wtorek, 1 października 1991

Zgubne skutki imprezowania

Góry Bardzkie+Góry Sowie


1991, październik



Nie jestem pewien daty tego wypadu. Ale była to z dużym prawdopodobieństwem jesień. 
Umówiliśmy się we dwóch z Pawłem.
Zaraz na początku wyjazdu zostawiłem na dworcu pkp w Poznaniu niedawno otrzymane w prezencie poncho przeciwdeszczowe.
Pojechaliśmy wczesnym porannym pociągiem do Barda Śląskiego i tam zaczęła się ta wycieczka. Niestety, nie posiadam zdjęć, wtedy mało do tego przywiązywało się wagę a poza tym wiązało się z pójściem do sklepu po film, precyzyjnym zakładaniem filmu po ciemku, potem wywoływaniem, no ogólnie same problemy. 
Na dodatek trzeba było - niestety czy stety - myśleć przy foceniu, bo zdjęć było tylko najwyżej 36 (lub nawet mniej bo były krótsze klisze po 24).

No, nic. Było, minęło. Zaczynamy jako się rzekło ze stacyjki Bardo Śląskie i dalej jakoś chyba nie po szlaku, tylko gdzieś wzdłuż rzeki (?), w każdym razie po jakimś czasie lądujemy na Młynarzu i wędrujemy dalej szlakiem czerwonym. Z przejścia tego nie zachowały się w mojej pamięci prawie żadne wspomnienia.
Pamiętam za to zdziwienie ogromem twierdzy Srebrna Góra, szlak prowadzi wzdłuż fosy a potem doliczając jeszcze fort i baterie na Chochołach idzie się przy tych obiektach około 2,5 km! 

Po 24 kilometrach wyszliśmy na szosę na Przełęczy Woliborskiej. To chwilowa ulga.
Dalszy odcinek przez Kalenicę i Słoneczną wypadł mi z pamięci, pewnie byliśmy już solidnie zmęczeni. 
Na wieczór po około 32 kilometrowej trasie wychodzimy w końcu na Przełęcz Jugowską - jakoś przegapiliśmy odbicie szlaku w lewo na schronisko. 
Wyczerpani i zdezorientowani chodzimy po szosie, raz w jedną raz w drugą stronę w poszukiwaniu schroniska...Na szczęście domyśliliśmy się kierunku i cofnęliśmy się szlakiem te czterysta metrów do Zygmuntówki:

 (fot. K. Sawicz, dolny-slask.org.pl)
(Wygląd schroniska z połowy lat osiemdziesiątych.)
W schronisku mały zonk - mimo, że jest mocno po sezonie to jakaś ekipa zajęła wszystkie miejsca i imprezuje na całego. Zrezygnowani ale w nadziei na jakieś rozwiązanie zaczynamy gadać z ówczesnym gospodarzem. Okazuje się, że również jest z Wlkp, konkretnie z Leszna. Pozwala nam spać w swojej kanciapie jako krajanom w pewnym sensie.
Przyłączamy się do imprezy ze swoimi napojami. Trochę jedzą, lulki palą a przede wszystkim chleją...Może wszystko nie skończyłoby się tak źle, może skończyłoby się tak czy inaczej, ale faktem jest, że kolega miał ze sobą na dob(p)icie jakiś truskawkowy (!) napój alko. Po tym było mi już naprawdę wszystko jedno...
Rano budzę się  w stanie kac hiper-gigant.

W gardle Sahara, na dodatek ten smród ćmików...
Po kilku próbach ogarnięcia się doszliśmy do zgodnego wniosku, że Wielka Sowa na dziś to jest dla nas zbyt wielkie wyzwanie.
Dajemy ledwo co radę turlać się w dół zieloną ścieżką do Jugowa
Na dodatek tych nieszczęść z pięknych gór wchodzimy w postindustrialny krajobraz, widać walące się obiekty kopalni czy innych zakładów przemysłowych.
(fot.googlemaps)
(fot.googlemaps)
(fot.googlemaps)
Dolinką zeszliśmy do Ludwikowic Kłodzkich, gdzie pakujemy się do powolnego składu jadącego przez wiadukty i tunele do Wałbrzycha.
Niestety pociąg wysadził nas na stacji Wałbrzych Główny, czyli daleko od centrum. Na szczęście z tego wygwizdowa zawiózł nas autobus. Może to był taki Ikarus?
(Marcin Stiasny dolny-slask.org.pl)
Zwiedziliśmy śródmieście Wałbrzycha, Rynek i okolice
(album1994 A. Masłowski, A. Protasiuk dolny-slask.org.pl)
i dalej nie pamiętam, czy wracaliśmy na wariata z powrotem na ten odległy Wałbrzych Główny, czy zorientowaliśmy się w sytuacji i poszliśmy jednak na Wałbrzych Miasto?

