niedziela, 2 lutego 2025

Na nieważnych ścieżkach.

 2025, styczeń


Karkonosze



Pojechaliśmy z K. na kilka dni, na ferie. Aby zapewnić sobie znakomitą oprawę i warunki, K. wybrała Pałac Pod Tęczą. 

Na wycieczki wybierałem nieważne ścieżki, takie, które zawsze omijałem pędząc do Szklarskiej albo Karpacza, te wzgórza na północ od głównego grzbietu Karkonoszy, których nazw nigdy nie pamiętałem. 
Na początek poszliśmy z Piechowic wzdłuż Kamiennej. Kamienna niestety obrzydliwie śmierdzi, jest to spowodowane prawdopodobnie nadmiarem ścieków z chorobliwie rozrastającej się Szklarskiej Poręby. 
Same Piechowice również nie grzeszą urodą - nijak nie można powiedzieć o tej miejscowości, że to kurort czy świetna podgórska baza wypadowa. Jest to zaniedbana mieścina bez wyraźnego centrum w postaci rynku czy choćby deptaka. Na podwórkach straszą budy sklecone z byle czego. Baza noclegowa to nasz hotel i kilka kwater. Z jedzeniem również był kłopot - są tylko dwie tradycyjne... pizzerie i kawiarnia w hucie szkła. Obrazu dopełniają dwa olbrzymie zakłady z gigantycznymi halami i jeden mniejszy - bo jego hala ma zaledwie poniżej trzystu metrów długości.
No nic, niebieskim szlakiem wyszliśmy poza zabudowania i poszliśmy jak nauka - w las.
Jednak na podejściu porzuciliśmy szlak na rzecz jednej ze starych leśnych dróg, która poprowadziła nas szybciej w górę
Niezwykłe wrażenie robią liczne skalne wychodnie 

Skierowaliśmy się w stronę opuszczonego kamieniołomu. Niby nic ale widok z tego miejsca był zaje..aszczy.
Nie widziałem takich Karków ani Izerskich z takiej perspektywy!
Zdjęcie mało oddaje widok, bo było chmurnie i mgliście.
Jeden ze "Złotych Widoków" /650/ w pobliżu Szklarskiej:
Wysoki Kamień i Czarna Góra:
Dalej wyszliśmy na Kociołki, niezwykłe miejsce z tajemniczymi formami w kształcie "kotłów" w skałach:
Różne są hipotezy na temat ich powstania, mnie jednak najbardziej ujęła wersja, jakoby kociołki zostały...wypierdziane w skałach przez kobiety noszące drwa z lasu XD
Mimo mżawki to był dobry moment na ujeżdżanie nieruchomej skały
Weszliśmy po drodze jeszcze na Drewniak /672/ położony nieopodal szlaku
Przez Michałowice szlakiem modrym wróciliśmy do miasteczka. Michałowice formalnie są częścią Piechowic, ale to zupełnie inna bajka. Pięknie zachowane stare wille, niektóre o historii sięgającej XVII wieku! Jest tu niedużo nowych domów, a te, które powstały, są dość dobrze wpisane gabarytem w otoczenie.
Po drodze jest tajemnicze miejsce z pozostałościami nagrobków
Ulicą o wdzięcznej i skądinąd mi znanej nazwie zeszliśmy do doliny Kamiennej

W nocy działo się na niebie co zwiastowało wydarzenia meteo. Zlekceważyłem ostrzeżenia, w końcu nie jestem z cukru i K. sprzedałem gadkę, że będzie ładna pogoda.

Do pewnego momentu było to zresztą prawdą...
Zaczęliśmy w Górzyńcu pod znakiem dobrej tęczy,
stąd robiliśmy wysokość i odległość na jeden z izerskich grzbietów a po drodze minęliśmy zadziwiające miejsce po ośrodku "Horyzont", został wyburzony i pewnie powstanie tutaj coś ekskluzywnego, może i warto bo widoki stąd na podnóże Karkonoszy są niepowtarzalne

Tajemnicze tajemniczości
Nie wejdę tam, może czychać TO
Pomniczek ku czci Moltkego, ciekawostka  - ten wybitny dowódca wojskowy mieszkał kilka lat w Poznaniu. Polakom bezpośrednio chyba nic nie zrobił złego, no ale był jak to się mówi "pruskim militarystą". Ba, ponoć w dziele "Polska: zarys historii" stwierdził, że w XV wieku „Polska była jednym z najbardziej cywilizowanych krajów w Europie". Cóż, nie mam co do tej materii kompetencji, lecz może byłoby choćby marketingowo słuszne rozgłaszać takie atrakcje? 
Za pomniczkiem widoczna jest platforma widokowa.
Tu właśnie zaczęło padać i krajobraz zasnuł się welonem deszczu
Można było tu zrezygnować, można było iść dalej. A po drodze jest kilka fajnych miejsc, czyli: Zbójeckie Skały ze skalnym oknem
wierzch skałek
Sztolnie kopalni pirytu


