasie naszego przejścia było suchutko - czyli istne Rio Seco (Rzeka Sucha) - jest to zarazem jedna z popularnych nazw w Hiszpanii, np ulic, które biegną dawnym lub okresowym korytem rzeki. (To chyba jakiś inny wąwóz, nie pamiętam).

No i tak schodzimy sobie do miasteczka. Wchodzi się od takiej mało reprezentacyjnej okolicy - pod wiaduktem autostrady, od tyłów domów przez plantacje (oczywiście ulica nazywa się...Camino de Rio Seco :-)).

(fot.googlemaps)
Osiem kilometrów w upale za nami, należy się cerveza fria :-)
Jeśli już jesteśmy w okolicach Nerja, to należy też wspomnieć o Cueva de Nerja czyli tamtejszej jaskini. Długość udostępnionych korytarzy wynosi ok. 2,5 kilometrów. Różnica wysokości pomiędzy wejściem i wyjściem to 72 metry. W "Sala del Cataclismo", galerii o najbardziej pokaźnych rozmiarach (100 metrów długości, 50 m szerokości, do 30 m wysokości) znajduje się największy naciek jaskiniowy na świecie. Jest to wielki stalagnat wpisany do Księgi Rekordów Guinessa - ma 32 m wysokości, a jego podstawa mierzy 13 x 7 m.





























Zwiedzanie podobnie jak w słowackich jaskiniach Demianowskich z muzyką i światłami.

niedziela, 27 lipca 2008

Sam na sam z Biskupem

Góry Opawskie



2008, lipiec





Samotna jednodniówka też się czasem trafi, kiedy nie można inaczej. Też ma to swój urok.
Przez Nysę dojechałem pękaęsem do Prudnika a stamtąd do Pokrzywnej.
Widok na punkt kulminacyjny dzisiejszej wycieczki:

Wbijam się tu w las i czerwony szlak w stronę granicy. Dość szybko dochodzi się do połączenia szlaków przy granicy.

Dalej zdobywam wysokość aż do szczytu Velká stříbrná (Srebrna Kopa) /785/.
Grzbietem granicznym dochodzę do załamania granicy na północ koło dawnej Rudolfovej chaty. Stąd jeszcze tylko kawałeczek pod górę i można napawać się szczytem.



Moim końcowym celem na dzisiaj są Głuchołazy, ale nie będę tam szedł najkrótszą drogą, o nie.Na razie schodzę na odpoczynek do schroniska. Pitko czy coś tam i można iść dalej - tym razem szlakiem żółtym a potem zielonym, idę w dół w stronę Cichej Doliny. Potem zawracam pod górę, aby przejść słynną Gwarkową Perć ze Straszliwą Drabiną:



Następnie przechodzę szlakiem do doliny Złotego Potoku w Jarnołtówku.
Robię sobie postój przy sklepie koło kościoła i skręcam na pola do Skowronkowa.
Dalej ścieżka prowadzi również polami, łąkami, jest to kolejny przykład na to, jak mało górski jest GSS.
Po przekroczeniu szosy idzie się dalej...też szosą, tyle, że boczną, prowadzącą do Podlesia. Pod lasem skręcam z niej w prawo i dalej idę podnóżami trzech Kop: Tylnej, Średniej i Przedniej. Potem jeszcze żółtym szlakiem koło szpitala i jestem w Głuchołazach.
No nie tak prędko, teraz trzeba przejść przez całe miasto...szukam tego dworca, szukam na ulicy Dworcowej na szczęście mam dużo czasu ale moje nogi już kuleją.
No to się potem okazuje, jaki głupi byłem, bo przecież pociągi nie jeżdżą a już na pewno nie z dworca Głuchołazy przy ulicy Dworcowej lecz z przystanku Głuchołazy Miasto i nie pociągi, tylko autobusy.
...i taki był koniec.

