niedziela, 6 października 2019

Na spotkanie

Beskid Śląski i Mały i Żywiecki


2019, październik


Minął ponad miesiąc od powrotu z Kaukazu. Zadzierzgnąłem tam więzy kiełkującej przyjaźni więc trzeba o nią dbać i... podlewać ;-)
Spotkanie miało mieć miejsce w Wilkowicach. Postanowiłem pojechać nieco wcześniej i przejść jakiś niewidziany wcześniej odcinek beskidzkiego szlaku. Padło na mało przeze mnie schodzony Beskid Śląski. 
Rano dotarłem pociągiem do Bielska-Białej a stamtąd do Jaworza. Wysiadłem na końcu trasy w Nałężu, gdzie zaczyna się i przebiega dalej  na grzbiet szlak czerwony. 
Podejście stokami Łazka jest całkiem raźne, od razu trzeba się napocić. 
Po minięciu kilku grzybiarzy zostaję sam. Jak się potem okazało, nie na długo. Ale tuż obok szlaku trafiam na sporego prawdziwka. Ponieważ nie mamy w domu w tym roku zapasu grzybów, postanowiłem go zabrać ze sobą.
Wyszedłem ponad las a tam całkiem fajne widoczki.

Cały Beskid Śląski - niby jesteś w górach a ciągle widzisz kominy fabryczne czy jakieś...
Od pewnego czasu słyszałem jakieś głosy, nawoływania jakieś czy co, myślę sobie, czyżby niedobrze ze mną ;-) Na podejściu na Czupel /746/ sytuacja się wyjaśnia - to wycieczka, mnóstwo dzieciaków z podstawówki.
Przejście przez las do Małego Cisowego /829/ nieszczególnie ciekawe, ale i nie przykre, ot fajny jesienny las. Za to potem zaczynają się piękne łąki. To jedno z najładniejszych miejsc w Beskidzie Śląskim, jakie widziałem. 

Ten piękny odcinek kończy się wyjściem na Wielką Cisową /878/. Stąd widać już zarówno Ranczo jak i schronisko na Błatniej.
W schronisku ostrzyłem sobie zęby na podobno pyszną soljankę. Niestety, salę okupowała jakaś kolejna wycieczka, tym razem starszej młodzieży ze szkoły średniej. Soljanka tego dnia "wyjszła była" z menu. Pocieszyłem się innym daniem i widokiem ze schroniska. Widać było Czantorię z charakterystyczną wieżą, stromy Stożek a w dalszym planie chyba Lysą Horę w Beskidzie Morawskośląskim.
Wyjście na Błatnią /917/ nie było dla mnie łatwe, jednak czegoś było w schronisku za dużo: albo piwa, albo placków :-D 
Poprzednio byłem tu po zmroku i zimą, teraz mogłem podziwiać rozległe widoki zarówno na północ jak i w stronę Skrzycznego. Można pozazdrościć mieszkańcom Bielska-Białej, że mają tak blisko taki "teren spacerowy".

