niedziela, 22 września 2024

Mikro

 Góry Sowie


2024, wrzesień


Jak to śpiewał mistrz Młynarski, "W pracy jest mikro, mikro i przykro". Ten katastrofalny dla mnie rok pod względem górskich wypadów też można określić tym słowem. Mikro... i przykro. Do tej pory zrobiłem ledwie połowę tego co w innych latach. Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma i tak powstał ten wypad.

Korzystając z przejazdu kombinowanego z kolegą znalazłem się rano w dziwnie znajomym miejscu - jedenaście lat temu nocowaliśmy w tym samym agro z... dawnym druhem menelem. Nazwa się zmieniła z "Zielony Jar" na "Biotanika" lecz jest to nadal ten sam budynek w Michałkowej

Wtedy szliśmy jakoś przez Glinno, tym razem zaś poszedłem na rozwidleniu w prawo i zielonym szlakiem przez Tonowice, las i łąki.


W stronę Przygodnej Kopy przez łąkę wiedzie szlak
Na Przełęczy Walimskiej wiata niestety zniknęła, ale zrobiłem sobie mały odpoczynek z batonem w garści na zielonej trawce.
Wyjście na Sowę bez historii. Wiadomo, każdy musi mieć takie zdjęcie na tej górze za każdym razem
Zejście na Rozdroże pod Kozią Równią również bez historii. Po prostu sporo ludzi po drodze, bo ładna pogoda.
Dla odmiany poszedłem niebieskim szlakiem bezpośrednio do szosy i do schroniska Zygmuntówka.
Zjadłem coś w rodzaju zupy, posiedziałem na tarasiku. Był piękny wrześniowy dzień. 
Przez to całe rozkrochmalenie popełniłem tak zwany "zły błąd": nie dokupiłem butelki wody. Wydawało mi się, że mam jej dosyć. Tymczasem potem okazało się, że dzień był wyjątkowo słoneczny i suchy. Wieczorem miałbym spory problem.
Po długim odpoczynku z trudem wylazłem na Rymarza i w stronę Zimnej Polanki
Dalsza droga grzbietem nie jest tak wymagająca a raczej przyjemna.
Na Zimnej Polance pojawiła się wiatka o fajnych kształtach i miejscówkach kuszetkowych
Dalsza droga to oczywiście Słoneczna /949/ i Kalenica /964/


Widoki z wieży nie powaliły mnie na kolana, była wręcz lipcowa "błękitność" w powietrzu. 
Tymczasem nadal byłem dość daleko od założonego celu a woda ubywała mi w szybkim  tempie.
Odejście od szlaku na Żmij tym razem sobie darowałem, w następnej sekwencji przez Popielak, Jagodę i Czarne Kąty zmierzając na Przełęcz Woliborską

Za przełęczą zacząłem szukać wody w oznaczonych na mapie strumykach, niestety, nic nie płynęło.
Również za przełęczą zakończyło się piękne popołudnie a zaczął powoli napływać zmierzch. Pozaszlakowymi ścieżkami poszedłem wzdłuż grzbietu poszukując źródełka wody i wreszcie udało mi się znaleźć ciurkającą strużkę. Dzięki temu mogłem się lekko umyć i napełnić flaszki. 
Dzień w samą porę zakończyłem we wiacie na Przełęczy pod Szeroką.
Jakiś tytan intelektu wyrwał tutaj wkopane ławy. Dlatego kolacja mi się trzęsła :-)
W nocy było ciepło jak w środku lata.

Wstałem wcześnie rano aby zdążyć do Barda na pewien autobus. Ruszyłem bez zwłoki tym razem nie ociągając się GSS na Malinową i Gołębią.


