sobota, 6 lipca 2024

Walking on the Edge

 Pogórze Kaczawskie


2024, czerwiec


Pomysł kręcił się po głowie od lat. Szlak Brzeżny zwany również Krawędziowym. Tym razem również mieliśmy jechać zupełne gdzieś indziej, lecz przychodziły tak odstraszające alerty i prognozy pogody, że z rozsądku należało odpuścić sobie wyższe rejony. Zwłaszcza, że Mihu miał do dyspozycji tylko dwa pełne dni.

Nad ranem w czwartek zaczęła się nasza jazda do Wrocławia, klasycznie PKP. Na Placu Dawida przesiadka na busa do Złotoryi. Oczywiście zaczęło się wesoło, bo już tutaj do Miha doczepił się pensjonariusz psychiatryka w Złotoryi. Tak nam miło minęła nam droga na rozważaniach na temat ludzkiej kondycji psychicznej, natury i przypadków wszelakich.

W każdym razie wylądowaliśmy w Złotoryi. Szlak powinniśmy zacząć od kropki na rynku.

Upał nas rozwala mimo relatywnie wczesnej godziny - zasiedliśmy w knajpce na dobry początek. Kawka, piwko, wakacje.

Po wyjściu poza Złotoryję szliśmy rozpaloną od słońca, piaszczystą wiejską drogą. Może ktoś nie lubić tych klimatów, lecz dla mnie to chyba wspomnienie z moich genów. 

Po drodze jakieś żelbetowe budowle, ale ok - poszliśmy dalej w spiekocie, dopiero zieleń w pobliżu stawu dała nam lekki oddech od żaru.




Oczywiście zgubiliśmy się obchodząc staw, będący osadnikiem dawnej kopalni miedzi - to nie  nasza wina.Przez pola zbóż doszliśmy w skrytą dolinkę potoku a tam jest ukryty przybytek 

Za pomocą osobistego uroku namówiłem wyjeżdżającego szefa, żeby nam sprzedał parkę piwek. Piwka były zimne i smaczne...mimo, że ostatnio nie pijam piwka.

Dalej szliśmy drogą, dróżką, ścieżką... coraz węższe szlaki prowadziły nas najpierw na południe a potem na wschód.


W pewnym momencie pojawiła się ścieżka biegnąca stromo w las - to niestety właśnie nasza ścieżka, odbicie w bok. Totalna duchota obezwładniała nas. Lecz tu objawiło się moje zafiksowanie na wszelkich chatkach, wiatkach itp - powinniśmy tam znaleźć chatkę.  Po niemalże wypluciu płuc wyszliśmy na szczyt Rosocha /464/ a tam stała piękna chatynka, Marianówka. Niestety, nie jest dostępna dla zwykłego plecakowca. Trzeba dokonać rezerwacyj i temu podobnych mecyj.
Dosłownie kilkaset metrów dalej jest niezwykła budowla - radiostacja i radarowa stacja namiernicza w postaci żelbetonowej i murowanej konstrukcji 



Zeszliśmy w stronę wioski naiwnie licząc na jakiś sklepik. Niestety Stanisławów nie oferował żadnej tego rodzaju atrakcji, co zresztą stało się zwyczajem na tej trasie.

Zaraz za wsią nieco odpoczęliśmy na skraju drogi, przy potoku, jak...nie wiem, może jak konie. 
Ostatni odcinek dnia chociaż długi, nie był już trudny. To monotonne trawersowanie kolejnych wypukłości, wijące się po stokach niemal po poziomicach.
Upał wyciskał z nas wszelką wodę, wiadomo. 

Wylądowaliśmy w Bogaczowie i zadokowaliśmy we wiacie. Oczywiście podstawowy problem był z wodą. Ale - obok płynie strumyk, ale - ma nazwę Błotnia...podejrzane. Ja w tej sytuacji oczywiście -  optuję za piciem ze strumienia, ze względu na moją legendarną odporność na wszelkie bakterie :-D, Mihu buntuje się, bo ponoć widział pompę we wsi. Rozdzieliliśmy się - ja pilnowałem dobytku, Mihu poszedł się kąpać i zdobyć wodę. Wrócił, wykąpany - niestety pompa nie działała. 
Teraz czas na moją misję. Polazłem z butelkami i wyprosiłem wodę studzienną z gospodarstwa. Nie ma nic fajniejszego od wiatowanka.
Wieczór był zadziwiający - Mihu rozpalał coraz większy fojer na ognichu, od czasu do czasu grzmiało, spadło nawet kilkanaście kropel deszczu, chmury przesłoniły niebo. Było super (boomer), było mega (new).