Kolejne szczyty na mojej trasie były coraz wyższe, więc i podejść było zdecydowanie więcej niż zejść. Gdzieś tu po drodze spotkałem trzecią tego dnia wycieczkę, tym razem harcerską. Z tej grupy młodzieży nikt  nie uznał za stosowne mnie pozdrowić...za to posłuchałem chcąc nie chcąc dźwięków z głośnika smarfona.
Stołów /1035/ oferuje widoczek na Skrzyczne:
 Trzy Kopce /1082/:
and last but not least Klimczok /1117/
Po dotarciu do schroniska przycupnąłem chwilkę. Był czas na małą pomidorówkę i kielonek wiśni w płynie.Niedługo miało się zmierzchać a ja wciąż nie miałem wieści od Przemka. Nie wiedziałem zatem dokładnie dokąd się udać i gdzie będę spać? Może jednak nie przyjedzie a ja zostanę sam na stacji pkp? ;-) 
Chyba ściągnąłem go myślami bo na szczycie Magury /1109/ dostałem od niego telefon. Wszystko było w porządku - musiałem tylko zejść do Bystrej i Wilkowic i gdzieś doczekać jego przybycia.Szyndzielnia dymiła z komina, grzali a może pichcili coś dla turystów:
Schodziłem o zmierzchaniu szlakiem czerwonym a następnie na rozstaju wybrałem niebieski. Wtedy zrobiło się już całkiem ciemno. Na szczęście zejście prowadzi wyraźną ścieżką. W końcu doszedłem do pierwszych domów Bystrej - stoją tam naprawdę imponujące rezydencje. Ulicami Bystrej a później Wilkowic dotarłem do ciekawego lokalu "Colorata", gdzie zakotwiczyłem się na dwie i pół godziny. Miejsce to wyraźnie wybierają pary i grupki znajomków na elegancką kolację, więc z plecakiem i w stroju sportowym trochę mało tam pasowałem, ale mimo to zostałem grzecznie obsłużony i zjadłem dłuugą kolację celebrując każdy kęs. Krótko przed zamknięciem o dwudziestej trzeciej odebrał mnie Przemek i dojechaliśmy razem do jego "ponderosy". Byliśmy padnięci i krótko po powitalnym toaście padliśmy do łóżeczek. A może wcale nie tak krótko..?

W sobotę nie wstaliśmy wcale wcześnie. Padał deszcz w nocy i rano też jeszcze mżyło. Chcieliśmy go wziąć na przeczekanie, ale z siłą natury nikt nie wygrał (może oprócz Mojżesza). 
Wywlekliśmy się zatem na wycieczkę na początek obierając za cel chatkę Rogacz. Jakoś nigdy dotąd tam nie dotarłem, jest położona lekko na uboczu. Dotarliśmy tam przez las przecinając zielony szlak. Podarowaliśmy sobie chwilę przy piwku w zielonych butelczynach czekając na ustąpienie mgły. Ale ona nie chciała wcale ustąpić.
Dalsze kroki skierowaliśmy poza szlak czarny kierując się wprost na szczyt Rogacz /828/.
Potem wszakże wygodnym szlakiem poprowadzonym szeroką dróżką podeszliśmy do Chaty na Magurce. Schronisko tym razem podarowaliśmy sobie na inny dzień i poszliśmy dla odmiany za znakami niebieskimi. Idziemy sobie sprawnie, deszcz jak dotąd nas oszczędza. Po drodze znalazłem jeszcze kolejnego prawdziwka, którego skrzętnie zatrzymałem. Wiem, było dużo grzybów tej jesieni, ale ja jakoś nie miałem okazji ich zbierać...Tak dotarliśmy na Przełęcz Przegibek, gdzie już rozpadało się na poważnie i padało już cały czas. 
Przez Gaiki, Groniczek, Przełęcz u Panienki szliśmy już w pokaźnym deszczu.
 W końcu lądujemy na (C)Hrobaczej Łące /822/.
W schronisku zrobiliśmy sobie małą konsumpcję, bardzo dobre pierogi mają. Przemek wmusił mi też jednego racucha albo raczej powinno się pisać racuszysko.
Po posiłku idziemy dalej, ładnie, nie?