wtorek, 15 lipca 2008

Z czeskim pivem przez Jizery

Góry Izerskie/Jizerske hory+Karkonosze


2008, lipiec






Ustawka z Panem Malinowskim: tym razem robimy kilkudniową trasę, aby poznać niewidziane dotąd zakątki Izerów i zajść też być może w Karkonosze, okaże się w praniu którędy dokładnie.
Wybieramy opcję dojazdu do Jakuszyc. Idziemy w las pomiędzy granicą a linią kolejową.
Trochę się tam motamy, ale to początek trasy, mamy dużo sił i czasu, luz-blues.
Gdzieś tam koło Tkackiej Góry przekraczamy tor i idziemy na północ przez Rozdroże pod Działem Izerskim no i i dalej, do schroniska Orle.

Po postoju idziemy dłuugą izerską klasyczną drogą do Chatki Górzystów.
Lajtowa trasa, lajtowy dzień...i znów posiedzenie na ławeczkach. (Naleśników nie lubię, mówię z góry).

W końcu opuszczamy wygodne miejsce i idziemy (starym) żółtym szlakiem na Przełęcz Łącz-nik
Z przyjemnością i dostojnie przekraczamy granicę i meldujemy się w recepcji hotelu 
Smrk /1124/.
Izera widziana ze Smreka:

Wieczorem Czerwona Plama na Jowiszu widziana z wieży na Smreku:

W noclegu trochę przeszkadzają nam wielkie mrówki, które zagnieździły się w ścianie (?), dlatego śpimy na stołach.

Rano nadal piękna letnia pogoda, dobrze to wróży naszej wycieczce.
Schodzimy do czerwonego szlaku i przez Tiszinę dochodzimy do Hubertki. Skoro już jesteśmy w Czechach, nie będziemy sobie żałowali piva i tak będzie już cały dzisiejszy długi dzień :-)

Po deliberacjach decydujemy się na zejście na Lázně Libverda i dopiero stamtąd do Hejnic. Na placyku przed klasztorem zasiadamy oczywiście na ławeczce z pivkiem i zastanawiamy się, co począć z takim pięknym dniem? 
Ustalamy, że pójdziemy w stronę zachodnich krańców Gór Izerskich. W takim razie wybieramy szlak niebieski wiodący ulicą Łąkową. Przed nami niespieszne siedem i pół kilometra na Oldřichovské sedlo. Idziemy na luzie, ciesząc się słońcem a potem drogą w lesie.

Osiągamy Oldřichovské sedlo. Jest tu wielce sympatyczna knajpka oblegana głównie przez turystów rowerowych.
Zasiadamy zatem na kolejne pivkowanie i jakiś obiad.
Ponieważ jest dopiero popołudnie, decydujemy się jeszcze na obejście tutejszych pięknych skałek - przez Koprzivnik i Łysą Skałę wychodzimy na Skalni Hrad. Jest tu jedno z najfajniejszych miejsc, marzy mi tu kiedyś się namiot na górze.
Tymczasem schodzimy na Hřebenový buk i wyskakujemy jeszcze na najbardziej na zachód położony punkt naszej wyprawy - Oldřichovský Špičák /724/.
Pozostaje nam tylko zejście do Oldřichova v Hájích. Tam zakotwiczymy przy lokalnej spelunce - gotujemy gulasz na pozbieranych po drodze grzybach i raczymy się napojami.

Tu żeśmy siedzieli 
(fot.mapy.cz)

Po obżarstwie, opilstwie i lenistwie wracamy na przełęcz. Na noc rozkładamy graty we wiacie.
Niestety, nigdzie w pobliżu nie ma wody. Nie chciało nam się schodzić na dół i rano gonimy na resztkach...ale nic to, przecież w górach jest mnóstwo strumyczków!
Wiata na Przełęczy Oldrzichowskiej i nasze poranne bałagany.