Mieliśmy wstać wcześnie, nie było jednak parcia na to rozwiązanie. Wstaliśmy, coś tam połknęliśmy i w trasę.
(fot. Mihu)
Znów podchodzenie przez las, bez nadziei na widoki. Specyficzny to szlak. Cieszyliśmy się samą drogą.

Klimaty są typowo podgórskie, pogórze pełną gębą. Gryka Jak Śnieg Biała

Widać tu wyraźnie, skąd nazwa tego szlaku - jesteśmy na samym skraju "podwyższenia".


Szlakiem nieczytelnym zeszliśmy do Myśliborza. Ponownie rozczarowanie - knajpka nieczynna o tej porze, sklep zamknięty. Pozostały nam żebry o wodę. 
Pomknęliśmy na Rataj i Organy Myśliborskie. Szkoda, że tak fajowe miejsca są całkowicie nieobecne w świadomości np turystów z zewnątrz kraju, pamiętam z Bornholmu, że tam każdy krzywy kamień i starszy dom był oznaczony jako nieomal atrakcja na skalę Europy.

Za połączeniem z żółtym szlakiem totalnie rżniemy głupa. Ja polazłem na skuśkę na tę górkę na prawo.

Mihu rozważniej sprawdził mapkie i wyszło mu, że nie tędy droga. 

No i oczywiście tutaj ciągnie ze mnie łacha.

(fot. Mihu)

Przeszliśmy przez kolejne pole żytka, koleinami po traktorze, ale i tak dla mnie skończyło się to wybroczynami na nogach...

Wyszliśmy w pobliże Bazaltowej Góry. Tutaj doszło do incydentu, ponieważ przegapiłem odejście na szczyt. Tym niemniej jako uparte sukinkoty, wyleźliśmy z dołu z dawnego wyrobiska cofając się w górę.

Wieża na Bazaltowej Górze /367/. 
Spływamy potem i nie widać ulgi. Zeszliśmy do dolinki i następnie przez wieś Kłonice wyszliśmy do podnóża kolejnego znaczącego wzgórza na trasie. ale najpierw wizyta we wiacie na odpoczynek.

Miejscówka lux, niestety - brak wody wokoło. Po ścieżkach leśnych wyszliśmy na szczyt -
Radogost /395/.
Widoki na sudeckie pasma.


Wydawało się, że najgorsze za nami. Większe przewyższenia już zrobiliśmy, co dalej?
Zeszliśmy do wsi Grobla, gdzie było mnóstwo domów ale ani jednego przyjaznego turystom przybytku. Co gorsza, nie było żadnego dostępu do wody. Co jeszcze gorsza, idziemy teraz cholerną rozpaloną szosą do miejscowości Kwietniki. Tylko przez chwilę szliśmy przez łąkę, ale wierzcie mi, nie było to nic lepszego. Wreszcie w Kwietnikach znaleźliśmy chwilę oddechu - jest tu staw w dawnym parku. Wody pitnej nie ma, za to schłodziliśmy się w tym bajorze od stóp do głów. Miałem pijawki w uszach i żaby w tym...no, mniejsza z tym.
 Dalej przez pola...


Piękne łąki i pola niech Was nie zwiodą. Tu panuje temperatura 33 stopni w cieniu. Ale tu nie ma cienia. Dopiero w lesie...ech. Dwa stopnie mniej? Ale za to zrobiliśmy podejście na: Schody, Popielową i Swarną. Gdzieś tutaj skończyła nam się woda już całkowicie. To znaczy - co do ostatniego łyka. Dalej już szliśmy rozpędem i nadzieją na sklep w Bolkowie. Przyznam, że ja miałem we łbie mętną wizję, że na przy zamku Świny będzie jakaś cudowna budka z napojami... 

(fot. Mihu)
Ostatkiem sił doszliśmy na plac przed zamkiem Świny i tu wreszcie czekała nas miła niespodzianka - wymarzona budka z napojami stała i co ważne, była czynna!
Dawno nie wypiłem w takim tempie schłodzonej 0,7 green tea.

