poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Wielkanocna powtórka

Karkonosze


2019, kwiecień


Znów po miesiącu w Szklarskiej Porębie, znów w Karkonoszach! Tym razem rodzinnie zameldowaliśmy się w hoteliku Magnes, moje cztery panie i ja. Wieczorem odwiedziliśmy skałki Marianki, które pewnie kiedyś tu w latach 90-tych będąc na dolnej stacji widziałem, ale nic nie zostało w pamięci.

Na początek zmusiłem się do wczesnego wstania, aby powrócić do głównego grzbietu, którym szedłem miesiąc wcześniej. Mieszkaliśmy blisko żółtego szlaku więc kierunek nasuwał się sam - przez Ryzy do schroniska Pod Łabskim Szczytem.
Dziarsko ruszyłem szlakiem, szybko dostałem się na rozdroże Ryzy, szlak częściowo był kłopotliwy ze względu na leżące, zwalone po zimie drzewa.
Powyżej rozstaja, około poziomicy 950 m,  zaczął się śnieg. Na szczęście przezornie bylem uzbrojony w raczki. Śniegu nadal mnóstwo, tak jak miesiąc wcześniej. Opady w tym sezonie chyba biły rekordy z ostatnich lat.
Nagłe wyjście z lasu wprost na słoneczne Kukułcze Skały, robi wrażenie to miejsce spore, jak zawsze.
No i za chwilę hala ze schroniskiem, cudo. Tu poczułem, że jestem gdzie trzeba. 
Pierwotnie chciałem tu zakończyć wycieczkę herbatą w schronisku, ale było nadal wcześnie, postanowiłem dotrzeć do grzbietu.
 Chwila na łyka wody i poprawienie opadających...raczków ;-)
Trzeba podejść jeszcze ćwierć kilometra w górę, uff!
Ale za to jakie widoki się otwierają z każdym krokiem.



Tak wychodziłem i wychodziłem aż spotkałem pierwszego turystę schodzącego od strony grzbietu. 

Do grzbietu doszedłem w okolicy Czeskiej Budki i właściwie zakręciłem się na pięcie i popędziłem... na śniadanie. Zejście zajęło mi mało czasu, na raczkach szło się szybko i bezpiecznie w śliskich miejscach.

Rodzinny wyjazd wielkanocny z natury rzeczy ograniczał nas turystycznie. Mimo tego udało się zobaczyć kilka atrakcji (niektóre planowałem oglądać raczej na emeryturce ;-D).
Po pierwsze zawsze chciałem zobaczyć rezerwat krokusów w Górzyńcu. Pojechaliśmy zatem szosą na Świeradów-Zdrój. Od szosy trzeba iść jakieś 2-2,5 km leśną drogą. Stanowiska krokusów udało się łatwo odnaleźć, było już jednak niemalże po kwitnieniu. Dodatkową trudność stanowi fakt, iż kwiatki można oglądać tylko z pomostów a ta dzika odmiana różni się od ogrodowej wielkością - kwiaty są mniejsze. No ale jakieś niedobitki przecież tam były. (Podpowiedź: jeden po lewej u góry, drugi pośrodku a trzeci po prawej :-D)
Rolę gwiazd tej wycieczki musiały wziąć na siebie napotkane w rozlewiskach spływającej ze stoków wody traszki:


Było tam mnóstwo kijanek, prawdopodobnie właśnie traszek i kilka osobników już dojrzałych. Lissotritony zajęły nas na kilkadziesiąt minut, to było fascynujące widowisko obserwować je w środowisku - ja widziałem je pierwszy raz w życiu! I stało się to tu, w górach właśnie, więc podwójna radość. (Właściwie to już były Góry Izerskie, ponieważ znajdowaliśmy się w dolinie Małej Kamiennej).
Powrót do auta wyczerpał mamę, więc na punkt widokowy na Zakręcie Śmierci podeszliśmy sami.