W każdym razie wyjazd miał miejsce ale na Wielką Sowę wszedłem dopiero po latach ponad piętnastu w... 2007 roku.

piątek, 19 lipca 1991

Bieszczady znów z Komańczy

Bieszczady


1991, lipiec



To był wyjazd w stylu "chłopak z dziewczyną jadą pod namiot" 😄.
Klasycznie zaczęliśmy z Komańczy, do której dojeżdżał ówcześnie pociąg. 
Nie pamiętam, gdzie wtedy spaliśmy w Komańczy. Na drugi dzień ruszyliśmy przez grzbiecik na Prełuki i dalej dolina Osławy do Duszatyna. Tam na polu namiotowym, które już znam z poprzednich pobytów, spotykamy Pawła z Kasią. 
(foto z innego roku)

Panują upały i nie mamy nastroju do chodzenia. Tym niemniej udaje nam się wyjść na szlak na Chryszczatą. Już samo dotarcie do Jeziorka Duszatyńskiego daje popalić. W końcu umęczeni wychodzimy na szczyt. Muchy, upał, Bieszczady pełną gębą 😁.

Nie bardzo pomnę ile dni tam spędziliśmy. Paweł upiera się, że dłużej, ja sądzę, że krócej...
Wydaje mi się, że to w tym samym czasie na pole namiotowe wpadł jakiś koń, którego usiłowałem wyciągnąć poza pole za łańcuch, który miał doczepiony (ten koń 😄). Ale koń jak to koń, silny był jak... koń i dopiero z pomocą kogoś jeszcze udało się konia wyeksmitować.

W każdym razie, po kilku dniach wydostaliśmy się z Duszatyna jadąc kolejką. W ten sposób dotarliśmy do Majdanu. Stamtąd poszliśmy na pole namiotowe w Lisznej (czy za Liszną?). Po rozstawieniu namiotu poszliśmy coś zjeść z powrotem do Majdanu 😄. Wieczorem na polu namiotowym oczywiście hulanki, ognisko itd sprawy. 
Znów pytanie, ile dni tam byliśmy? Nie wiem, ale byliśmy umówieni w Cisnej z kolejną grupką znajomych. 
Dotarliśmy tam pieszo po drodze zaglądając do sklepu w Cisnej. Pogoda zmieniła się na gorszą. Spotkanie ze znajomymi doszło do skutku planowo i oczywiście znów było wesoło 😄. Pamiętam zbieranie drew na ognisko ale pole namiotowe było chyba w innym miejscu niż obecna (2017) baza Tramp

Niestety, jak to często bywa nadszedł teraz Deszcz w Cisnej

Lało i lało, jak tylko w Biesach potrafi. Dolina Solinki wypełniła się wilgotnym oparem. 
Po spędzeniu smętnego dnia w namiotach roznosi mnie energia i złość. Cóż z tego, skoro kolejnego dnia pada dalej...Trzeba zrobić coś, cokolwiek. Zwijam rano nasz namiot i idziemy na autobus do Wetliny. 
W Starym Siole pełni nadziei na poprawę losu rozbijamy zmokłą brezentową płachtę. O dziwo, chyba mniej padało a może wcale?  
Pełni nadziei spędzamy wieczór bodaj w jakiejś knajpie? 
Następnego dnia rano...pada znów tak samo, jak padało wcześniej 😒.
To koniec nadziei. Zwijamy szmaty i idziemy się suszyć do PTSM.