W Bolkowie sklep był dopiero po kolejnych dwóch kilometrach i tam również wpadło kolejne 0,7 napoju.
Trasa skończona przy kropeczce na ulicy Niepodległości.

Małe podsumowanie: pękło 50 km +1200 metrów przewyższeń, niby niewiele ale w tych warunkach było to większe wyzwanie, niż się spodziewaliśmy. Na całej trasie nie można liczyć na żadne sklepy ani lokale - knajpka w Myśliborzu czynna tylko popołudniami, Karczma w Leszczynie też - a tak to zamknięte. Przykre, że dużo się buduje nowych domów mieszkalnych w mijanych małych miejscowościach, natomiast prowadzić małego sklepiku jak w Czechach nikomu się nie opłaca. Na czystą wodę na trasie też nie można trafić. Czyli efekt jest taki, jakbyśmy szli przez dzicz np Beskidu Niskiego - trzeba być w dużej mierze samowystarczalnym. 
Czy Szlak Krawędziowy to must see dla górołazów? Nie, nikt nie będzie Was z tego rozliczał :-) 
Ale czy warto poświęcić czas na przejście tej trasy? Spójrzcie na zdjęcia, czy lubicie takie klimaty ;-)


niedziela, 2 czerwca 2024

Wyskok do chatki

 Góry Bystrzyckie


2024, maj


Po co jechać w niskie góry. 

Kapuściane.

Bezsensowne. 

W porównaniu do trzy, cztero, pięciotysięczników... Co to w ogóle jest.

A jednak - zawsze mnie przyciągają. Nieodparcie. Kiedy tylko jest możliwość aby wrócić w Bystrzyckie - muszę skorzystać.

To miał być krótki wyskok, bo wolną miałem tylko sobotę i na niedzielę musiałem być z powrotem. Jak zwykle sprawdziłem pogodę i zapuściłem żurawia w bli-blo, czy coś ciekawego się kroi. Młody koleżka z Poznania jechał wcześnie rano do Kłodzka, więc cóż, pozostawało tylko ustalić trasę. Może Śnieżnik z mikserem? Ale, ale, przecież od kilku lat mamy nową chatkę dostępną w Górach Bystrzyckich - SKPS Wrocław przejął dawną myśliwską ponderosę. Jak tylko się o tym dowiedziałem, chciałem tam kimnąć, ale jakoś nie składało się przez trzy latka. Tym razem musi się złożyć!

W Kłodzku byliśmy elegancko, planowo, więc ze spokojem zdążyłem na szynobus do Polanicy-Zdrój

Zaczynamy traskę wyjściem przez willową dzielnicę miasteczka w kierunku Wolarza. Po drodze zaskakujący opuszczony stary ośrodek wczasowy, tu się pewnie działo swego czasu!

W lesie spokój, pustki, piękna pogoda...wszystko do czasu. Na drzewach pojawiają się jakieś niebieskie tabliczki, hehe, pewnie jutro będzie jakiś wyścig, myślałem sobie. Ostatnim razem nadziałem się na wielotysięczną imprezę w Pieninach. Niepodobna, żeby dzisiaj też tak było.
Szlak stopniowo wznosił się przez las aż dotarłem do bardziej stromego miejsca
Dość męcząco podszedłem do stokówki, a tam...
No jak pech to pech. Znowu wbiłem się w środek wielkiej imprezy, tym razem rowerowy maraton Polanica coś tam coś tam. Jechali i jechali...ja powoli zmierzałem na Wolarza, aby tam zapiknikować. 
Oczywiście, jak  tylko stanąłem przy tabliczce Wolarz /852/ w tym samym momencie rozpadał się deszcz. Z przesiadywania nici, tylko zmarzłem i zmokłem. Po zejściu do stóp grzbietu znowu znalazłem się na jednej z tras kolarzy. Ponieważ zjeżdżali tu szybko Zajęcza Ścieżką do dolinki, miałem cały czas wrażenie, że mimo jaskrawego, pomarańczowego pokrowca na plecaku ktoś we mnie zaraz wjedzie. Na szczęście nie przez cały czas wypadało mi iść razem z kolarzami.
Ptasia Łąka:
Szedłem na wschód, w drodze na Kamienną Górę mijając różne kamienie, mniejsze i większe
Kamienna Góra /704/  jak zawsze zniewala widoczkami na północ w tym panoramą Polanicy-Zdrój