Oczywiście zajrzałem do środka
nic tam nie ma...
Jeszcze tylko kawałeczek do Zakrętu Śmierci, ale tam było tylko dużo ludzi a widoczność żadna.
Wracamy. Niektórzy to się wyposażyli w parasol trekkingowy, a ja w głupim softshelu mokłem.. 
Wróciliśmy nieco inną drogą, przez Szklarską Porębę Dolną. Po takim wyziębieniu obowiązkowo w pokoju gorąca kąpiel.
mmm... :-)

Następnego dnia poszliśmy znów w zaciszne i nieważne miejsce, do Cichej Doliny.
Robimy całkiem fajne podejście ponad 300 metrów, czyli nie było obciachu. Na początku doliny są dawne sztolnie (znów!)
Potem skalne wychodnie
Szliśmy pustą doliną, bo wszyscy inni pewnie wjeżdżali w tym czasie na Kopę i Szrenicę ;-)
Po pewnym czasie droga zamieniła się w ścieżkę, a ścieżka zrobiła się bardziej stroma.
Po drodze były tablice informujące o średniowiecznych hutach szkła w tym miejscu, niestety nie widziałem po nich żadnych pozostałości. 
Mozolnie wyszliśmy na grzbiet, miejsce to nazywa się "Skarbczyk" lecz szczyt o tej nazwie jest położony dalej. 
Kilkaset metrów dalej wyszedłem na szczyt, Skarbczyk /698/. Dobrze stąd jest widoczny Śmielec (a obok Wielki Szyszak) około 5-6 kilometrów stąd, całkiem dobrze się prezentuje

Dalej na zachód jest położony szczyt Grzybowiec. Wejdziemy na niego, ale najpierw trzeba obejść opuszczony budynek o tej samej nazwie. Może kiedyś ktoś odbuduje ten przybytek w nowym stylu.
Ja już tego raczej nie zobaczę.
Po krótkim przejściu przez las odnaleźliśmy oznaczone kartką (!) szczytowe skałki Grzybowca /750/.
Znaną już trasą przez Michałowice wróciliśmy do Piechowic.


Ostatniego dnia zrobiło się chłodniej i wycieczka miała być również bardziej zimowa.
Podjechaliśmy do Borowic. Charakter Borowic jest podobny do Michałowic, lecz powiedziałbym domy są gorzej zadbane. Szczególnie ten.
Stąd zrobiliśmy pętelkę kolejnymi nieważnymi ścieżkami. 
Zahaczyłem o Czarną Górę /905/.
W drodze powrotnej widać po prawej nieduży Wodospad Jodłówki.
Było to pierwszy z odwiedzonych tego dnia wodospadów, ponieważ wracając zatrzymałem się na parkingu w okolicy Przesieki. Poszliśmy zobaczyć słynny Wodospad Podgórnej.
Tutaj kręciło się sporo ludzi a kilka osób morsowało.
Zajrzeliśmy także do położonej bardziej na uboczu Kaskady Myi.
No i tyle.
Zobaczyliśmy Karkonosze inne niż zwykle, puste, bardziej tajemnicze, lesiste.


niedziela, 5 stycznia 2025

Na Śnieżuni musi wiać

 Karkonosze


2025, styczeń


Po wielu błaganiach i poniżeniach Zgórwysyny wzięły mnie na pokład. Mówią ci jacy tacy: jedziesz w Karki albo sp...dalaj. No i jadę, co zrobić. Ni ma to, tamto.

Zawieźli mnie do Karpacza, którego nie znoszę i jeszcze musiałem za to zapłacić. Wlekłem się w ogonie a oni polecieli szlakiem do przodu jak to zawsze jest z tymi wielbicielami eiaculatio praecoxNo, zima była, fakt, nawet miła

Coraz lepiej sypało, wiajało tyż i tak się szło do Samotni
W schronie oczywiście tłumy, znaleźli my miejsce w kąciku. To nie przelewki, a może jednak..?
A Radek właśnie w jadalni robił przelewki, publicznie przy stole na oczach dzieci.

