Beskid Śląski
2006, maj
Mój pierwszy pobyt w Beskidzie Śląskim był krótki i sponsorowany - z Rodzicami pojechaliśmy w dwa auta do jednego z domów wczasowych w Wiśle.
Główną atrakcją pobytu dla dzieci był park wodny w niedalekim hotelu, ja też pamiętam jak zjeżdżam i wpadam do takiego leja, z którego następnie spadało się piętro w dół jak kulka w bilardzie 😄.
Zrobiliśmy jakąś krótką wycieczkę żółtym szlakiem pod górę, już nie pamiętam, czy w stronę Trzech Kopców czy w przeciwną.
Miałem jeszcze w planie uzupełnienie mojej listy najwyższych szczytów polskich pasm górskich i dlatego ostatniego dnia wstałem wcześnie nad ranem, zebrałem graty i podjechałem autem na Przełęcz Salmopolską.
Szybko wszedłem na Malinów /1115/ i na Malinowską Skałę /1152/.
Cały grzbiet był wówczas porośnięty lasem a nie jak obecnie (2017) odkryty więc na widoki po drodze nie można było liczyć.
Sprawne przejście na lekko przez Kopę Skrzyczeńską i Małe Skrzyczne doprowadziło mnie na Skrzyczne /1257/, najwyższy szczyt Beskidu Ślaskiego. Krótką ceremonię gratulacyjną przeprowadziłem sam ze sobą 😄
Pozostaje tylko zejść ta samą droga w dół do auta na przełęczy.
Pobyt był krótki, ale dla mnie i Rodziny ważny.
niedziela, 14 maja 2006
niedziela, 9 kwietnia 2006
Orlickie ze "Zgredami"
Góry Bystrzyckie+Góry Orlickie
2006, kwiecień
Już drugi raz udało mi się zaktywizować bandę "Zgredów" 😄, tym razem w innym składzie: Radeczek, Piotrek, Jacek, Andrzej i ja.
Naszym celem będą Jagodna i Orlica, najwyższe szczyty równoległych pasm.
Wycieczkę zaczynamy na stacyjce w Długopolu-Zdroju. Krótki spacer doprowadza nas do centrum miejscowości, gdzie idziemy na ranną kawę. (Niektórzy nie na kawę, tylko piwo z rana 😄)
Koniec żartów, idziemy szosą przez Porębę do Poniatowa.
Od Poniatowa zaczyna się śnieg. Skręcamy w prawo na szlak niebieski.
Podchodzimy stromym zboczem masywu Jagodnej. Byłoby pół biedy, gdyby nie to, że stok jest głęboko zaśnieżony rozmiękającym śniegiem. Miejsca przy leżących kłodach stają się pułapką na nogi.
Po wykaraskaniu się z tych wnyków posuwamy się systematycznie w górę nieprzetartą ścieżką. Mimo, że śnieg jest stary, nikt tędy od dłuższego czasu nie szedł.
Na grzbiecie śnieg jest częściowo wytopiony. Oczywiście idzie się lepiej.
Jagodna, 977m npm
Trochę zasłonięty Śnieżnik
Dalszy odcinek jest bardziej błotnisty niż śnieżny.
Skrajem kałuż i błotnistą drogą schodzimy przez Sasankę do Przełęczy Spalona i logujemy się w schronisku "Jagodna".
To mój pierwszy pobyt w tym kultowym schronisku. Zapamiętałem pyszne jedzenie, pierogi z kapustą. Spędziliśmy fajny wieczór, zwłaszcza, że tego dnia nie byliśmy bardzo zmęczeni.
Rano wita nas dalszy ciąg pięknej wiosennej pogody.
Schodzimy stokiem narciarskim i odbijamy w lewo w las, w stronę Ubocza. W lesie znów leżą uciążliwe pokłady rozmiękłego śniegu, więc wędrówka jest powolna i tylko odliczamy, kiedy po kolei przemakają nam buty. Moje salomony trzymały się chyba najdłużej, albo Radka, zresztą tej samej marki.
Długaśnie brniemy w tym śniegu zanim doszliśmy do drogi do Wójtowic (Rozdroże pod Uboczem).
Planowo mamy iść dalej niebieskim szlakiem i dopiero koło Torfowiska odbić na Zieleniec.
Udaje mi się namówić ekipę, żeby nie zmieniać tego planu bo i tak mamy nogi mokre, bardziej mokre już nie będą.