(foto współczesne nocowanie.pl)

Niestety, po jakimś czasie przyszła ówczesna gospodyni tego przybytku i wyrzuciła nas na zbity pysk. Regulamin regulaminem, ale w szczególnych przypadkach umożliwia przebywanie w dzień...Morale upadło, duch się załamał  i nie widzieliśmy już sensu w kontynuowaniu wyjazdu. Z podkulonymi ogonkami wróciliśmy do domów.

niedziela, 9 czerwca 1991

Dwóch konsulów na pogańskiej górze

Wzgórza Niemczańskie+Masyw Ślęży


1991, lipiec


Nie jestem pewien datowania wyjazdów z tego okresu. Szkoda również, że nie dysponuję zdjęciami.
Z pewnością taki wyjazd miał miejsce: wspólnie z moim kolegą Pawłem w jakiś letni dzień wsiedliśmy w pociąg i wysiedliśmy raniutko na stacji Niemcza.


(fot. z lat osiemdziesiątych, fotopolska.eu)

Dalej przez pola i las poszliśmy w kierunku północno-zachodnim do wioski Gola Dzierżoniowska.
(widokówka z lat osiemdziesiątych, fotopolska.eu)

Stała tam wówczas - i nadal jest - tajemnicza ruina zamku:
(fot. współczesna, fotopolska.eu)

Koło Szubienicznej Górki opuszczamy szosę i zagłębiamy się w lasy. 
Ponieważ nie byliśmy pewni kierunku, prowadził raz jeden, raz drugi - nazwaliśmy to systemem konsularnym 😁 .
W ten sposób doszliśmy w końcu do poprzecznie biegnącego zielonego szlaku w pobliżu górki Twardno. Szlak wtedy miał trochę inny przebieg, ale i tak był mało czytelny.
Zmieniamy kierunek marszu na północny.  Idziemy długo, jakieś 6-7 km nie licząc zawirowań ze zgubionym szlakiem. Przez Kramarz, Zamkową Górę i Lipową przechodzimy w pobliże Sieniawki  i wychodzimy niemal na brzeg Trzcinowego Stawu.
(fot. z lat osiemdziesiątych, fotopolska.eu)

Super! Można się ochłodzić i spłukać w chłodnej wodzie. Odpoczywamy i chlapiemy się, wokół wczasuje się okoliczna młodzież 😄.
Odświeżeni maszerujemy droga do Słupic. 
Jest tutaj ładny zabytkowy Kościół pod wezwaniem mojego patrona, św. Michała Archanioła. Na ścianach kościoła znajdują się wmurowane płyty nagrobne, na przykład takie epitafium z rycerzem, ciekawy detal to suspensorium 😁:
(fotopolska.eu)

Dalej za Słupicami przechodzimy przez Słupicką Górę i zagłębiamy się znów w las. Gdzieś w tym lesie za górą znajduje się stary kamieniołom.
(fotopolska.eu)

Po wyjściu na Przełęcz Słupicką naszym oczom ukazują się Sulistrowice leżące u stóp Ślęży.  A na lewo od nich Sulistrowiczki.

(pocztówka z lat 80-tych)
Zmierzamy do Ośrodka Wypoczynku Świątecznego w Sulistrowicach nad zalewem.
Tam rozkładamy naszą chińską dwójeczkę i korzystamy z odpoczynku. Pamiętam też, że za dużo korzystałem ze sprzedawanego w lokalu portera...
(moja mapa z 1987 roku)

Na szczęście rano udało się ogarnąć i wyleźć czerwonym szlakiem na szczyt Ślęży /718/.
Jakoś pokonujemy podejście i oto jest - moja pierwsza bytność na tym szczycie. 