Jednak po drodze...masakra na sucho! Żadnych źródełek, zero potoczków.
Na początku trzymamy fason i jest wesoło: Coś dla Pań (oraz niektórych Panów) oczywiście mam na myśli grzybiarzy-amatorów

Podchodzimy w gęstniejącym upale a język przysycha mi do podniebienia. Na szlaku zielonym w lipcu wody brak a do Polednika /864/ suma podejść wynosi te 400 metrów...
Zdycham z pragnienia aż w końcu - wychodzimy na rowerową Hrebenowkę.
Tam dopiero za Bílá kuchyně jest przy drodze źródełko! 
Chłepcemy zatem wodę wprost ze źródła, aż do przesytu. Humory się poprawiają, siły regenerują. I dobrze, bo czeka nas teraz kolejne podejście - na Ptačí kupy /1013/. Przedzieramy się przez chaszcze, kosówki i stromo po głazach wyłazimy na górę.
Widok z Ptacich Kup w stronę zbiornika Bedrzichov i Jeszteda:

Dalej ścieżka wiedzie nas na Holubnik /1071/.
Stara wiatka na przełęczy pod Gołębnikiem; śmieszne, góry a chodzi się kilometrami po molo...

Po krótkim odpoczynku koło wiatki wspinamy się jeszcze na szczyt Černá hora /1085/.
Grzbiecikiem idziemy również obejrzeć Śnieżne Wieżyczki /1063/ a potem schodzimy do drogi i głównego szlaku. Na Kneipie można odpocząć, wypić, posiedzieć, pogadać.
Przed nami jeszcze zejście doliną do Smedavy...ale przecież po drodze mamy odboczkę na najwyższy szczyt czeskiej strony gór, niższą tylko o 4m od naszej Wielkiej Kopy, Jizerę /1122/

A to widok z Izery na Smreka , widać wieżę i strome zbocza doliny Smedy:

W Smedavie oczywiście zasiadamy przy pivie i czeskich specjałach...ale jednak głównie przy pivie. Co tu zrobić z tak pięknym popołudniem w górach..? 
Wybieramy dalszą wędrówkę "do oporu", bez szczególnego celu pójdziemy którąś z rowerowych ścieżek. Ta, którą wybraliśmy doprowadziła nas do Rašeliniště Jizerky.
Po obejrzeniu bagniska idziemy dalej do Jizerki. Powoli rozglądamy się za jakimś miejscem na nocleg, niestety, wszędzie tu jest sporo domków i ludzi.
W końcu już trochę zmęczenie daje o sobie znać i rozbijamy namiot na "pralouce" pod Bukovcem, w miejscu mało widocznym ze szlaku. Zasypiania ze zmęczenia nie pamiętam - przeszliśmy tego dnia w upale prawie trzydzieści kilometrów i podeszliśmy prawie 1200m.
Następnego dnia rano budzimy się jednak wcześnie i pełni przekonania, że trzeba uderzyć w Karkonosze. Idziemy szlakiem wzdłuż granicy a potem wzdłuż koryta Jizery, którą przekraczamy w Martinskiem Udoli.

Czerwonym szlakiem zmierzamy do Harrachova. W centrum miasteczka przy jakimś sklepie robimy śniadanko i ustalamy, że przejdziemy sobie doliną Mumlavy.
Jakiś człowiek łysy w wodospadzie Mumlavy

A to rusałki także tam:

Dolina Mumlavy wspina się - trochę dla mnie nużąco - aż w końcu wychodzimy na prawie płaski rejon łąk Mumlavskiej, Panczawskiej, Labskiej, Harrachovej...
Tu pojawia się mrowie rowerzystów. Klucząc między nimi zmierzamy do Labskiej Boudy.
Widok jakby znajomy , ale od...tej drugiej strony:

Robimy sobie luzackie popołudnie, bo nie będziemy już dziś daleko szli. 
Oczywiście pivo na tarasie na słoneczku koi nasze nerwy.
A na wczesny wieczór idziemy jeszcze na pożegnanie Czech i czeskiego piva do Martinovki.
To po czeskiej stronie jest najlepsze: mnóstwo schronisk, boud i bufetów z pysznym zimnym pivem.
Nasz ostatni nocleg robimy w chatce na Czarnej Przełęczy (Pod Śmielcem).