Po kolejnych kilku km w mokrym śniegu dochodzimy jednak do wniosku, że to ponad siły.
Dochodzi już do tego, że Jacek rzuca oberwanym plecakiem do przodu, dochodzi do niego, podnosi go i znowu rzuca kilka metrów 😄 .
Uciążliwości dodaje fakt, że niektóre kroki można zrobić po wierzchu a potem bez ostrzeżenia człowiek wpada po kolana.
Gdzieś na stokach Kłobuka /815/ rezygnujemy z wędrówki lasem i skręcamy na Lasówkę.
Stamtąd idziemy już łatwiej - szosą. Ja wskakuję nawet w lekkie buty, które zabrałem do chodzenia w schroniskach.
Osiem kilometrów szosą to niby nic, ale z powodu ukształtowania terenu na tym odcinku jest jeszcze 450 metrów pod górę.
Na wieczór doszliśmy do starej "Orlicy" w Zieleńcu. Pokoje niskie, więc wyżsi koledzy drapali fryzurą po suficie 😄.
Schronisko było lekko w stanie degrengolady, posiłków brak, poszliśmy zatem do którejś z knajp po drugiej stronie ulicy.
Dalsza część wieczoru upłynęła głównie pod znakiem suszenia się.😁
Ostatni dzień wyjazdu czyli niedziela.
Spakowani, podsuszeni, najedzeni, gotowi do dalszej drogi.
Niektórzy uparcie próbują zjeżdżać po mokrym śniegu.
Żegnamy się z Zieleńcem - przed nami ledwo trzy kilometry i jakieś 270 metrów w górę.
Zbaczamy w lewo na szlak zielony.
Śniegu w lesie pod Orlicą nadal jest sporo, ale jest mocno zbity i nie zapadamy się tak, jak poprzedniego dnia.
Podejście na Orlicę (Vrchmezi) 1084m npm:
I sprawne zejście z powrotem do szosy.
Humory siadają, bo zaczyna się drobna mżawka.
Kamieniołom koło Sołtysiej Kopy ktoś zagrodził i zabronił wstępu różnym "Osobą" 😁
2006, kwiecień
Już drugi raz udało mi się zaktywizować bandę "Zgredów" 😄, tym razem w innym składzie: Radeczek, Piotrek, Jacek, Andrzej i ja.
Naszym celem będą Jagodna i Orlica, najwyższe szczyty równoległych pasm.
Wycieczkę zaczynamy na stacyjce w Długopolu-Zdroju. Krótki spacer doprowadza nas do centrum miejscowości, gdzie idziemy na ranną kawę. (Niektórzy nie na kawę, tylko piwo z rana 😄)
Koniec żartów, idziemy szosą przez Porębę do Poniatowa.
Od Poniatowa zaczyna się śnieg. Skręcamy w prawo na szlak niebieski.
Podchodzimy stromym zboczem masywu Jagodnej. Byłoby pół biedy, gdyby nie to, że stok jest głęboko zaśnieżony rozmiękającym śniegiem. Miejsca przy leżących kłodach stają się pułapką na nogi.
Po wykaraskaniu się z tych wnyków posuwamy się systematycznie w górę nieprzetartą ścieżką. Mimo, że śnieg jest stary, nikt tędy od dłuższego czasu nie szedł.
Na grzbiecie śnieg jest częściowo wytopiony. Oczywiście idzie się lepiej.
Jagodna, 977m npm
Widoczek w stronę Bystrzycy Kłodzkiej, miasteczko malowniczo się prezentuje
Trochę zasłonięty Śnieżnik
Dalszy odcinek jest bardziej błotnisty niż śnieżny.
Skrajem kałuż i błotnistą drogą schodzimy przez Sasankę do Przełęczy Spalona i logujemy się w schronisku "Jagodna".
To mój pierwszy pobyt w tym kultowym schronisku. Zapamiętałem pyszne jedzenie, pierogi z kapustą. Spędziliśmy fajny wieczór, zwłaszcza, że tego dnia nie byliśmy bardzo zmęczeni.
Rano wita nas dalszy ciąg pięknej wiosennej pogody.
Schodzimy stokiem narciarskim i odbijamy w lewo w las, w stronę Ubocza. W lesie znów leżą uciążliwe pokłady rozmiękłego śniegu, więc wędrówka jest powolna i tylko odliczamy, kiedy po kolei przemakają nam buty. Moje salomony trzymały się chyba najdłużej, albo Radka, zresztą tej samej marki.