Dalsze zejście ze szczytu niknie w otchłani niepamięci. Coś mi świta, że zajrzeliśmy do schroniska Pod Wieżycą. 
Odjeżdżaliśmy z Sobótki nie autobusem a raczej z pewnością krótkim, powolnym pociągiem, który ówcześnie kursował do Wrocławia. Stacja w Sobótce:
(G.Sarnecki kolej.one.pl - rok 2000)

Mam nadzieję, że te pociągi jak z Dzikiego Zachodu jeszcze kiedyś powrócą na tory. Chociażby jako turystyczna atrakcja.

niedziela, 16 lipca 1989

Bieszczady po raz wtóry

Bieszczady


1989, lipiec



W Biesy pojechaliśmy kolejnego roku już tylko w cztery osoby - dwie pary. 
Początek trasy był zdaje się taki sam - Komańcza, Duszatyn ze swoim kultowym polem namiotowym, wypad na Chryszczatą, Jeziorka Duszatyńskie...
(pocztówka lata sześćdziesiąte, fotopolska)
(fot. Paweł)
Potem, jeśli mnie pamięć nie myli, to przeszliśmy doliną przez Smolnik i dalej szlakiem w stronę granicy z ówczesną Czechosłowacją dążąc na Głęboki Wierch. Gdzieś po drodze chcieliśmy rozbić namioty i się przespać. Tutaj spotkała nas niemiła przygoda w postaci spotkania późnym popołudniem z jakimś nawalonym agresywnym facetem z flintą. Facio nas zbluzgał i pogonił stamtąd posługując się groźbami uznawanymi obecnie za karalne 😒.
Mimo, że byliśmy mocno zmęczeni zeszliśmy z powrotem na dół i rozbiliśmy się na tę noc w dolince potoku Smolniczek w taki sposób, aby nas w miarę możliwości nie było widać z drogi. No ale niestety humory mieliśmy już popsute.

Następnego dnia po szybkim zwinięciu poszliśmy dalej tą samą trasą granicznym grzbietem na Wysoki Groń, Wierch nad Łazem, Gmyszów Wierch, Rydoszową i zeszliśmy przed stacją Balnica, lecz rozbiliśmy się raczej w lesie naprzeciwko.

A co potem? Znów mam lukę w pamięci. Chyba wsiedliśmy w kolejkę i pojechaliśmy do Cisnej (?)
Kolejne dni -  było znów Stare Sioło i powtórzyliśmy trasę z poprzedniego roku do Ustrzyk Górnych przez dwie połoniny: Wetlińską i Caryńską z noclegiem również na polu namiotowym w Brzegach Górnych (to pamiętam na 100%, ponieważ kolega palił wtedy na polu przed namiotem skręty robione z Drumu 
 i mi się to zakodowało). Serpentyny nad Brzegami Górnymi:
(widokówka KAW fot.M.Raczkowski, zbiory własne)

(pocztówka, lata osiemdziesiąte, fotopolska)
To przejście miało miejsce z całą pewnością. I ta fotka jest z dużym prawdopodobieństwem właśnie z Ustrzyk Górnych.
(fot. Paweł)

Gdzieś niedaleko pola była budka, w której sprzedawano piwko Leżajsk niepasteryzowane w małych butelkach, coś takiego jak te:

(fot. sprzedajemy.pl)
Sporo było potem z tymi piwami zabawy 😄 ale to historia na opowieść przy ognisku.

Poza tym zdaje się, że właśnie wtedy w Ustrzykach Górnych zszywałem mój ówczesny plecak z aluminiowym zewnętrznym stelażem, w którym urwała się taka skórzana szlufka nośna (widoczna u góry stelaża). 
Zrobienie tego w polowych warunkach było możliwe za pomocą jakiejś zorganizowanej dratwy i szydła w moim Victorinoxie - mam go nota bene do tej pory, model Camper, 30 lat służby:

(swissarmy.com)
- bezcenne - skoro pamiętam ten fakt do teraz.  
Wyjeżdżam z gór żegnając się z Bieszczadami na dwa lata, czego wówczas oczywiście nie wiedziałem. 
Wyjazd szosą z Ustrzyk Górnych wiedzie przez Lutowiska:
(widokówka KAW fot.M.Raczkowski, zbiory własne)
Bieszczady. 