Kolejne kamyki
Na trasę maratonu wróciłem na Zielonej Drodze. Zabawne było spotkanie ze skonsternowaną grupką czeskich rowerzystów, którzy wybrali się na spokojną wycieczkę po ścieżkach Gór Bystrzyckich a wpadli w sam środek wielkiej imprezy...podobnie jak ja.
No i znowu chwila refleksji. Jak na poprzednim wypadzie, kiedy wbiłem w Pieniny Ultra Trail - raziły leżące śmieci. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że tym razem było ich mniej i organizatorzy usiłowali zapanować nad tematem  wprowadzając tzw "strefę bufetu" a większość opakowań itp trafiała właśnie tam, niestety - nie wszystkie. 
Dalej było już pustawo a wyścig chyba się kończył. Przy Kamiennym Moście byłem sam.
Wspaniałe miejsce, jak z baśni. No, takiej nieco ponurej baśni. Oczywiście wszystkie opowieści o trollach pod mostem mi się przypomniały, bo tutaj pasowałby jak ulał przysadzisty kamienisty jegomość porośnięty mchami.
Idąc w stronę Kłobuka spotkałem jeszcze gościa na quadzie zbierającego niebieskie tabliczki kierunkowe rajdu. Ale potem już nie było nikogo. Chciałem zrobić sobie piknik na buczynowych belkach gdzieś przed Kłobukiem /815/, lecz oczywiście.. właśnie wtedy zaczęło kropić. Jak niepyszny poszedłem do szlaku niebieskiego a z nim dalej do czerwonego. Na asfalcie z Lasówki lało już konkretnie a później to już była ściana deszczu. Nawet się nie przebierałem w kurtkę, to mijało się z celem - i tak byłem już całkowicie mokry. Na szczęście zostały mi tylko ostatnie hektometry. Tymczasem w chatce zonk - nikt nie otwiera! A przecież się umawiałem, o co tu chodzi? Na szczęście miałem ze sobą rozgrzewacz.
Przeczekałem pół godziny i chłopaki wrócili z zakupów. Wszedłem na salony, podsuszyłem się z lekka. Potem nawet przestało padać:
(fot. Tomek)  
Ogólnie wieczór wyglądał tak: chłopaki starali się sprawdzić całą instalacje elektryczną, aby wprowadzić oświetlenie do Chatki a ja jadłem, piłem i wtrącałem swoje trzy grosze starając się ich wyprowadzić z równowagi ;-)
Spałem w luksuśnych warunkach na materacu jak dziecko w przedszkolu.

Rano wstałem dość wcześnie, mignął mi tylko Tomek (między domkiem a sławojką XD), ledwo coś tam przełknąłem i już byłem na trasie. 
Chociaż chłopaki mnie ostrzegali przed tą ścieżką, poszedłem z ciekawości na północ wzdłuż potoku Wołowiec. Dróżka jest piękna, z malowniczą polaną po drodze, jednakże - faktycznie - cała była zalana wodą więc stopy miałem błyskawicznie mokre. 




W końcu doszedłem do stokówki jakieś kilkaset metrów od Bieśca /832/ i mogłem chwilę odpocząć przy Czystym Źródle.
Po zmianie skarpet na suche mogłem rozwinąć w końcu jaką-taką prędkość na utwardzonej drodze. Tak się rozpędziłem, że przeszedłem miejsce, gdzie miałem skręcić. Inna sprawa, że na mapy.cz jest błędnie - podwójnie - opisane Rozdroże pod Bieścem. Przez to właśnie tutaj lekko zgłupiałem.
Musiałem kilkaset metrów cofnąć się do odbicia w drogę nazywaną "Magistralą".
To bardzo długa prosta przewijająca się łagodnie przez wierzchołek Zbójnickiej Góry /828/
Gdzieś właśnie w tym rejonie zaczęło kropić a i zagrzmiało gdzieś tam od wschodu. Wyszedłem na jakąś nową asfaltówkę a krótko potem, żeby zobaczyć coś nowego, skręciłem w lewo w podmokłą leśną drogę niczym nie oznaczoną.
Na koniec wszedłem jeszcze na Kuźniczą Górę /816/, tak dla sportu.
Omijając schronisko Pod Muflonem, przez Koniucha i dalej, ostro w dół, wyszedłem prosto na Duszniki-Zdrój.
Już na promenadzie złapała mnie kolejna ulewa. Ufając w starożytne tabliczki poszedłem odważnie przez zaułki starówki
Miałem godzinę czasu, więc mogłem gdzieś się zakotwiczyć, przesuszyć i przebrać. Mój wybór padł na Dzień Dobry Caffe na rogu ryneczku. Była dobra kawka i pyszne lody o smaku figowym, mniam!
Kiedy już miałem się zbierać na pociąg w drzwiach lokalu stanęli... znajomi z Chatki - Tomek i Olgierd. Myślę, że się jeszcze spotkamy, czy to w Chatce, czy to u wspólnego znajomego!
Jeszcze pożegnalne uściski dłoni i poszedłem na pkp Duszniki-Zdrój.
Kolejny udany powrót w swojskie klimaty Gór Bystrzyckich, nie są to klimaty harkorowe ale na pewno relaksujące i oczy odpoczywają wśród zieleni.