Gdzieś tu spotkałem pierwszego rowerzystę, ranny ptaszek z niego był
Stąd już tylko żabi skok do Srebrnej Góry. Przy parkingu nic jeszcze nie było czynne, pusto. Poszedłem zatem dalej w kierunku Żdanowa. Grzbiecik ze Żdanką, przez który przechodziłem zimą:
Po masakrycznym choć krótkim podejściu na Wilczak /633/ trasa przebiega spokojniej
Mimo większego upału niż poprzedniego dnia starałem  się iść szybko, żeby zdążyć na autobus.
Dlatego nieco się umordowałem. I jeszcze nadrobiłem drogi idąc z pół kilometra w złą stronę na nieoznakowanym skrzyżowaniu. Dżunglowate takie na tym odcinku są Bardzkie:
Ale tu już nie.
Zszedłem do Barda w samą porę na autobus. Stoję, stoję i czekam...autobusu nie ma. Okazało się, że na e-podróżniku był błąd i ten konkretny autobus nie jeździ w niedziele. Musiałem przeczekać niemal dwie godziny. Przynajmniej się nawodniłem.
No i tyle było, mikro.

wtorek, 20 sierpnia 2024

Gran Canaria

 Masyw Tamadaba


2024, lipiec


Znów los urlopowy rzucił mnie na hiszpańską wyspę. Tym razem po kilku  latach wróciliśmy na Kanary, Gran Canaria. Stolica Las Palmas jest dużym miastem jednak my byliśmy na zachodnim skraju wyspy, daleko od turystycznych centrów. 

Planowałem wypad na najwyższy szczyt prowincji, Pico de Las Nieves /1947/. Tymczasem jednak wyniknęły pewne okoliczności, które mnie do tego zniechęciły. Po pierwsze, jazda autobusem byłaby bardzo długa i z przesiadkami a co gorsza, gdyby autobus jechał tak, jak jechaliśmy do Aquarium, nie zdążyłbym na przesiadkę na linię w głąb wyspy. Po drugie, na szczycie jest szosa i parking i jest zabudowany bazą wojskową - nie przepadam za takimi wierzchołkami. A po trzecie, oznaczony słupkiem Pico de Las Nieves...jednak nie jest najwyższym punktem Gran Canarii :-)  Jest nim czubek widocznej nieopodal turni czy też skalnego rogu Morro de la Agujereada o wysokości 1957m npm. Czyli tyle zachodu a na koniec i tak nie bardzo można tam wejść bez sprzętu wspinaczkowego.

Zdecydowałem się zatem na wycieczkę, która zapewniałaby odwrotne proporcje czasu jazdy do trekkingu i więcej frajdy. 

Pojechałem autobusem 102 w głąb Doliny Agaete. Jakieś dwadzieścia minut jazdy i już wysiadałem samotnie na ostatnim przystanku. 

Nad głową wyrasta potężna skalna ściana Autobusy nie dojeżdżają do ostatniego miejsca dostępnego dla samochodów ze względu na liczne serpentyny i szczupłość miejsca, więc musiałem iść pierwsze dwa kilometry i dwieście metrów w górę tą wąską szosą do miejsca o nazwie El Sao

Od tego miejsca zaczął się bodajże najgorszy dla mnie tego dnia odcinek trasy:  strome podejście po licznych schodach, na początku pomiędzy kilkoma domkami, następnie wzdłuż skalnych ścian wznoszących się po lewej stronie. 

Po drodze takie oto starożytne jaskinie, używane po dziś dzień

Na tak krótkim odcinku 1,5 kilometra wzniosłem się o 300 metrów szukając wreszcie odpoczynku w schronisku El Hornillo.  I pobliskiej kapliczki.
Jedyną zainteresowaną moim entrée do schroniska osobą był pies
Widok z tarasu. Niestety, soczku nie dostałem kupić bo zamkli.
Trzeba zapier...ać w górę dalej szosą, 200 metrów do czegoś, ale do czego? Wąską szosą dalej, trochę na dół - a potem trzeba było nadrabiać w górę.

Bardzo dobrze oznaczone są tu szlaki.
Doszedłem do wielkiego zbiornika retencyjnego, a ponad nim jest jeszcze jeden niewidoczny z tego miejsca.



Zaczyna się ostro. Potem było nieco łagodniej ale zatrzymywałem się często, częściej niż w polskich górach. Po prostu temperatura powietrza powodowała ciężkie oddychanie, aż do ostatniego pęcherzyka.
Czyli do podejścia nadal pozostało mi ponad...600 metrów. Jest to słuszna wysokość do podejścia ale na szczęście dla ADHDowców podzielona na sensowne części. Robiłem sobie odpoczynki co kilka minut.
Wszędzie były widoczne ślady po pożarach z 2019 roku, które strawiły około 30% obszaru parku. 
Na szczęście pinie posiadają swoisty mechanizm obronny - kora tych drzew jest bardzo gruba i warstwowa, więc wierzchnia warstwa łatwo się spala tworząc zaporę dla dalszej infiltracji ognia a następnie łuszczy się i pozwala drzewom rosnąć dalej.


