niedziela, 25 grudnia 2016

Świątecznie na Wzgórzach Łomnickich



Wzgórza Łomnickie

2016, grudzień




W tym roku Wigilię i Święta spędziliśmy tym razem nie w sposób tradycyjny, lecz wyjazdowo.

Naszym lokum był Pałac Paulinum położony tuż obok Wzgórza Zamkowego /408/.





Widok z naszego okna:



Pogoda do spacerów nie zachęcała, ale nie poddawaliśmy się...

Grodna /504/

i widoczki w stronę Karkonoszy



Ja przeszedłem się jeszcze na pobliskie Wzgórze Partyzantów/402/ (Fischerberg).


Odwiedziliśmy też w tzw międzyczasie Pałac Staniszów i Na Wodzie.

Boże Narodzenie było u nas mocno deszczowe, więc pozostał nam objazd po pałacach i trochę pokazałem publice Rudawy.

Wypadło też zahaczyć o pałac i basen w Wojanowie:






Byliśmy też na obiedzie w Łomnicy w karczmie "Stara Stajnia" 😁. Podawano owies...😋


Jeszcze tak Świąt nie spędzałem, pływając w basenie przy dźwiękach kolęd 😁

niedziela, 11 grudnia 2016

Urodziny w Karkonoszach


Grzbiet Karkonoszy

2016, grudzień


Wiedziony chęcią zasmakowania odrobiny śnieżnej zimy, której u mnie wciąż brak, pilnie śledziłem prognozy pogody. Wyżowe i mroźne okno pogodowe miało się otworzyć na piąteczek i sobotę. Był to wybitnie szczęśliwy zbieg okoliczności, ponieważ na dniach "Pan Menel" świętuje urodziny .
Wybrałem nocne połączenia autobusowe z przesiadką we Wrocku- zapaść dla organizmu, jeśli idzie o sen - i wcześnie rano dotarłem do Kowar. Było jeszcze ciemno, ale w miarę wędrowania wstawał piękny świt nad Karkonoszami.
Pierwszy postój zrobiłem w Budnikach w świetnie utrzymanej wiacie, którą mocno lubię. Naprzeciw mnie lis szukał śniadania:

W tym miejscu rozsądek podpowiedział, aby się przebrać w wyższy level ciuchów zimowych- i słusznie, jak się okazało. Dodatkowo wskakuję w raczki, aby ułatwić sobie podchodzenie.
Żółty szlak na Skalny Stół daje mocno popalić, jest to z Kowar ok. 800 m przewyższenia. Jakiś dowcipny znakarz chciał jak się zdaje podkreślić stromiznę i sporo znaków przybiera kształt strzałek, kierujących nas pod górę:
Po wyjściu na główny grzbiet widoki mnie oszałamiają, widzę dzisiejszy etap trasy:

Inwersja w swej cudowności:

Jelenka gości mnie piwkiem i zeleninową polievką, jest super! Mróz i wiatr szczypią w twarz, idzie się świetnie. Na Czarnym Grzbiecie:

Pojawia się jakby tęcza w odcinkach czyli słońce poboczne:

Morze chmur widziane ze Śnieżki

I oczywiście klasyczny widok na Jamy

Na Śnieżce jak to na Śnieżce: wiatr daje już solidnie w dekiel, rękawiczki, części odzieży i co mniejsze dzieci i psy latają swobodnie wypuszczone 😁
Próbka filmu z tego latania ze szczytu:

Schodzę do Domu Śląskiego, obserwując ekwilibrystyczne popisy ludzi w kozakach i tym podobnym obuwiu.

W schronisku kupuję sobie gulaszową z grzańcem. Smakowało. Mam dużo czasu więc postanawiam odwiedzić Luczni Boudę czyli po naszemu Chatę Łąkową (?)

Dają tu pivo Parohac z zabawnymi krążkami pod szklanice, które w parafialnej Polsce pewnie by nie przeszły:

oraz ohydną fazulovą (chyba po prostu podgrzana fasolka z puszki razem z tą wodą ze środka...) .

Śniegu jest jeszcze zbyt mało, aby iść zimowym wariantem (w stronę Małego Szyszaka) na rakietach, górą kosówki, ale już za dużo, aby przecierać samemu całą trasę i co gorsza lawirować przez kosodrzewinę. Niestety, potem i tak się w nią wpakowałem na fragmencie ścinajacym letni szlak do Słonecznika.