piątek, 10 maja 2024

Ultra pod prąd

 Pieniny+Beskid Sądecki


2024, kwiecień


Madre mia!! Nareszcie! Minęły miesiące od ostatniego łażenia. Ten rok jest wybitnie niełaskawy pod względem górskich wypadów. Ciągle coś wyskakuje i przeszkadza. Spojrzałem na bli-blo i znalazłem wyjazd do Szczawnicy. Miał to być zarazem powrót w Beskidy, za którymi jeszcze bardziej się stęskniłem niż za Sudetami. Miało być lajtowo, bo spadek formy czułem aż w ostatnim ścięgnie i nitce mięśnia. Zatem zrezygnowałem z noszenia zwykłego zestawu z kuchnią, materacem, namiotem. Tyle tytułem wstępu i usprawiedliwienia. 

Przejazd upłynął w wyjątkowo miłej atmosferze a na dodatek wieźliśmy ze sobą króliczki (!) w podróż do nowej właścicielki w Myślenicach.  W Szczawnicy wylądowaliśmy akurat żebym zdążył zjeść spóźnioną zupkę cebulową i ruszać w trasę.

Podejście zaczyna się zaraz za Grajcarkiem i było to jedno z najbardziej bolesnych 270 metrów w karierze. Wyszła na jaw cała moja gnuśność i kompletny upadek formy.  Ledwo wylazłem nad pierwsze dachy, musiałem się zatrzymać.
I tak krok za krokiem, zadyszka za zadyszką wyszedłem na Palenicę /722/.

W nagrodę zobaczyłem zachód za Pieninami Właściwymi
Chłodny wiatr sprawiał, że nie było żal się zbierać. Mi droga wypadała w przeciwną do zachodu stronę, najpierw na Szafranówkę /742/ i dalej wzdłuż granicy znanym szlakiem. Teraz szło się już lepiej ale nie byłem w stanie rozwinąć zwykłej prędkości. Przy bacówce pod Wysokim Wierchem zrobiłem krótką pauzę na złapanie tchu przed ostatnimi kilometrami. 

Czekał mnie jeszcze wieczór w schronisku Pod Durbaszką. Posiedziałem w samotności i poczytałem...

Tymczasem rano na śniadaniu okazało się, że jest tłoczno, gwarno, mnóstwo zaaferowanych ludzi. Czerwone polary goprowców, podekscytowani wolontariusze, sterty napojów i jedzenia poustawiane gdzie bądź. W takiej atmosferze zjadłem zamówione śniadanie - jak zwykle obfite w tym schronisku - i jak najszybciej ewakuowałem się z tego miejsca. Ale...od przyczyny owego zamieszania nie miałem szansy uciec, zmierzała do mnie wielkimi krokami. Tuż przed schroniskiem zobaczyłem pierwszych truchtających. Po wejściu na grzbiet koło szczytu Durbaszki /934/ zacząłem iść na wschód a z przeciwka biegły ku mnie kolejne zastępy uczestników Pieniny Ultra-Trail. Ale to był dopiero początek, na razie biegły pojedyncze osoby albo po kilka naraz. Przez Borsuczyny /939/ dotarłem do rozdroża przed Wysoką i tutaj to już był po prostu tłum, nieprzerwany strumień ludzi. 
Uciekłem na Wysokie Skałki /1050/ ale tylko na chwilę, bo strasznie piździło na tym czubeczku.
Na trawersie szczytu ciągłe przepuszczanie tłumu idących już a nie biegnących. Rozchodzone błoto utrudniało poruszanie się  na wąskiej ścieżynce. Postanowiłem odpocząć na jednej z polanek i przy okazji poczekać do końca tego węża.
Wyglądało na to, że główny ruch minął.
Można się kupić na przyrodzie. Kijanki już niemal gotowe, aby skolonizować kałużę 