(fot. Zły Marcin)
Za Strzechą coraz ciekawiej

Mimo przeciwności wyszliśmy na grzbiet, nie można powiedzieć, że było pusto
W Domu Śląskim było również mnóstwo ludzi. 
To schronisko to jest żart, już od dawna. Zresztą sami się reklamują jako "najwyżej położona pizzeria w Polsce". Wrzątek wg regulaminu PTTK schronisko zapewnia "wrzątek do naczyń własnych turysty bezpłatnie lub w cenie nie przekraczającej kosztów" - zatem 3 zł to jest w tym schronisku koszt 300ml wrzątku.
W jadalni spotkaliśmy się z kolejnym uczestnikiem wypadu czyli Szczotą. Ubraliśmy na siebie wszystko co możliwe i poszliśmy wiedzeni nadzieją otrzymania tuzemaka w czeskiej  poczcie.
Po drodze widzieliśmy niezbyt wiele osób - jednak większość została w budynku schroniska. 
Wiatr był dla mnie całkiem znośny gdzieś tak do 50 m przed "talerzami". 
Na samym szczycie to już wiało konkretnie, podawali, że dochodziło do 120 km/h. 
Miałem na głowie trzy warstwy - czapkę, kominiarkę i kaptur a i tak szło na wylot.
Niemal popędziliśmy do górnej stacji wyciągu aby tam nieco ochłonąć, łyknąć coś na rozgrzewkę i te de.
Posiedzieliśmy, pogadaliśmy ale trzeba było iść dalej - do Jelenki.
Na szczycie wiało nadal potężnie ale najgorsze było napieranie dalej grzbietem, gdzie również wiatr nie dawał za wygraną. Niemal cały grzbiet aż do Czarnej Kopy trzeba było iść w pochyleniu przeciwko wiatrowi usilnie zamierzającemu nas przewrócić w prawo.

(fot. Zły Marcin)
Za Czarną Kopą szlak raptownie opada i pojawia się las, co nas uwolniło od ciągłego "halsowania".
Jelenka okazała się bardzo gościnnym miejscem. Jako, że byliśmy niemalże sami - był zajęty tylko jeszcze jeden pokój - mieliśmy schroniskową jadalnię dla siebie i wykorzystaliśmy to na maksa.
Aha, no oczywiście w schronisku dotarł do nas ostatni uczestnik eskapady czyli Szwendacz Galicyjski!
To było nasze pierwsze spotkanie z dawna przeze mnie oczekiwane.

Śniadanie jak to w Czesji było, hmm..pozostańmy prze słowie "pożywne".
Wieczorem mieliśmy srogie rozkminy dokąd uda się nasza pozostała czwórka - bo Bartek i Szwendacz mieli już swój plan na szybkie zejście do Karpacza.
Ostatecznie postanowiliśmy razem schodzić do Peca, gdzie Szczota miał zaparkowane autko. 
Ponieważ miałem ze sobą rakiety optowałem za przejściem zielonym trawersem po czeskiej stronie, gdzie często można liczyć na śnieg, kiedy na grzbiecie jest przewiany.
I nie zawiodłem się!
Chłopaki mimo śniegu polecieli oczywiście do przodu. Było około trzydzieści centymetrów świeżutkiego puchu, w takim śniegu rakiety nie są szczególnie przydatne.

(fot. Zły Marcin)
Szczególnie, kiedy zejdzie się na krok ze ścieżki
(fot. Zły Marcin)
Dopóki szliśmy przez las było w miarę ok, tylko śniegu coraz więcej. Ale zabawa zaczęła się dopiero, gdy wyszliśmy na otwartą przestrzeń.
Wiatr znowu wzmógł się, chociaż nie było to takie ekstremum jak poprzedniego dnia.
(fot. Zły Marcin)
Przez moje zamarznięte bryle ledwie co widziałem
Gdzieś tak za połową trawersu przegoniłem chłopaków, którzy ugrzęzli w zaspach bo śnieg był tu już lepszy pod rakiety, zsiadły, przewiany.
Na południowych zboczach Śnieżki były na "ścieżce" poprzeczne zastrugi, o które ciągle się potykałem - po prostu przez lód na okularach niewiele widziałem oprócz kształtu kolejnej tyczki. 
Mimo to i tak szło mi się lepiej niż chłopakom, zapadającym się w nawiane zaspy. Zresztą ja tego nie widziałem, bo szedłem uparcie jednostajnym rytmem, czekając, kiedy się to "peklo" skończy.
Wreszcie wiatr zelżał i ścieżka połączyła się z uczęszczanym szlakiem na Śnieżkę, tam poczekałem na grupę w okolicy Růžovohorskeho sedla.

Dalej już spokojniej zeszliśmy do Horská Bouda Růžohorky na zasłużoną kawkę i piwko.

Osypał się ze mnie cały śnieg w przedsionku :-) nareszcie nie WIAŁO!
Z tego wszystkiego dałem się mojemu nosowi namówić na czesnaczkę, mniam.
Wyjście z powrotem na dwór było okrutnym doświadczeniem...
Niby już tylko schodziliśmy ale wciąż nie było spokojnie, śnieg miejscami był głębszy, czasem zawieja podnosiła tumany zimnych drobin na polanach
Szczęśliwi dotarliśmy do centrum Peca i na parking i to był koniec tej eskapady, która przejdzie  do annałów zarówno Zgórwysynów jak i moich.
Bardzo szybko znalazłem się we Wrocławiu, cóż z tego jednak, skoro mój pociąg miał łączne opóźnienie w rezultacie 110 minut i zły, zmęczony wysiadałem na dworcu w Poznaniu.