Długaśnie brniemy w tym śniegu zanim doszliśmy do drogi do Wójtowic (Rozdroże pod Uboczem).
Planowo mamy iść dalej niebieskim szlakiem i dopiero koło Torfowiska odbić na Zieleniec.
Udaje mi się namówić ekipę, żeby nie zmieniać tego planu bo i tak mamy nogi mokre, bardziej mokre już nie będą.
Po kolejnych kilku km w mokrym śniegu dochodzimy jednak do wniosku, że to ponad siły.
Dochodzi już do tego, że Jacek rzuca oberwanym plecakiem do przodu, dochodzi do niego, podnosi go i znowu rzuca kilka metrów 😄 .
Uciążliwości dodaje fakt, że niektóre kroki można zrobić po wierzchu a potem bez ostrzeżenia człowiek wpada po kolana.
Stamtąd idziemy już łatwiej - szosą. Ja wskakuję nawet w lekkie buty, które zabrałem do chodzenia w schroniskach.
Osiem kilometrów szosą to niby nic, ale z powodu ukształtowania terenu na tym odcinku jest jeszcze 450 metrów pod górę.
Na wieczór doszliśmy do starej "Orlicy" w Zieleńcu. Pokoje niskie, więc wyżsi koledzy drapali fryzurą po suficie 😄.
Schronisko było lekko w stanie degrengolady, posiłków brak, poszliśmy zatem do którejś z knajp po drugiej stronie ulicy.
Dalsza część wieczoru upłynęła głównie pod znakiem suszenia się.😁
Ostatni dzień wyjazdu czyli niedziela.
Spakowani, podsuszeni, najedzeni, gotowi do dalszej drogi.
Niektórzy uparcie próbują zjeżdżać po mokrym śniegu.
Żegnamy się z Zieleńcem - przed nami ledwo trzy kilometry i jakieś 270 metrów w górę.
Zbaczamy w lewo na szlak zielony.
Śniegu w lesie pod Orlicą nadal jest sporo, ale jest mocno zbity i nie zapadamy się tak, jak poprzedniego dnia.
Podejście na Orlicę (Vrchmezi) 1084m npm:
I sprawne zejście z powrotem do szosy.
Humory siadają, bo zaczyna się drobna mżawka.
Kamieniołom koło Sołtysiej Kopy ktoś zagrodził i zabronił wstępu różnym "Osobą" 😁
Mieliśmy szukać dojścia do czerwonego szlaku w stronę Dusznik-Zdroju, ale przy padającym deszczu część ekipy zaczęła marudzić i poszliśmy za to szybkim krokiem po prostu szosą, byle do Dusznik na autobus.
Tak się zakończył ten wypad, większość celów została wykonana i nabyte kolejne doświadczenia.
niedziela, 19 lutego 2006
Ferie w Świeradowie
Góry Izerskie
2006, luty
Kolejne kilka dni w nasze ferie zdecydowaliśmy się spędzić w zaśnieżonym Świeradowie-Zdrój. Był to dobry strzał, mieliśmy zimę jak chcieliśmy.
Wylądowaliśmy w niedużej kwaterze prywatnej w centrum miasteczka.
Święty Mikołaj w lutym..? Popatrz, popatrz...długo mu się wisiało.
Na pierwszą wycieczkę przeszliśmy się do Czerniawy-Zdroju. Obejrzeliśmy stare sanatorium. Nic się tam za bardzo nie działo, panowało raczej wrażenie opuszczenia.
Niestety, w pewnym momencie, kiedy zjeżdżałem z dziećmi na sankach, wpadliśmy w zaspę zmrożonego śniegi i osłaniając dzieci przed uderzeniem sam przywaliłem twarzą w grudę szreni. Skończyło się na pokaźnym otarciu na papie.
Jak widać na fotkach miałem niezłą zaprawę służąc przez cały wypad za napęd do sanek.
Następny dzień przeznaczyliśmy na spacerek na Zajęcznik i Świeradówkę.
Śniegu było w bród, im wyżej, tym więcej
A nawet więcej niż w bród, powyżej głowy - oto tunel śniegowy w pobliżu schroniska:
W schronisku Na Stogu Izerskim "turyści samochodowi" zajadali się głównie kiełbasą z musztardą (narodowe danie polskie?).