Tutaj już nie ma co przedłużać, robi się szarówka, niedługo zacznie zmierzchać, jesteśmy mokrzy, schodzimy najkrótszym szlakiem krzyżykowym do Kóz. Tam czeka nas zonk, obiecany autobus nie przyjeżdża, marzniemy mokrzy na przystanku czekając kilkadziesiąt minut dłużej. Z przesiadką w B.-B. dostaliśmy się do Wilkowic. Wycieczka się udała, udało się także zmoknąć w końcu co to dla nas.
W domku miło przy kominku spędziliśmy czas snując plany bliższych i dalszych podróży a przede wszystkim zastanawiając się nad planem na niedzielę. 
Oczywiście rano przyszedł nam do głowy kolejny genialny plan. Po drodze zabieramy do samochodu kumpelę i "prawie sąsiadkę" Izę. Miała ona również chętkę na spacerek po górach. Udało się wymyślić trasę, która wszystkich nas satysfakcjonowała. 
Zaczynamy od dojazdu do Żabnicy. Po wyjściu z auta przywitał nas gwałtowny opad deszczu, już prawie szliśmy do knajpy zamiast w góry. Ale jakoś się przemogliśmy i bardzo dobrze! Za chwilę opady zaczęły zanikać a my zagłębiliśmy się w wilgotny jesienny las. Szlak czarny na początek łagodnie a potem stromiej wspina się na grzbiet pomiędzy Abrahamowem a Romanką. Tak dostaliśmy się do Stacji Turystycznej Słowianka
Nie zabawiliśmy tu długo, ot tyle co na herbatę na rozgrzanie. Zmieniamy kolor szlaku na niebieski (+GSB) i idziemy dalej. 
Wychodzimy na polany i narzuca się natrętna myśl, jak ładnie musi tu być w lecie ;-)
Po chwili szlak czerwony nas opuszcza w prawo a my znowu w lesie rozpoczynamy solidne podejście na stok Romanki. Trzeba podejść z ok. 850 na 1366 ...więc nie ma lekko. Moje towarzystwo ma na koncie długodystansowe wyrypy po Beskidach, muszę się mocno starać, żeby dotrzymywać im tempa.
Gdzieś w połowie stoku witamy pierwsze oznaki zimy. To zawsze napawa mnie radością, zobaczyć jesienią zwiastun rakietowych warunków :-D
No i jest nasz cel na dzisiaj: szczyt Romanka /1366/ ze stosowną drewnianą tablicą.
Żółty łącznik miał nas doprowadzić do schroniska na Rysiance. Schodzimy w szybkim tempie ale gdzieś za Przełęczą Pawlusią dochodzę do wniosku, że nie mam już odpowiedniego zapasu czasu - musimy jeszcze wrócić do auta, coś przegryźć, odwieźć Izę a potem dotrzeć do domku, sprzątnąć bałagan... a jeszcze muszę zdążyć na określoną godzinę na dworzec w Bielsku-Białej na mój pociąg. Odpuszczamy schronisko i zielonym szlakiem pędzimy na dół do Żabnicy. 
W drodze na dół pory roku wokół nas zmieniały się od początków zimy przez listopadową ponurą dżdżystą szarugę aż do złotej polskiej jesieni...czyli na odwrót niż u Herberta:
"kolory sztandarów zmieniają się jak las na horyzoncie
od delikatnej ptasiej żółci na wiosnę przez zieleń czerwień do zimowej czerni"

Wycieczkę zakończyliśmy w barze "Alaska" szybkim lekkim obiadem i pędzimy z powrotem autkiem Przemka. Po odwiezieniu kumpeli dalej to już było szaleństwo, zwijaliśmy się jak w ukropie przebierając się pakując i ogarniając chatę.
Na szczęście tak jak dobrze się zaczęło tak i się skończyło i kilka minut przed odjazdem zasiadłem w przedziale.Oby więcej takich wypadów w dobrym towarzystwie!

piątek, 30 sierpnia 2019

Oszchamacho, moja Góra Szczęścia

Kaukaz


2019, sierpień



Elbrus (Эльбрус). 
Dla mnie stał się jak jego nazwa w mowie kabardyjskiej:  Ιуэщхьэмахуэ  czyli Górą Szczęścia. (Po bałkarsku zaś to Минги тау -  Mingi tau czyli Wieczna Góra). Ale wszystko po kolei.
Za gruzińskimi posterunkami leży szeroka strefa buforowa z tunelem.