Podjechaliśmy dalej na parking koło kościoła i poszliśmy na nieodległy Sowiniec /675/. Sam szczycik nie jest imponujący. Zupełnie nie.

Ale za to kawałeczek dalej są bardzo ładne Sowie Skały. Tę skalną grupę położoną na trasie Walońskiego Szlaku obiegającego Szklarską Porębę warto odwiedzić w czasie emeryckiej wycieczki ;-)
 Wylazłem na górę najwyższej skałki, bardzo ładne miejsce.
Wycieczkę zakończyliśmy w Szklarskiej deserami urodzinowymi mojej Mamy (na 74 urodziny).

Na drugi dzień zaplanowałem ambitniejszą pętelkę. Zaczęliśmy w pobliżu Bazy Pod Ponurą Małpą nad brzegiem Kamiennej i poszliśmy zielonym szlakiem wzdłuż biegu rzeki. Do Wodospadu Szklarki dostaliśmy się przez kasę, zdarli ze mnie znowu.  Doszliśmy do Kochanówki i na chwilę na górę wodospadu. Niestety, panuje tutaj iście jarmarczna atmosfera, pełno bud z badziewiem i tłumy. Tłumy to pół biedy, bo każdy ma prawo iść sobie na spacer, ale niestety niektórzy nie potrafią się zachować - jarają ćmiki, włażą poza barierki, rzucają różne przedmioty do wodospadu itd. A nie tak dawno (2018) pewien amator fotografii zabił się tutaj na oczach rodziny właśnie przez takie zachowanie.
Opuściłem z ulgą dolinę Szklarki i poprowadziłem grupkę na Chybotek. To kolejna z emeryckich atrakcji ;-) Zdążyłem zrobić fotkę pomiędzy jednym a drugim atakiem beneficjentów 500+, jak sami o sobie mówili. Ponieważ nie potrafili wytrzymać bez darcia japy, nasz pobyt tutaj również nie trwał długo.
 Ścieżka prowadzi przez wycinkę w pełnym słońcu pod górę, tutaj musiałem trochę "pogoprować" z pomocą Mamie.
Wyszliśmy najpierw na Grób Karkonosza (Rubezahl Grab) a potem na Złoty Widok (Goldener Ausblick). Tutaj wreszcie można było zasiąść i odpocząć z widokiem na góry. Ludzie, którzy tutaj weszli zachowywali się całkiem inaczej niż poprzednie osobniki, było cicho i spokojnie. Nawet ludzie rozmawiali jakby półgłosem :-)


Przechodząc obok Wlastimilówki wróciliśmy do punktu wyjścia, po drodze widok na rozświetloną Szrenicę.
Jeszcze potem wieczorem zrobiliśmy krótki spacer na pożegnanie, tych "dolnych" szlaków przy Szklarskiej Porębie prawie nie znam. Poszliśmy szlakiem rowerowym przebiegającym w poprzek stoków Szrenicy i przecinającym trasy wyciągów narciarskich. Wróciliśmy jedną z nartostrad i to było pożegnanie ze Szklarską Porębą, Karkonoszami i...śniegiem.
 :-(

sobota, 13 kwietnia 2019

Przedwiośnie...dla sportu.