My zrobiliśmy w tył zwrot i schodziliśmy, czasem zjeżdżaliśmy.
I jeszcze zaczęło padać w drodze powrotnej. Fajnie.
Ta wycieczka trwała najdłużej i zaprowadziła nas najwyżej. Ale nie była ostatnia.
Ostatnią naszą wycieczkę zaplanowałem na Sępią Górę wznoszącą się po wschodniej stronie Świeradowa-Zdroju, za Kwisą. Jest to pierwszy od tej strony szczyt Grzbietu Kamienickiego.
Wychodzimy szlakiem ponad zabudowania i pojawia się widok na odwiedzony wcześniej Stóg Izerski:

Idziemy po stoku pod górę. Gdzieś tam przyszła ochota na baraszkowanie na śniegu:
Idziemy po stoku Sępiej Góry:
No i jakoś tam wróciliśmy, zaśnieżeni.
W ferie musi być śnieg!
2006, luty
Kolejne kilka dni w nasze ferie zdecydowaliśmy się spędzić w zaśnieżonym Świeradowie-Zdrój. Był to dobry strzał, mieliśmy zimę jak chcieliśmy.
Wylądowaliśmy w niedużej kwaterze prywatnej w centrum miasteczka.
Na pierwszą wycieczkę przeszliśmy się do Czerniawy-Zdroju. Obejrzeliśmy stare sanatorium. Nic się tam za bardzo nie działo, panowało raczej wrażenie opuszczenia.
Niestety, w pewnym momencie, kiedy zjeżdżałem z dziećmi na sankach, wpadliśmy w zaspę zmrożonego śniegi i osłaniając dzieci przed uderzeniem sam przywaliłem twarzą w grudę szreni. Skończyło się na pokaźnym otarciu na papie.
Następny dzień przeznaczyliśmy na spacerek na Zajęcznik i Świeradówkę.
Tego albo kolejnego dnia miało miejsce trochę straszne a trochę śmieszne zdarzenie - stałem sobie kulturalnie z piwem czekając na dziewczyny bawiące na zakupach, kiedy naprzeciwko mnie zaczął manewrować na miejscu parkingowym samochód policji ("suka"). Przyglądałem się temu kilka minut z politowaniem, dopóki nie udało im się w końcu zaparkować i wtedy...zostałem zaproszony do wnętrza. Okazało się, że ktoś z pobliskiego jubilera chyba się mnie przestraszył, stojącego przy bramie z piwem, na dodatek ubranego w urban camo, kominiarkę i... z wielką szramą na pysku :-O
Zostałem początkowo ukarany ale potem w rozmowie z komendantem zostałem ułaskawiony, może dlatego, że przyszliśmy całą rodziną (zlitował się).
Zrobiliśmy oczywiście również wyprawę saneczkową na Stóg Izerski. Ponieważ jeszcze nie istniała gondolka na szczyt, "turyści" - przeważnie starsi ludzie z NRD, upss, przepraszam, z Niemiec, byli wwożeni pod schronisko kursującymi gęsto terenówkami. My radziliśmy sobie klasycznie na piechtę:
Śniegu było w bród, im wyżej, tym więcej
A nawet więcej niż w bród, powyżej głowy - oto tunel śniegowy w pobliżu schroniska:
W schronisku Na Stogu Izerskim "turyści samochodowi" zajadali się głównie kiełbasą z musztardą (narodowe danie polskie?).
My zrobiliśmy w tył zwrot i schodziliśmy, czasem zjeżdżaliśmy.
I jeszcze zaczęło padać w drodze powrotnej. Fajnie.
Ta wycieczka trwała najdłużej i zaprowadziła nas najwyżej. Ale nie była ostatnia.
Ostatnią naszą wycieczkę zaplanowałem na Sępią Górę wznoszącą się po wschodniej stronie Świeradowa-Zdroju, za Kwisą. Jest to pierwszy od tej strony szczyt Grzbietu Kamienickiego.
Wychodzimy szlakiem ponad zabudowania i pojawia się widok na odwiedzony wcześniej Stóg Izerski:
Idziemy po stoku pod górę. Gdzieś tam przyszła ochota na baraszkowanie na śniegu:
Idziemy po stoku Sępiej Góry:
No i jakoś tam wróciliśmy, zaśnieżeni.
W ferie musi być śnieg!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