(fot. Przemek)
Po wjechaniu z Gruzji na teren pod zarządem Rosji znaleźliśmy się w Północnej Osetii. Jest to republika autonomiczna o swoistej specyfice. Tutaj właśnie znajduje się np niesławny, tak ciężko doświadczony przez terrorystów Biesłan. Widać na drogach dużo wojska i milicji. Milicja ma prawo - i często z niego korzysta - do wyrywkowych rutynowych kontroli, szczególnie upodobali sobie busy a już wyjątkowo na numerach GEO czyli z Gruzji :-) Przez granicę przechodzimy pieszo a nasze bagaże przejeżdżają busem, przeglądane bacznie przez pograniczników.
Radzę nie przyznawać się do znajomości rosyjskiego -  kolega przede mną nieopatrznie odpowiedział "da" na takie pytanie zadane przez mundurowego w budce i następnie musiał opowiadać o sobie, gdzie pracuje, dokąd i skąd jedzie i co będzie robił, gorzej niż przepytywanie na lekcji rosyjskiego. Szczególnie, kiedy zapomniało się słówek przez ostatnie 30 lat ;-) Zatem ja pytany o to samo odpowiedziałem twardo "niet"!

Znów wyszło tak, że mój zespół przedostał się przez granicę całkiem sprawnie... ale następnie czekaliśmy z godzinę na poboczu na pozostałe dwa busy. Ogólnie na tym wyjeździe często na kogoś lub na coś czekałem. Krowy bywały szybsze.
Wreszcie tamte dwa busy doganiają nas...i mijają w pełnym pędzie. Wskakujemy do naszego i zaczynamy ich gonić! Nasz kierowca też ma swój honor, a jak! Tak wciąż wyprzedzając się wzajemnie dojechaliśmy do centrum Władykaukazu. Tutaj część grupy chciała wymienić pieniądze. Władykaukaz to miasto całkiem duże, czas tu jakby zatrzymał się dwie dekady temu.
Minęło już kilka godzin a wciąż byliśmy właściwie na początku trasy, tak geograficznie rzecz biorąc. Przy wyjeżdżaniu z Władykaukazu - znów zonk - dwa busy pojechały gdzieś indziej niż nasz. No i znowu czekamy na poboczu. Potem dalszą drogę spowalnia jeszcze obiad - większość naszej grupy chciała koniecznie coś zjeść w knajpie. Mnie styknęło coś tam przegryzione przy sklepie. Obserwuję transport żywych ryb w kombinowanym aucie:

Monotonię dalszej drogi przerywa tylko granica - wyjeżdżamy z Osetii Północnej aby się dostać do Kabardo-Bałkarii. Granica jest tutaj traktowana całkiem poważnie, mimo, iż z naszego punktu widzenia to jesteśmy przecież wewnątrz Rosji. Kontrola dokumentów, bagaży, lufy kałachów. 
Droga w Kaukaz omija Nalczik, stolicę tej republiki i wcina się długą doliną rzeki Baksan w góry. Dziwną praktyką jest tutaj puszczanie krów samopas, łażą one wszędzie na przykład środkiem drogi.
Pogoda się pogorszyła, nastrój ze zmęczenia trochę również. Późnym popołudniem wjeżdżamy do Terskolu a potem do Azau.
Azau to właściwie jest niewiele więcej niż tylko parking na końcu drogi, kilka hoteli i knajp oraz dolne stacje kolejek: starej kabinowej i nowej gondolowej. 
Trzeba dodać, że z poprzedniego składu z Kazbeka pozostało nas dwanaście osób. Cztery ważne dla grupy postaci niestety nas opuściły. Było mi trochę smutno.
W hotelu dostajemy pokoje i robi się przyjemnie. Wieczorem większość grupy wychodzi na kolację. Ja zaś nalewam sobie pełną wannę gorącej wody i zanurzam się w niej z lubością na kilkadziesiąt minut... 
Oto nasz hotel, raczej trudna uroda architektury:
Następnego dnia przed południem mamy nieco czasu przed wyjechaniem na górę. 
Próbuję nowy image w "pasażu handlowym" czyli budkach z dobrem wszelakim:
Taaak, teraz się czuję stuprocentowym mężczyzną! Rosyjskim mużykiem ;-)