Góry Bardzkie


2019, kwiecień



Znowu chętka do gór okazała się silniejsza niż rozsądek. Pogoda mówiła "nie jedź", rodzina jej przytakiwała, znajomi tym razem nie wspomogli! W każdym razie trzynastego dnia miesiąca wylądowałem wozem bojowym w Bardzie o ósmej rano i od razu ruszyłem na szlak z zamiarem wejścia na Szeroką Górę. 
Tak tutaj już jest, że idąc szlakiem z Barda każdy - i wierny, i niewierny, i nawet innowierca, muzułmanin czy animista, musi zaliczyć Drogę Krzyżową
Są tu ścieżek różne warianty a drogi przecinają się (krzyżują nomen omen), dochodzi tu zapewne do paradoksalnych sytuacji jak na fotce, że gdy jedni już składają do grobu, to inni dopiero krzyżują.
Na Kalwarię /575/ trzeba w sumie podejść z doliny Nysy Kłodzkiej ponad trzysta metrów. Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że doprawdy nie ma znaczenia, czy podchodzę z 300 na 600 metrów npm, czy z 1300 na 1600 jak również z 2300 na 2600 - trzysta metrów to trzysta metrów i koniec. (Oczywiście, z 4300 na 4600 to już byłaby różnica, ale to zupełnie inna historia).
Za ciężką cholerę nie mogę sobie przypomnieć sprzed lat tej kaplicy, widocznie jednak szedłem jakoś inaczej, może boczną ścieżką?! 
Dalej szlak jest nieco nudny, trawersuje zbocza grzbietu Jodłowa-Zaroślak-Mszaniec-Łaszczowa. Stokówka oferuje widoki w stronę pagórków tworzących północny skraj Gór Bardzkich.
Ten etap skończyłem na Przełęczy Łaszczowej /592/, gdzie deczko "odpocznąłem".  Niestety, było dziwnie zimno, około zera. Łapy mi okropnie zmarzły mimo gorącego napitku z termosu, no ale tytana bić trzeba ;-) (wtajemniczeni będą wiedzieć). 
Powyżej przełęczy jest sporo nowych udogodnień dla rowerzystów, singletracki i takie tam. Ja tymczasem pieszo - całkowicie bez roweru - podchodzę na Ostrą Górę /751/ - to bodajże najostrzejsze podejście na tej trasie.  
 Zaraz naprzeciwko o kilkaset metrów oddalony wyłania się szczyt Gajnika. 
Szczyt, znów zeskok, w dół do przełęczy i oto w lesie trzeba wytężyć wzrok i odbić w lewo na szczyt, opuszczając szlak niebieski. Ktoś nieufny w nasze możliwości pomazał gdzieś dalej drzewa żółtymi maziajami, jakby nie wierząc w ludzkie zdolności do odnajdywania drogi. 
I jest, Szeroka Góra /766/.  Góra szeroka mocno.
No i teraz chwila na refleksję: kiedyś tam dawno temu zrobiłem sobie listę najwyższych szczytów pasm górskich w Polsce, liczyła sobie 30 szczytów i była znacząco w wielu punktach odmienna od popularnej wśród turystów KGP. Te szczyty zdobywałem sobie pomaluśku.
Listę jednak trzeba było aktualizować na bieżąco, bo co i rusz okazywało się, że a to wyrósł Maślak zza pleców Skopca, a to jednak Borowa jest wyższa niż Chełmiec z wieżą, a to Lubomir nie wiadomo w jakim paśmie właściwie... Zaraz także Jałowiec się upomina o swoje prawa i Mędralowa też nie chce być gorsza i tak ciągle jakieś kuchy.
No i z tą Szeroka Górą też wynikła podobna historia - cały czas najwyższa niby była Kłodzka Góra, a tu się okazało, że to jest błąd. Zatem wychodzi na to, że jednak dopiero teraz byłem na najwyższym szczycie w moim ostatnim z listy pasmie górskim w Polsce :-D ponieważ za mojej ostatniej bytności w tym rejonie szedłem szlakiem niebieskim i tylko odbiłem wtedy na Kłodzką Górę z przełęczy.
Tutaj podjąłem decyzję po skonsultowaniu się z rozkładem jazdy, że zamiast wracać do Barda,  przejdę się szlakiem żółtym do Kłodzka. Nie widziałem tego odcinka a ptaszki ćwierkały, że jest fajny i warto się nim przejść. Po przejściu Kłodzkiej Góry ścieżka robi się widokowa - tutaj przebłysk w stronę grzbietu Grodzisko - Podzamecka Kopa.
Na szlaku jest głównie "zejściowo", ale zdarzają się miejsca, gdzie trzeba ponownie podejść, np na Jedlak /657/.
Nagle z nieba spadają nieliczne białe płatki - to ostatnie chyba podrygi zimy.
 Znów małe podejście,  na Oględę /573/ 
Krajobraz zimnego przedwiośnia. Jeszcze trochę smutno, jeszcze brak świeżej zieleni, ale jak zaraz wszystko buchnie...
Za Kostrą wychodzi się na lokalną szosę, widok na Szyndzielnię:
Szlak omija wierzchołek Szyndzielni /430/, ale nie odmówiłem sobie podejścia do stojącej na nim tajemniczej wieży o intrygującym kształcie - jakby skopiowanym z pionka do gry:
 Widok na przebytą trasę z Kostrą i Oględą:
Z Szyndzielni zszedłem do ostatniej ulicy w Kłodzku o wiele mówiącej nazwie: ulica Ostatnia. I był to ostatni etap wycieczki :-), zakończonej na stacji Kłodzko Główne, skąd do Barda po kilkunastu minutach zabrał mnie "autobus za pociąg".
Warto było odświeżyć sobie w pamięci szlak, którym szedłem kilkanaście lat temu a także zobaczyć niewidziany dotąd, całkiem-całkiem odcinek do Kłodzka.