Jeszcze kilka widoczków z tego odcinka w czasie zachodu słońca





W Odrodzeniu zapuszczam korzenie, zmęczenie walczy z obowiązkami wobec ciała.
Odprawiam różne schroniskowe czynności i zasiadam przy rumie, czekam na szanownego jubilata.
Niestety, mój plan zachowania pionu i pewnego poziomu upadł z chwilą, kiedy kilkoro Czechów zaprosiło mnie do stolika... Na ciąg dalszy wieczoru spuszczę zasłonę milczenia, powiem tylko, że wszystkich przepiłem, doczekałem się menela, wręczyłem mu prezent i w chwilę potem upadłem na łóżko...

Sobota wita nas jeszcze piękniejszą pogodą , wstajemy jednak strasznie późno. Na śniadanie nie odmawiamy sobie po jajecznicy, woda z samowara do oporu, jest extra. Gdybyśmy wyszli z dziesięc minut wcześniej, nie doszłoby do spotkania na szlaku - oto z przeciwka idzie Rambi z kolegą Kamilem.
Robimy pamiątkowe fotki i idziemy dalej.

Gromadka wesołych czeskich bałwanów:

Śniegowi rowerzyści spotkani na szlaku

Tak się z nimi mijaliśmy w drodze do Szyszaka:

Obchodzimy go czeskim zimowym wariantem aby pozostać w słońcu, chociaż szlak jest tu mocno zaśnieżony i słabo przetarty.

(fot. menel)
Od Śnieżnych Kotłów jest coraz więcej polskich turystów z pobliskich schronisk. My wbijamy jeszcze na Szrenicę na bardzo dobry obiad. Ostatnie widoczki w stronę Jeszteda i Hvezdy

Co się działo dalej - nie pamiętam bo tak szybko biegliśmy na dół na pociąg w Szklarskiej Porębie, a jednak tylko raz się wywaliłem.

Aha, menel z prezentu zadowolony, czyli się wszystko udało.

niedziela, 27 listopada 2016

Listopadówka w Jawornikach

Javorniky


2016, listopad




Niektórzy chadzają na majówki, prawdziwi twardziele na Listopadówki 💪 

Pomysł na przejście południowego odcinka Jaworników nie zaprzątał mojej głowy jakoś szczególnie długo. Ot - od maja, kiedy szedłem granicznym dość zalesionym grzbietem, pojawiła się ta myśl aby przejść się również niższą i bardziej otwartą częścią pasma.
Termin - 25 listopada, kilka privów i mieliśmy już gotową ekipę. Moja podróż zaczyna się przeważnie wcześniej niż innych uczestników: pieszo, autobus, tramwaj, tramwaj, pociąg, autobus, bus i ...byłem w Cieszynie.
Po powitaniu przez rajliego pysznymi kanapkami cieszyńskimi kupiliśmy bilety na vlak do Czadcy. Jeszcze tylko pociąg i przesiadka w Mostach na słowacki "tramwaj" i spotykamy się w Czadcy z małopolską częścią ekipy. Jedziemy autobusem do Makova. Tu zaczyna się wędrówka.

Na początek trochę asfaltingu do Kopanic. Pogoda...hmm, wystarczy powiedzieć, że nie pada...
Jawornicki las


Tam decydujemy się na wariant czerwonym szlakiem i łagodnymi zakosami stokówki osiągamy przełęcz U Lovasov. Stąd trochę ostrzej jeszcze kwadransik i jesteśmy już na głównym grzbiecie
Nad Zapaczou - co ja pacze?

Rzuca się w oczy fajowa bacówka, w sezonie chyba użytkowana, obecnie miejsce na nocleg

Kontynuujemy grzbietem przez Greguszowce/885/, Czerenkę/947/



Po pewnym czasie schodzimy do Melocika na obiad, straszy tutaj oko Saurona

Po czosnkowej czy co tam kto jadł idziemy dalej, już w zapadającym zmierzchu, widoki robią się coraz to mroczniejsze

Sytuacja robi się przerażająca, kiedy rajli nagle odwraca się na pięcie i znika szaleńczym biegiem we mgle...

Nigdy go już nie zobaczyliśmy...

Miałem tak napisać, ale jednak się odnalazł i nic go nie zeżarło ani nawet nie skosztowało (mówi się trudno).
Jeszcze przejście przy świetle czołówek przez bezimienną górkę 910m npm i lądujemy w hostincu czy ubytovni o perwersyjnej nazwie U Cipara.



Gospodyni już na nas czeka, na kuchni gulasz. Robimy sobie wieczór w kuchni, ponieważ salka knajpy jest mikroskopijna i mieści tylko kilku stałych bywalców.
Zajadamy i popijamy, Janusz narzeka na jakość piva i wyciąga gruszkówkę. Siedzimy, chichramy się i opowiadamy co kto widział albo przeżył. Ale w końcu opadają nam głowy i idziemy spać - każdy jest nieco zmęczony a niektórzy jeszcze prawie nie spali w nocy...
Weranda od strony ogrodu, chciałoby się tu posiedzieć w letni wieczór:




Plakat w partyzanckich klimatach:






W sobotę od rana nie ma mgły, otwiera się listopadowe okno pogodowe
Po śniadaniu ruszamy dziarsko pod górę na Solisko/761/ i natykamy się na mrożące krew w żyłach znalezisko - na ścieżce leży czyjaś noga!