Po południu wjeżdżamy ciągiem kolejek gondolowych na wysokość 3847m npm.
Na szczęście pozostała nam aklimatyzacja z zeszłego tygodnia z Kazbeka. Gdyby nie to, czulibyśmy się znacznie gorzej. Są znane nawet przypadki omdleń na górnej stacji kolejki po szybkim pokonaniu tak dużej różnicy wysokości. 
Pogoda nadal nie rozpieszcza, kiedy podążamy do bazy Prijut Maria. Tworzy ją ostatnie kilka kontenerów położonych ponad innymi (Prijut 11 i 88) na wysokości około 4100m npm. Może ciut więcej, jak zapewnia napis na drzwiach kontenera.
Baza to piękne miejsce:
Na początek otrzymaliśmy kwaterę w koszmarnym, śmierdzącym paliwem baraku. Po naszym buncie okazało się, że jakaś grupa Rosjan powołała się na naszą rezerwację :-D i otrzymała "nasze" miejsca w innym, bardziej przyzwoitym kontenerze. Niekoniecznie trzeźwy zarządzający miejscami w barakach, taki hmm "konsjerż" :-D na szczęście kazał im zwolnić przynależne nam miejsca.
Kącik kuchenny:
(fot. Paweł)
Tu będę spał, jak mrożonka na półce. Właściwie, to było mi raczej gorąco i duszno niż zimno.
A tu będziemy jeść i spędzać czas.
Rano pobiegłem do kibelka. A to ciekawe, Elbrus dziwnym trafem widać właśnie z drogi do sławojki ;-) 
Widoczek w stronę Gruzji
A tu Przemek bawił się kolorkami ;-)
(fot.Przemek)
Ten dzień będzie trudny. Oj, trudny. Polega na...przebywaniu w bazie. Cały dzień gotujemy wodę, jemy liofilizaty i puszki, pijemy, gadamy, czytamy, nudzimy się. W cenie był każdy zadrukowany kawałek papieru.
Ja już w końcu nie mogłem wysiedzieć i poszedłem na spacer jakieś 100 metrów ponad bazę. Zachmurzenie trochę mnie martwiło, ale prognozy na dzień ataku szczytowego były dobre.
Przetrwaliśmy do wieczora. 
Kładziemy się na kilka godzin a nad ranem będziemy się zbierać i wsiadać do ratraka. Tylko Przemek "ratuje honor grupy" i wychodzi pieszo wcześniej. Myślałem wcześniej o tym, żeby się do niego przyłączyć, ale przyznam, że w momencie decyzji nie czułem się na siłach. Kolejny tak aktywny tydzień trochę nadwątlił moje siły. Tego dnia biegałem zbyt często do kibelka. Saturacja też mi nieco spadła i jakoś byłem pełen złych przeczuć. Po prostu bałem się, że w jakimś decydującym momencie zabraknie tego zapasu, stracę siły i wymięknę.
Ratrak jedzie stromo pod górę i trzeba się naprawdę mocno trzymać, żeby nie spaść na innych na wozie. Wywozi nas na wysokość około 4900 m npm w pobliże zepsutego, zasypanego śniegiem starego ratraka.
Tu spotkaliśmy się ze zmarzniętym na kość Przemkiem i póki co całą grupą ruszamy szybko pod górę. Zbyt szybko - jest tu stromo a ja jestem nierozchodzony i jak to się u nas mówi, "zgęziały". Co chwilę łapię z trudem łyk suchego i mroźnego powietrza a nawet mam zawroty głowy. Grupa szybko rozerwała się na części - a to koledze przede mną kilka razy spadły raki, a to tylna część grupy zostawała w tyle. Ja byłem maksymalnie skupiony na swoim oddechu i na tym, żeby nie upaść, ponieważ autentycznie ledwie zipałem. Nasz przewodnik zauważył to i wziął mnie na drugą pozycję, żebym nadawał tempo. 
Ale w grupie to, co dla mnie było ok, to dla innego zbyt wolno a dla jeszcze innego za szybko... Na szczęście po przekroczeniu pewnego punktu przestajemy wreszcie robić wysokość i wychodzimy na trawers wschodniego wierzchołka, jest to wysokość około 5300 m npm. Tutaj idzie się spokojniej, ale zaczyna doskwierać zimno. Był to jedyny raz, kiedy zmarzły mi czubki palców w najgrubszych moich Smartwoolach. Ciekawe, bo przecież byłem już w nich na większym mrozie. Ale widocznie wpływ wysokości robi swoje. 