niedziela, 24 marca 2019

Karkonoskie niebo

Karkonosze


2019, marzec



Nadeszło okienko pogodowe, dojazd z bi.la-bo.la do Szklarskiej Poręby znalazł się wygodny, czego chcieć więcej, żeby złapać jeszcze raz w tym sezonie zimę za fraki?
Ale...może jakoś złamać monotonię karkonoskich wycieczek grzbietowych? 
Tutaj przyszły mi na myśl zachodnie kresy Karkonoszy. To miejsce, gdzie stykają się Góry Izerskie i Karkonosze - Jakuszyce z położoną nieopodal Przełęczą Szklarską. Zawsze tylko szybko przebiegane w tę albo w drugą stronę aby w pośpiechu udać się w "prawdziwe" góry. 
Tym razem postanowiłem poświęcić temu rejonowi więcej czasu a nawet nocleg. 
Z sympatycznymi młodymi ludźmi dojechałem sprawnie do Szklarskiej, niestety dalej nie mogli czy nie chcieli mnie podrzucić. Byłem zdany na swoje siły, ale najpierw należał mi się obiad. Tuż za mostkiem jest bistro Fokus. Wnętrze lokalu może nie powala wystrojem, ale przyjazny gospodarz oraz pyszne dania (żurek+schaboszczak) przeważają znacząco na plus. Po tej rozpuście, bo jeszcze poszło czeskie pivo Konrad, mogłem ruszać.
Poszedłem w rejon Kruczych Skał aby kilka razy bez przekonania machnąć na stopa. Jest tam zatoczka autobusowa, ale usytuowana niefortunnie tuż za zakrętem, więc nie spodziewałem się cudu. Nikt mnie nie zabrał przez kilka machnięć... i trudno, poszedłem pieszo przez Osiedle Huty. Dalej wzdłuż linii kolejowej, którą swego czasu jechałem. Biegnącym tą drogą szlakiem rowerowym (a w zimie biegówkowym) nigdy nie szedłem. 
Zaraz za stacyjką zaczyna się śnieg. I zostaje ze mną na cały wyjazd, a o to przecież chodziło.
Nie jest to szczególnie wymagający odcinek...nie jest też niestety widokowy. Ot kilka kilometrów to nieco pod górkę, to po płaskim.
Tyyyle śniegu nadal leży i poleży jeszcze:
No i tak doszedłem w końcu do Jakuszyc. Nie był to jakiś maraton, ale przyznam, że się rozgrzałem. Jeszcze przecież czekało mnie pozaszlakowe chodzenie w miejsce, gdzie nigdy nie byłem i nie znałem dojścia, więc musiałem się szybko zwijać. 
Za główną szosą zacząłem szukać możliwości przebicia się na szczyt Kocierza. Niby przeszedłem tego dnia tylko ok. 9 km, ale ostatnie 600 metrów było najgorsze. Początkowo szło się wygodnie, ale po chwili odbiłem w ścieżkę wznoszącą stromo do góry, zasypaną rozmiękłym śniegiem i leżącymi licznie drzewami. Wpadając co chwilę w głąb zasp mozolnie wydostałem się na Kocierz /929/ zwieńczony malowniczymi skałkami. 
Zapadał już całkiem zmrok, Łysy mi przyświecał, pozostało tylko rozbić namiot i zalec.