Dalej na wschód było niby mniej ludzi, przemykały małe grupki maruderów...ale na Przełęczy Rozdziela zaczęło się na nowo, jakby kolejna fala, z innej trasy pewnie. Tu spotkałem kolegę z dawnego forum, Miedzia biegnącego z nurtem wyścigu. 
Na szczycie Szczob /920/ - nadal sporo ludzi. Na Przełęczy Obidza /931/ - skrzyżowanie tras i jeszcze więcej uczestników. Ja odbiłem na lewo aby zahaczyć o Radziejową. Tu wreszcie potok biegaczy i "biegaczy" skończył się. 
No to może chwila podsumowania. Nie powiem, żeby mi się podobało chodzenie w takich okolicznościach ale oczywiście wiem, ze moja wizja gór różni się od innych. Każda grupa powinna znaleźć swoje miejsce w poszanowaniu praw innych. Tym niemniej może tak ogromna liczba uczestników powinna być jednak jakoś limitowana. 
Natomiast nie mogę zaakceptować tego czegoś, leżącego wszędzie na trasie:
I nie, nie widziałem, żeby Organizatorzy coś z tym robili.
Wróćmy na Radziejową /1266/. Pojawiły się tu resztki śniegu. 
Ale znacznie ciekawsze było spotkanie z pewną panią w koronkach. 
Wyglądała na panią głuszcową szukającą miejsca na złożenie jajka. Starałem się pani nie przeszkadzać.
Wróciłem na Obidzę i przyszedł czas na obiad w znanej Bacówce na Obidzy. Akurat rozpadało się solidnie, więc spokojnie i długo posiedziałem, posłuchałem opowieści biegaczy z trasy. Szczególnie tych "odpadniętych".  Jak wynikało z opowieści, przyczyny odpadnięć są złożone, często paranormalne i niezależne od właściciela odpadnięcia. 
No nic, trzeba przecież w końcu iść, czeka mnie wreszcie największa atrakcja tego wyjazdu, można powiedzieć, clue. 

Deszcz zamarł, wyścig się skończył, szlaki opustoszały. W wilgotnym lesie podszedłem niespiesznie na Eliaszówkę /1023/.



Nie spędziłem tutaj wiele czasu i poszedłem dalej. Po krótkim motaniu się trafiłem na właściwą ścieżkę i doszedłem na Magóry.
W Chacie w tym momencie nikogo nie było. Posiedziałem z pół godziny i pojawił się Gospodarz.
Muszę powiedzieć jedno: uwielbiam takie klimaty, chyba zostało mi to po Bułgarii: lekko gburowaty Gospodarz, którego  trzeba obłaskawić, zdanie się na innego człowieka, nie jest istotne twoje konto, lecz może...twoja empatia? 
Cudowny bimberek 80% załatwił wszelkie problemy. Nie byłem od dawien dawna w takim miejscu, które przywołało by styl i klimat dawnych schronisk. Może trzeba się wstrzymać z oficjalnymi pochwałami, żeby zachować ten  zakątek takim, jakim jest?

 Wyspany i świeżutki  uderzyłem dalej grzbietem na wschód. Przykre, że niemal nic nie pamiętałem sprzed kilku raptem lat. Chyba człowiek głupieje na starość. 
Mokry zlądowałem w Piwnicznej. Była czynna jakaś miejscówka pod Kasztanem. Było mi sucho a w barze na rogu znalazła się kawa.
Jeszcze trochę oczekiwania na stacyjce i to było zakończenie imprezy. Co tu można podsumować? Czasem wystarczy bardzo niewiele, żeby  przez chwilę poczuć się znów szczęśliwym. Banał. Ale prawda.