Ten etap trasy kończy się na przełęczy pomiędzy wierzchołkami Elbrusa. To znaczy nie dokładnie na przełęczy, lecz nieco poniżej, tam gdzie zaczyna się właściwe podejście.
Jest nadal ciemno, więc widać tylko światełka czołówek na stoku ponad nami. Jest tu moment na wypicie gorącej herbaty z termosu, co robię z wielką przyjemnością. Na wschodzie zaczyna się coś jakby różowić.
(Poglądowo zamieszczam zdjęcie tego miejsca już z pełni dnia, kiedy wracaliśmy, więc jest jasno - a naprawdę było całkiem ciemno!)
Tutaj trzeba ostro iść do góry (jakieś 250 metrów w pionie) stromym wznoszącym się trawersem - na zdjęciu tego niestety nie widać, bo brakuje punktów odniesienia w bieli śniegu. Trawers jest zabezpieczony liną poręczową, do której wpinam się karabinkami - jak na ferracie. 
Na dole pod trawersem są kamienie, przed którymi ostrzega przewodnik...i namawia do ostrożności i uwagi. Osoby idące przed nami, zdaje się Rosjanie, wpadają w lekki stupor ze zmęczenia i obaw i dają się wyprzedzić.
Trzeba zdobyć się na tym podejściu na spory wysiłek, bo wpływ wysokości jest tutaj już  znaczny.  Wieje niezbyt silny wiatr, ale wrażenie odczuwanego chłodu jest bardzo silne. Zresztą, widać to po mojej nieszczególnie szczęśliwej minie i sklapniętych oczkach:
Po pokonaniu tego męczącego odcinka czeka nagroda - dalsze podejście grzbietem to wygodna  szeroka ścieżka, łagodnie wznosząca się aż do głównej kulminacji. 
Teraz jak gdyby nigdy nic wschodzi słońce i oświetla scenę. 
Zostaje jeszcze 400 metrów tej promenady do szczytu...
Wychodzę na szczyt wśród kilku osób z naszego zespołu.

JEEEST!!! Nareszcie!
Jest radość, jest wreszcie uśmiech! (Trochę głupawy ale co tam, nie umiem raczej robić selfie).
Jest tak pięknie... że nie wiem jak to opisać. Owszem, widywało się w zimie podobne widoki w Tatrach czy Karkonoszach...ale tutaj to wyższy poziom ekstazy. 
Na wprost nas niższy wierzchołek Elbrusa. Po prawej widać rogatą Uszbę.
Nie mogę się nacieszyć, jak głupi skaczę po szczycie, obściskuję się z innymi zdobywcami. Emocje biorą górę... ronię nawet łezkę wzruszenia. Ale widzę, że Przemek również...my architekci to jednak wrażliwi ludzie som ;-) 
Jest qrwa nieprawdopodobnie cudownie!!
Rosjanie częstują nas Szampanskoje, więc jest toast na dachu Europy!
(mniejsza o dyskusje, czy to Europy, czy nie)
Cień Olbrzyma nad chmurami. Nad czubkiem widać wyraźne "halo". Za to Widma Brockenu na szczęście nie było ;-)
Cała nasza grupa szczęśliwie stanęła tego dnia na szczycie Elbrusa! Wszyscy dali świetnie  radę, więc sukces okazał się zarówno indywidualny jak i grupowy - rzadkie to pozytywne uczucie. 
Robert przyniósł naszą flagę, więc nie omieszkałem prosić o cyknięcie jeszcze jednej foty:
Powoli wracamy, rozsądek mówi, żeby kończyć fiestę. Słońce już wysoko.
Mijamy prących powoli w górę innych amatorów Elbrusa. Schodzę jak nakręcony. 
Mógłbym tak pędzić na sam dół. Robimy jednakże postój na przełęczy. Dalej, po kilkunastu  minutach czeka nas zejście trawersem. Ponoć gdzieś tutaj czasem czuć siarczane fumarole. Ale nie dzisiaj.
Jest totalnie lajtowo, jak na tatrzańskiej polance w zimie,a to przecież nadal jakieś 5000...