W nocy na przełęczy trochę gwiżdże i duje, wyraźnie idzie na zmianę pogody.
Ostatniego dnia rano schodzimy z przełęczy, ale nie dam się już dzisiaj za to pokroić, czy zeszliśmy bezpośrednio na Jagniątków, czy może przez Odrodzenie na Przesiekę? Ale raczej ten pierwszy wariant.
No i tak się skończyła nasza kolejna wspólna wycieczka, jedna z fajniejszych izerskich.

niedziela, 11 maja 2008

Gorczańsko klasycznie zlani

Gorce


2008, maj



(Nie jestem pewien tej daty, ale rok w tę czy rok wew tę nie robi różnicy 😄)
Wycieczka dwuosobowa z Panem Malinowskim miała być przyjemnym gorczańskim klasykiem, przejściem ponownie całego grzbietu lub innym wariantem - bocznego ramienia.

Tymczasem ledwo wyszliśmy z pociągu w Chabówce, powitał nas kapuśniaczek sączący się z nieba.
Przeszliśmy spiesznie do Rabki, aby gdzieś tam schronić się przy piwie. Skończyło się heinekenem pod sklepem, bo przestało chwilowo padać.
Wychodzimy na szlak czerwony i na początek zmierzamy do schroniska Maciejowa.

W schronisku nalot młodzieży kolonijnej, ani chwili spokoju od rejwachu. Ten chce czipsy, ten kolę, temu coś się wylało, ten zgubił dwa zyle...😁

Po krótkim odpoczynku wybiegamy czym prędzej na szlak i po godzinie i pokonaniu Jaworzyny Ponickiej lądujemy w nieco spokojniejszym schronisku Stare Wierchy.
Niestety, pada już równo. Zalegamy trochę w schronisku, aby przeczekać najgorsze.
Po dłuższym czasie wychodzimy, kiedy wydaje się, że trochę robi się spokojniej.
Niestety, szlak jest całkowicie błotnisty, po krótkiej chwili mamy i tak bagno w butach. Nasze garmonty kompletnie do niczego się nie nadają, dla mnie to pożegnanie z tym butem i z tą marką.
Mozolnie przekraczamy Obidowiec /1106/ i Rozdziele /1188/ i w kolejnej zlewie wkraczamy na Turbacz /1310/.
Pozostaje nam tylko zejść do schroniska i zacząć się suszyć.


Po nocy spędzonej w schronisku wychodzimy na szlak, jednak z podkulonymi ogonami kierujemy się do doliny Kamienicy. Buty ledwo co obeschły, po kilku krokach w kałużach są znowu mokre na wylot.
Pada tak samo jak padało.Trawers Mostownicy: 

(fot. moje z innej gorczańskiej wycieczki)

Z Przełęczy Borek idziemy do doliny, wydaje się, że nasze perypetie zakończyły się. Tymczasem obserwuję wzburzony i podniesiony mocno nurt rzeczki.
Dochodzimy do pierwszego mostku - woda przepływa już prawie przy samej nawierzchni!
Dochodzimy do drugiego mostku - mostku nie ma...Nad jego resztkami łomocze zagniewana woda.
Pospiesznie wracamy do pierwszego mostku i z ulgą przechodzimy, zanim zostanie również zniesiony.
Musimy teraz powrócić do rozstaju szlaków. Tym razem szlakiem żółtym wznosimy się na Kudłoń / 1276/ i następnie na Gorc Troszacki /1235/.

Jestem zobojętniały na wszystko, nawet na wszechobecna wodę...
Zmulony i zniechęcony człapię noga za nogą; idąc tym szlakiem ostatnio przy ładnej pogodzie, nie poznawałem z jego przebiegu prawie nic. 

Na zakończenie tej utopionej wycieczki zsuwamy się na Przysłop Lubomierski
We wiacie przystankowej wylewam wodę z butów i szukam w plecaku czegoś słabiej wilgotnego do przebrania na drogę powrotną.