Po wyjściu wyżej otworzyły się widoki w stronę wschodnią w tym odległy o kilkanaście kilometrów masyw de Las Nieves
Po wyjściu na około 1300 metrów wydawało się, że najgorsze za mną. Zmyłka. Po przekroczeniu asfaltowej stokówki trzeba nada się wspinać, wspinać. A słoneczko operuje tutaj już za dwóch.  Ostatnie podejście grzbietem na Pico de la Bandera (czyli jakby Flagowy Szczyt) wycisnęło ze mnie ostatnie poty i siły.

Na szczęście ścieżka trawersuje sam wierzchołek i prowadzi kilkaset metrów dalej


Tutaj trzeba było odbić na prawo od ścieżki i pokonać podejście po skałach. Nie byłby to problem, gdyby skały nie były rozgrzane jak kamienie w ognisku. Każde dotknięcie kamienia parzyło jak rozgrzany piec.
Ostatecznie człowiek (czyli ja) pokona wszelkie przeszkody i wylazłem na szczyt, Tamadaba /1444/
Po wyjściu na szczyt zauważyłem kilkadziesiąt metrów dalej niższy wierzchołek, ale za to z wieżą widokową!

Jeden z lepszych momentów, jak zawsze: szczyt, odpoczynek...
Fotki z góry wyznaczają krajobraz, po który tutaj wlazłem - drzewa i chmury jednak ograniczają widok.
Wreszcie trzeba się zbierać- i rozpędzić się...
Najbardziej relaksowy odcinek jest teraz, pędzę w dół po dywanie z długich piniowych igieł.





Sielankowy odcinek trasy skończył się po kilku kilometrach - doszedłem do skraju masywu zakończonego stromym urwiskiem. Dość powiedzieć, że tu byłem wciąż na wysokości ponad tysiąca metrów
Zaczęło się tracenie wysokości w tempie schodów ruchomych


Ścieżką musiałem się niestety drastycznie cofnąć po stoku. 

W ciągu tak krótkiego czasu zszedłem na przełęcz tuż pod Montaña Bibique na poziom około 600 metrów!
Ale to jeszcze nie koniec oczywiście. Teraz długi trawers stoków masywu Tamadaba doprowadzi mnie blisko i ponad Agaete. Takie trawy jak w...Bieszczadach?

Montaña Bibique już z tyłu



Roque Bermejo, coraz niżej
Ostatnie czterysta metrów to już typowa patelnia, od czasu do czasu podwiewana uderzeniami wiatru znad Atlantyku.
Na horyzoncie widoczne Teide na Teneryfie
No, tutaj to widać, że nie Bieszczady ;-)

Na Era del Cardon
Tu już ostatnie z 250 metrów zostało
Na lewo cudowny widok na ogromny klif oceaniczny, jeden z najwyższych na świecie - skała opada tutaj ponadkilometrową wysokością z masywu Tamadaba wprost do Atlantyku.
Jak zwykle, gdzieś w okolicy szosy, którą przekraczałem, wisiała tabliczka o zamknięciu tego odcinka szlaku :-)  Jakbym się przejmował tymi tabliczkami, to już w życiu cofałbym się chyba z 25 razy.
Ostatnie kroki na zejściu i znalazłem się tuż nad poziomem morza (oceanu) - a także w sąsiedztwie zacnego Spar'a.
Na schodkach przed sklepem wypróbowałem cztery rodzaje radlerków puszkowych 0.33 ponieważ byłem suchutki jak ten rybi szkielet:
Była to genialna wycieczka, wiele godzin łażenia w zadziwiającej przyrodzie zawładnęło mną całkowicie. Może kiedyś udałoby się te piękne miejsca zobaczyć w innej porze roku, mniej gorącej a bardziej zielonej!?