Schodzimy na luzie do miejsca, skąd można zjechać ratrakiem. Tutaj nasza grupka zostaje poddana kuszeniu - zjeżdżać za parę rubli czy schodzić? Prawdziwi twardziele nie wymiękają i schodzą dalej pieszo! ;-)
(fot. Przemek)
Piotrek, Paweł, Przemek, Sławek, Robert i ja schodzimy na nóżkach. Reszta grupy zjeżdża do bazy. 
Dziwnym trafem mam tutaj niezapomniane spotkania z podchodzącymi ludźmi. 
Z wszystkimi wymieniam kilka zdań. Słyszę ciekawe historie, które pozostaną dla mnie wspomnieniem.
Siadam sobie na Skałach Pastuchowa, a jak:
(fot.Przemek)
Mamy czas i luz. Ten dzień jest cudowny! 
Schodzimy sobie dalej w luźnym tempie. Czemu te chmurki tak przeszkadzają? Sio!
Jeszcze kilka ratraków mija nas po drodze na stoku. 
Nasza wędrówka ma kres w barakach bazy, gdzie czeka na nas większa część grupy. Przebieram się i pakuję na nowo, zajmuje to jakiś czas i wreszcie kończymy nasz pobyt w tym jakże gościnnym kontenerze.
Cóż, schodzimy do stacji kolejki.
Tutaj jest ta brzydka strona Elbrusa - parking ratraków i skuterów śnieżnych, spaliny i ropa naftowa...a także takie zjawiska: 
Podróż kończy się w gondoli... a raczej w pokoju hotelu Szecherezada, dokąd wracamy. 
Wieczór...cóż, na szczęście Przemek ogarnął jakimś cudem miejscowy bimber, bo inaczej byłoby nam smutno.

Pozostał nam jeszcze jeden dzień "zapasowy", na wypadek paskudnej pogody. Dzięki temu mogliśmy przeżyć jeszcze jedną fajną wycieczkę. Musiałem jednakowoż wyciągnąć nieco rubelków z karty. Jakimś dezelem pojechaliśmy do Terskolu na Polanę Czeget.  
Można tutaj wskoczyć na pokład wyciągu, który w dwóch piętrach wywozi nas z poziomu 2100 na wysokość 3000 m npm. Stąd wyruszyliśmy na wycieczkę na pośredni szczyt masywu Czegetu, wg mapy.cz: Azaugichechegetkara. Ale mówmy w skrócie, Czeget.
Warunki są tu jakby tatrzańskie, tyle, że ten kilometr wyżej. Wycieczka trwała około godzinki w jedną stronę. Ostatnie podejście na szczyt.
Na szczycie atmosfera piknikowa. A to około 3,5 tysiąca metrów npm.

Za nami widok na pograniczne czterotysięczniki - po lewej Donguzorun a po prawej Nakratau.
A przed nami...
Widoczek na Elbrus - bomba! Dobra okazja do upamiętnienia.
Zbliżenie zachodniego wierzchołka. Tam byłem! - aż chce się zawołać.  Zbliżenie w dużym skrócie podejścia/zejścia - na dole po lewej stacja kolejki, potem Prijut 11, powyżej rozjeżdżona przez ratraki trasa i u góry Skały Pastuchowa w kształcie odwróconej litery "L".
Powrót odbywa się tą samą drogą, ale zatrzymujemy się z Przemkiem na piwko Nalczik na stacji pośredniej (ok. 2700m npm).
Marzyłem o tej chwili - zimne piwko z taakim widokiem ;-)
Tutaj nastąpi już zakończenie i pożegnanie z Elbrusem. Dalsze zdarzenia nie były już istotne z punktu widzenia tematyki bloga. :-) 
Zastanawiam się jeszcze nad pokazaniem naszej drogi powrotnej i Tbilisi.