czwartek, 27 kwietnia 1989

Na wariata na Kopę

Tatry Zachodnie


1989, kwiecień



Zorganizowaliśmy sobie na studiach taki niby to plener rysunkowy w Ojcowie ...a niby to wyjazd integracyjny związany z odwiedzeniem bratniej Architektury w Krakowie a także zwiedzaniem Wawelu i innych zabytków. W trakcie tego wyjazdu kilka razy jeździliśmy z Ojcowa do Krakowa (oo, jeszcze na stary dworzec autobusowy). A z Krakowa autobusy jak i dzisiaj jeździły do Zakopanego...Pomysł sam się nasuwał. 
Jakimś cudem te bilety odnalazłem i odkryłem, że to był jednak koniec kwietnia a nie maj jak pierwotnie sądziłem:

Takie były inflacyjne czasy, że do "biletu podstawowego" za 180,- dorzucili mi "bilet wyrównawczy" za...700,- :-/
Dwoje znajomych przyłączyło się do tego wariackiego rajdu. Nie było to zbyt rozsądne, bo już w Kuźnicach byliśmy dość późno, nie mieliśmy zbytnio zapasów jak i dobrych ubrań. 
Na całe szczęście pogoda okazała się tego majowego dnia życzliwa i stabilna chociaż nieszczególnie ładna. Poszliśmy z Kuźnic, Kalatówki i Doliną Kondratową dochodzimy do schroniska. Potem Doliną Małego Szerokiego szybciutko wyszliśmy na Przełęcz Kondracką. Tutaj z tabliczką jeszcze z zimy a w ramach posiłku jem jabłko, pewnie było tanie :-), na studencką kieszeń.



Wyszliśmy na Kopę Kondracką. To był cel tej niepotrzebnej wycieczki.

Zeszliśmy wprost do Doliny Kondratowej skrótowym szlakiem. No i oczywiście dalej wspólnie do Kuźnic i na dworzec PKS do Zakopanego. W Krakowie rozstajemy się - moi znajomi wracali już do domu a ja musiałem jakoś dostać się do Ojcowa na kwaterę.
W sumie wycieczka może niezbyt ciekawa, ale za to ten powrót...
Oczywiście wieczorem w Krakowie okazało się, że nie ma już tego dnia autobusu do Ojcowa. Wpadłem zatem na pomysł, żeby pojechać autobusem na Olkusz i wysiąść w Czajowicach.
Wszystko było dobrze, dopóki szedłem przez wieś. Zaczął się ciemny las a ja przecież nie wziąłem latarki, bo po co?
Jakoś na czuja wymacując stopami ścieżkę poszedłem wokół Chełmowej Góry, wszędzie czarno, szlak też czarny.
Po przejściu półtora kilometra, które trwało niewspółmiernie długo, pojawiają się w dole światła Ojcowa. Poleciałem tam na skuśkę na złamanie karku i ...wpadłem do wody! Okazało się, że płynęła tam płytka rzeczka (Sąspówka), której nie zauważyłem. Zostało mi do naszych kwater jeszcze tylko pół kilometra ...w mokrych butach. 
No i po co robi się takie wypady? 😁 
Jeszcze żeby to jakaś poważna góra była a to zwykła kopa 😁 koniec i .

czwartek, 18 sierpnia 1988

Kościelisko - wychodzi na to, że ostatnie takie wakacje.


Tatry


1988, sierpień




Był to kolejny wyjazd, którego bazą było Kościelisko. Wyjazd rodzinny ale wycieczki robiliśmy również z zaprzyjaźnioną rodzinką.
Właściwie byłem tutaj już dość doświadczony, jeśli chodzi o tatrzańskie wycieczki. Zawsze to były wycieczki na lekko, przeważnie całodniowe.
Głównie na tym wyjeździe obskakiwaliśmy polskie Tatry Wysokie. 
Chociaż pamiętam też jakieś samotne wypady w dolinki Ku Dziurze, Za Bramką itp.
Ponieważ były to pobyty co najmniej 2-3 tygodniowe, to tych wycieczek było sporo. 
Z pewnością były wtedy Rysy, Wrota Chałubińskiego, chyba Zawrat?