Tu zaczyna się jednak bardzo fajny odcinek, pomiędzy rozrzuconymi tu i ówdzie letniakami idziemy łagodnym grzbietem, to wznosząc się , to opadając



Fatum jednakże nas nie opuszcza, co i rusz widać złowróżbne znaki:

Konkurują one ze znakami pozytywnej energii

Na kulminacji Kamenitej/834/ znajduje się wiatka

Oraz wieża widokowa, która mogłaby konkurować w kategorii "Najniższa wieża widokowa" 😁

Dalej mieliśmy spotkanie z kładowcami, a szlak wyglądał tak:

A ja przy jednym z rozjeżdżonych miejsc robię widowiskowy pad w kałużę, na dodatek uderzając goleniem w metal kijka...
Nasza listopadówka nabrała rumieńców, okno pogodowe w całej krasie



Drapiemy się na kolejne kulminacje grzbietu Jaworników

Bardzo przyjemne klimaty

Słowacy mają tu zamiłowanie do "podrzeźbiania", nawet jakby trylobity



Gdzieś w okolicy Jakubovskego Vrchu/874/



I kolejna tajemnicza rzeźba

Rajli popatruje na UAZa brnącego w błocie pod górę, a my sobie idziemy w dół na Petranky

Robimy tu zły błąd omijając Martakov Kopec /854/ i nową wieżę na nim. Dla wiadomości - przez szczyt prowadzi boczny szlak i po wejściu nań nie trzeba się cofać do punktu wyjścia.
Zatrzymujemy się we wiatce na obiad. Odpoczynek wzmocnił nas moralnie i fizycznie i jesteśmy gotowi na kolejne wieczorne kilometry.
Za plecami słońce zmierza w stronę chmur na horyzoncie

Przed nam i masyw Chotarnego Kopca/906/ czeka na swoją kolej - tutaj chyba największe podejśćie na trasie.

Za szczytem robi się ciemno a my odkręcamy na zieloną ściechę w prawo. Jest tu na przełęczy fajna miejscówka ze źródłem i miejscem na popas.
My zaś ciągniemy do Kyczery - tutaj kilka łyków dla kurażu i ostatni etap zejście stromym i mokrym żlebem do Oszczadnicy.
Odnajdujemy lokal Drevorubacz (Drwal) i po krótkiej wymianie uprzejmości z panią prowadzącą ten przybytek logujemy się w pokojach.

Po dzisiejszych trzydziestu kilometrach impreza wieczorna jest trochę senna, zwłaszcza, że siedzimy nieopodal kominka. Ja próbuję rozgrzać się borowiczką, Janusz wybywa w poszukiwaniu czapowanego piva.

Trochę skracając kolejny dzień: rano po śniadaniu wyruszamy na przeciwstok po drugiej stronie Kysucy, jesteśmy zatem w Kysuckich Beskydach i zmierzamy w stronę masywu Wielkiej Raczy.
Widać stąd doskonale nasze wieczorne - poprzedniego dnia - karkołomne zejście

A my przemierzamy łagodne podejście na Kykulę, Kalinovy vrch i dalej aż do chat na Raci.



Ławka przy chatach jest fajnie rzeźbiona





Koło chat obieramy kierunek w dół wzdłuż kolejki i stoku narciarskiego

Pogoda robi się coraz gorsza, w dolince zacina deszcz, na górze śnieg z deszczem.
Dość zmęczeni robimy podejście na Zankę/922/



Na podejściu orientuję się, że mam coraz mniej czasu do pociągu ze Zwardonia. Musimy przyśpieszyć lub się rozdzielić. Dziewczyny na szczęście rozumieją moje stresy i żegnamy się na stoku. My z rajlim przyspieszamy i pędzimy już bez zatrzymywania się przez szczyt, dalej stokówką i żółtym szlakiem do Vreszczovki.



Z wioski już żabi skok do granicy i dalej do Zwardonia, gdzie mimo narastającej zadymki na szlaku lądujemy 45 minut przed czasem. (Wyszło około 24 km.)
W Zwardoniu uzupełniamy płyny a pociąg służy nam jako schronisko i przebieralnia.

Dziękuję wszystkim uczestnikom za spędzony czas, za rozmowy na szlaku i nowe doświadczenia...