Ranek odkrył przede mną piękną lokalizację tej miejscówki. Rozbiłem się przecież na pięterku.

Wstałem całkiem jak nie ja - przed świtem, licząc na twardszy śnieg o tej porze. 
Tylko wierzchnie warstwy były lekko zmrożone, temperatura w nocy nie spadła poniżej -3 stopni.
A jak tylko wzeszło słońce, zrobiło się pięknie. 
Wierzchołek Kocierza jest ładnym zgrupowaniem skał i punktem widokowym zarówno na Góry Izerskie z widoczną naprzeciwko Wysoką Kopą, Izerskimi Garbami i kopalnią Stanisław, jak i na zachodni skraj Karkonoszy z Mrtvym vrchem i Mumlavską horą.
Kocierz był przez długi, długi czas szczytem granicznym między państwami, które istniały na tych ziemiach. Mam na myśli np Austrię i Prusy, bo już w tych czasach biegła tędy granica. Na skałach można odnaleźć stare wykute znaki graniczne, więcej o tym temacie na tym blogu: https://sciezkawbok.wordpress.com/2014/06/25/kocierz/
A od 1958 roku granicę odsunięto na południe. W czasie mojej wizyty wszystko było oczywiście pod śniegiem. 
Tutaj mała uwaga: w zimie radzę bardzo uważać myszkując między skałami, można niespodziewanie znaleźć się dużo niżej; mi szczęście sprzyjało i nic się nie stało. Skały od południa absorbują ciepło i powstają wytopione czeluście, w które można wpaść.

Po lekkim śniadaniu musiałem zejść po własnych śladach z powrotem do szlaku zielonego biegnącego w tym miejscu szosą i obok leśniczówki odbić do doliny Kamiennej. To za mojej pamięci już trzeci wariant tego szlaku. Szedłem nim już po drugiej stronie Babińca, potem po południowej stronie Kamiennej omijając Owcze Skały. 
Podłoże jest twarde i dobrze się idzie a w raczkach jeszcze lepiej.

Na grzbiet biegnący w kierunku Babiniec - Przedział trzeba od szosy podejść jakieś 200 metrów. Poszło mi to całkiem sprawnie i zasiadłem do zasłużonego drugiego śniadania. Owcze Skały /1041/:

Już od tego miejsca pojawia się ładny widok na Szrenicę, który będzie się robił coraz ładniejszy.
Niestety, zaczyna się tu także moja mordęga, ponieważ śnieg jest tutaj plastyczny, mało nośny i nie chodziło tędy wielu ludzi. Na tym odcinku rakiety przydałyby się jak nic. Co i rusz wpadam po łydki albo kolana, a nawet bez wpadania idzie się jak nie przymierzając po plaży.
Hala Szrenicka i szczyt przybliżają się bardzo powoli.
Zatem ja przybliżam je sobie samemu:
Najgorzej robi się w lesie, tam gdzie ścieżka przecina źródliska Kamieńczyka. Gdybym tak mógł sięgnąć do chaty po rakiety...
Te męczarnie i przekleństwa kończą się wraz z dotarciem na skraj Hali Szrenickiej.
Kończy się również samotna wędrówka na ten dzień. Jestem tu wcześnie, ale narciarzy jest już wielu na stoku. Pieszych na razie pojedyncze osoby. Nie zatrzymałem się w tutejszym schronisku lecz na popas wybrałem to na szczycie Szrenicy /1361/
W schronisku jeszcze bez problemu znalazłem miejsce w bufecie (ale kiedy wychodziłem by l już nadkomplet). Zasiadłem nad wiktuałami przyniesionymi na własnych plecach oraz z piwem, którego hmm... nie przyniosłem, tyle co z bufetu. Należy pochwalić kuchnię, wrzątek wbrew obecnym trendom otrzymałem za free.
Odpoczynek przywrócił mi ździebko sił. Zaczynam typową grzbietówkę, na tym szlaku i o tej porze przybywa turystów. Polacy przeważnie pieszo, spacerowicze, zaś plecakowcy jak ja są widziani w ilości homeopatycznej. Czesi przeważnie na bieżkach, często-gęsto ubrani w oczojebne sportowe ciuszki. Ale nie uznawajmy tego za regułę :-)
Widoczki na czeską stronę powalają:
Mijam Łabski Szczyt, no a po dojściu na Śnieżne Kotły aż oczy można wypatrzeć.
Czego się nie zrobi dla dobrej foci...może jeszcze ze trzy kroczki ;-)
Na Wielki Szyszak /1509/ walą pielgrzymki na biegówkach, a ja sobie spokojnie i na luzie idę trawersikiem.
 Otwiera się widok na dalszą część pasma łącznie ze Śnieżunią.
Trawers Szyszaka przywołuje wiele wspomnień, walczyłem na tym zimowym szlaku już tyle razy we wietrze, zadymce, mgle, mżawce...
Zaczynam powoli myśleć, co będę dziś robić dalej? 
Jednak zanim doszedłem do Przełęczy pod Śmielcem, wpadłem na genialny w swej prostocie pomysł. Przecież nigdzie się nie śpieszę. Zamiast kontynuować wędrówkę znanym szlakiem grzbietowym, skręcam za nieco zatartymi śladami rakiet w prawo w dół. 
Obchodząc łukiem niebezpieczną o tej porze roku Martinovą jamę doszedłem pozaszlakowo do miejsca, gdzie modrá turistická značka niemalże już dociera do Martinovki. To czeskie schronisko położone na wysokości 1288 m npm szczyci się jedną z najstarszych historii w Karkonoszach. Pierwsza bouda w tym miejscu stanęła już w 1642 roku! U nas to czasy Władysława IV Wazy. 
W tym historycznym miejscu zalegam na dłużej, ściągam wilgotne buty i skarpety, wskakuję w laczki, zamawiam pivo Krakonoš i nakládaný hermelín...
No to jeszcze tmavy, prosim vas... 
Uuuaaa...
Łłaaaa...
Pojadłem, posiedziałem, poziewałem. Czas ruszać dalej. Na koniec tych przyjemnych leniwych chwil, pożegnanie z Martinovą boudą.
Ta pora roku, kiedy jest śnieg, oferuje zimowy trawers stoków Czeskich Kamieni. Stwierdziłem, że przejdę się tym odcinkiem, skoro jest udostępniony.  Idzie się tu jednak źle ze względu na rozmiękły, nienośny śnieg, zapadam się co chwila. Również napotkani Czesi komentują : špatná cesta...
Śniegowa "ścieżka" skraca jednak nieco dystans potrzebny na przedostanie się do punktu widokowego, jaki tworzą skałki na szczycie Ptačí kámen /1310/. Miejsce daje ekstra wgląd w dookólną część Karkonoszy.
Świetnie prezentuje się stąd na przykład masywna sylweta Wielkiego Szyszaka:
 W drugą stronę zdaje się Luční hora (1555 m):
Jeszcze półtora kilometra takich atrakcji i staję na rozstaju szlaków koło odbudowywanej obecnie Petrovki. Trzeba przyznać, że udało się przywrócić świetność tego budynku, pięknie wyglądają ściany w drewnie.