Ilość zdjęć jest jednak bardzo ograniczona, część z nich to skany znalezionych slajdów. Jednak dokumentują jeszcze inne fajowe wycieczki.
Jedna z nich to wejście na Kościelec przez Przełęcz Karb od strony Czarnego Stawu Gąsienicowego:

Kościelec /2155/


Tak się prezentuje masyw Kościelca od strony Zadniego Stawu Gąsienicowego:
(pocztówka KAW z epoki, zbiory własne)
 I zejście szlakiem obok Zielonego Stawu 

Jest tutaj z pewnością pokazana również wycieczka na Kazalnicę i dalej, widać ściany Mięguszy zdaje mi się:

Po drodze robimy rzut oka na Morskie Oko 😄:
Z niejakim trudem wyszliśmy na Kazalnicę /2159/

No i jeszcze spojrzenie w stronę Szpiglasa

Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem /2307/

 W stronę Rysów

A tu jakieś wybitnie nieudane, film się zaciął czy jak:

Jeszcze jest jedno zdjęcie z Polany Stoły ale nie pokażę, wszystko ma swoje granice 😁.
Wtedy (? - albo przy innej okazji) byłem również na Kominiarskim Wierchu i to tajemną ścieżką. Ciężko to sobie wszystko przypomnieć i posegregować, ale jak patrzę na mapę, to się okazuje, że w tylu miejscach w tych Tatrach byłem 😉. No ale jak to ugryźć, skoro z kilkunastu dni pobytu i wycieczek zdjęcia są tylko z trzech? 


W kolejnych postach będę drążył lata osiemdziesiąte.

niedziela, 17 lipca 1988

Bieszczady w dłuugie zasłużone wakacje

Bieszczady


1988, lipiec




(pocztówka KAW fot.M.Wideryński, zbiory własne)

Koniec liceum, zdana matura, zdane egzaminy na studia, należy się wyjazd pod namioty w 
nieznane! W Bieszczady pojechaliśmy mocną siedmioosobową ekipą. 
Dojazd ze stacji Poznań Główny trwał bez mała dobę - wsiadaliśmy do pociągu około dwudziestej, potem Przemyśl, przesiadka na pociąg jadący jakieś 30-35 kilometrów przez ZSRR pod nadzorem radzieckich pograniczników (dreszczyk emocji). 
W Zagórzu koło Sanoka znów przesiadka na krótki pociąg docelowo do Komańczy. 
Wysiedliśmy chyba w Komańczy-Letnisko i idąc szosą znaleźliśmy możliwość rozbicia naszych dwóch namiotów koło jakiegoś gospodarstwa.


Kolacja gotowana na kocherach spirytusowych - każdy niósł swoją butelkę denaturatu, chyba oprócz Pawła, który miał rosyjskiego benzynowego prymusa. O, takiego jak ten:
(fot.A.Rogala)

Następnego dnia jeszcze odwiedziny w klasztorze Nazaretanek:


I nasza pierwsza trasa - przejście przez Prełuki do Duszatyna na pole namiotowe. Nie jest to długi odcinek, jednak dla mało rozchodzonych młodych ludzi był wystarczający. Ciężaru ówczesnych konserw, namiotów i innego sprzętu nie ma co porównywać z obecnym...Choćby materac do spania, miałem taki "plażowy" ciężki, gumowy, można by na nim popłynąć do Szwecji 😁. 

Kolejka bieszczadzka wtedy kursowała aż do Rzepedzi, a co istotne woziła ze sobą wagon sklepowy. 
Trzeba było wykazać się punktualnością i refleksem, żeby zrobić szybko niezbędne zakupy, między innymi wielkie okrągłe chleby, które były podstawą naszego wyżywienia.
Obecnie bród przez Osławę jest wyłożony równymi betonowymi płytami, wtedy trzeba było przejechać sprawnie bez zatrzymywania się, w dobrym tempie i to po lekkim łuku, więc byłem świadkiem dwu-trzykrotnie, kiedy samochody osobowe turystów utknęły na środku nurtu i trzeba było sprowadzać ciągnik i wyciągać ich z rzeki. Przy holowaniu dochodziło do uszkodzeń tych aut, rozerwane blachy, powgniatane progi...

My w każdym razie, na luzie, robimy sobie wycieczkę na Chryszczatą /998/ po drodze odwiedzając rezerwat jeziorek osuwiskowych Zwiezło.

Potem mam lekki zator myślowy, ale sądzę, ze przejechaliśmy kolejką do Cisnej i przeszliśmy pozaszlakowo stokówką do Smereka a stamtąd szosą
 do Wetliny na pole namiotowe w Starym Siole i stamtąd jest to zdjęcie: 
Cztery osoby pozują, jedna robi zdjęcie, jedna pewnie poszła po wodę a tylko jedna rozkłada namiot 😁. Potok Wetlina w okolicach Smreka:
(pocztówka KAW, fot.M.Raczkowski, zbiory własne)
Ze Starego Sioła klasycznie weszliśmy na Przełęcz Orłowicza.


(pocztówka KAW, fot.M.Raczkowski, zbiory własne)

Przez Połoninę Wetlińską  - Roh/1255/ i Chatkę Puchatka przechodzimy do Brzegów czyli Berehów. Tam czeka nas znów rozstawianie naszych "domków przenośnych", zupełnie jak na tej widokówce:
(pocztówka lata siedemdziesiąte, fotopolska)


Kolejnego dnia wędrówki wychodzimy na Połoninę Caryńską /1297/.
(pocztówka KAW, fot.M.Raczkowski, zbiory własne)
Podejście mnie rozłożyło na łopatki :-D




Uchowała się u mnie niewysłana pocztówka z epoki i to właśnie zakupiona w czasie tego wyjazdu:
(pocztówka KAW, fot.M.Wideryński 1987 zbiory własne)
Dalej oczywiście zeszliśmy do Ustrzyk Górnych i poszliśmy na pole namiotowe położone nad potokiem Wołosaty, chyba trochę w dół potoku od wsi.

Tutaj spędziliśmy kilka dni robiąc z pewnością tę udokumentowaną zdjęciem wycieczkę na Tarnicę /1346/

Wtedy jeszcze można było przejść legalnie szlakiem nie tylko przez szczyt Krzemienia /1335/, ale i przez całą jego grań:
(pocztówka KAW, fot.W.Łapiński, zbiory własne) 
(pocztówka KAW, fot.R.Borowy, zbiory własne) 
Następnie zrobiliśmy pętlę przez Halicz /1333/ i Rozsypaniec /1280/:


(pocztówka KAW, fot.R.Borowy, zbiory własne)
do Przełęczy Bukowskiej. No i potem ten strasznie dłużący się powrót szosą przez Wołosate do U.G.

Jestem pewien, że wtedy również byliśmy na Rawkach i w schronisku (bacówce) Pod Małą Rawką.
(pocztówka z lat osiemdziesiątych, fotopolska)

Oczywiście życie obozowe pod namiotem miało swoje cienie i blaski. O kuchence benzynowej już pisałem, ale podstawą u mnie był raczej kocher spirytusowy. Jego rozpalanie to też zawsze były przeboje, bo często nalało się za dużo denaturatu i wtedy ogień buchał na wszystkie strony, zgasić po zagotowaniu wody lub dania było trudno, bo albo trzeba było potężnie dmuchnąć albo rzucić precyzyjnie na palnik wieczko, ale nadmiar denaturatu i tak od gorąca odparowywał. A jak nalało się za mało, to w trakcie gotowania ogień gasł i trzeba było trochę odczekać aż palnik ostygnie, zanim dolało się nową porcję 😢. (Potem po kilku latach mój kocher przejechałem samochodem na campingu...)
Co myśmy pichcili na te obiady nie pamiętam, chyba nie było to wtedy zbyt istotne, kupowało się jakąś puszkę albo słoik i tyle.
Raz udało mi się zrobić super mądrą rzecz - mianowicie zacząłem kroić chleb na kolację dla grupy na...materacu dmuchanym, na którym siedziałem 😁. Oczywiście skończyło się to na pierwszej skibce i pierwszej dziurze w materacu 😆.

To był bardzo fajny i ważny dla mnie wyjazd w Bieszczady, na długo mi zapadł w pamięć i polubiłem ten sposób chodzenia i te rejony. Przedtem jeździłem głównie w Tatry i to w stylu stacjonarnym.