Słońce opada ku górom. Przychodzi dla mnie czas decyzji. Szukać miejsca na namiot, na przykład na Wiaternej czy Suchej Górze? Jestem trochę zbyt zmęczony na błądzenie w nieznanym terenie a za kilkadziesiąt minut zacznie się zmierzchać. Dymać do Odrodzenia? Oklepane, ale cóż zrobić...Myśli moje biegną w stronę Chatki AKT, o której wiem, że znajduje się gdzieś w pobliżu. Po krótkim szukaniu w necie znajduję numer i dzwonię do chatara z pytaniem, jak dzisiaj wygląda "obłożenie" chatki. Nie chciałbym się gnieździć na siłę w ciasnocie ani trafić na jakąś huczną imprezę, tylko po prostu spędzić fajny wieczór i iść w kimę w nowym miejscu. Blady oznajmia, że chatka jest dziś wieczór wolna. W takim razie schodzę do chatki!
Niepostrzeżenie słońce zaszło za górę i zrobiło się chłodniej. Na szczęście sprawnie  schodzę w dolinkę potoku. Wiem, gdzie trzeba skręcić ze szlaku w niewyraźną ścieżkę w las, ale okazuje się, że nie będę sam szukał drogi - spotykam Budynia i Żaczka podążających na turach również do chatki. Idziemy zatem razem. W chatce przebywa już Grześ, witam się i wbijam do środka. Nareszcie można odpocząć, ściągnąć buciory i się ogarnąć. To był długi dzień ale było warto - karkonoskie niebo dało mi dziś uchylić swego rąbka. A słońce przysmażyło mnie jak na lodowcu. 
Siedzimy przy nienatarczywych dźwiękach gitary przy wspólnym stole i pogadujemy nieśpiesznie o tym i owym. 
Do chatki przyszedł również sam chatar, i wprowadził więcej energii i pozytywnego zamieszania w nasz wieczór. Ale był to jak się okazało początek. Kiedy po jakimś czasie już ziewający i mocno zmęczony chciałem udać się na poddasze, zjawiły się niezapowiedziane jeszcze cztery osoby. Byli bardzo spragnieni zabawy i płynów ;-) No trudno, liczyłem się z takim obrotem spraw. Tyle, że nie miałem ze sobą żadnego napoju na wkupne a nie chciałem używać metody "na krzywy ryj", więc zrezygnowałem z dalszego ciągu imprezy i zalogowałem się na materacach na strychu. Po sprawdzeniu prognozy pogody na niedzielę okazało się, że nie ma co liczyć na widoczność, więc nastawiłem budzik na wczesną porę aby zdążyć na połączenia powrotne. 
Noc minęła mi nieco niespokojnie, to budziły mnie dźwięki imprezy, to fizjologia dawała znać o sobie, to znowu było mi za ciepło.

Wcześnie rano spotkałem się w izbie z Grzesiem na śniadaniu. Przełknąłem kawałek chleba, popiłem kubkiem herby i po rozliczeniu się za pobyt byłem gotów do opuszczenia gościnnych progów chatki.
Jak widać, tego dnia nie było żal opuszczać gór.
Schodzę inną ścieżką, stromą i biegnącą prosto na północ. Podłoże robi się tu mieszane i musiałem wzmóc czujność aby na koniec sobie czegoś nie zrobić- a to lód, a to miękki śnieg, a to błoto lub woda. Po ciemku byłoby tutaj niełatwo.
Śnieg skończył się na poprzecznej stokówce, którą poszedłem powracając aż do szlaku czarnego. Po drodze jeszcze malowniczy mostek jakby wyjęty z Hobbita:
Czarnym szlakiem opuściłem karkonoskie lasy 
wychodząc wprost na przystanek autobusu na ulicy Agnieszkowskiej. Dzięki kunsztowi kierowcy zdążyłem na wcześniejsze połączenie do Wrocławia i bylem w domu jeszcze za jasności. 
To była extra wycieczka, mi też się czasem należy piękna pogoda w górach :-D Niebieska płachta nad Karkonoszami dała mi po oczach i emocjach!