niedziela, 24 listopada 2019

Przerwana zapora

Jizerské hory/Góry Izerskie


2019, listopad



Trudno raczej się spodziewać o tej porze roku słonecznej pogody i pięknych widoków.
Zatem nie spodziewałem się. Celem było przejście się przez czeską część Gór Izerskich jak również konkretne, dotąd nie odwiedzone miejsce: Protržená přehrada czyli przerwana zapora na Białej Desnej. Tak się szczęśliwie składa, że tuż obok tej zapory jest świetna miejscówka dla amatorów viatingu, do których i ja się zaliczam. Ale po kolei.
Tym razem mieliśmy jechać we trzech na jesienny Szlak Brzeżny na Pogórzu Kaczawskim. Z przyczyn technicznych niestety się nie udało i żeby nie tracić zarezerwowanego weekendu Dave dał się skusić na mój pomysł.
Korzystając z autostrady i drogi ekspresowej bardzo szybko dostaliśmy się na ulicę Dworcową w Szklarskiej Porębie Górnej.
Ileż już tutaj tras miało swój początek i koniec...
Parkuję auto, przebieramy się i zostawiamy co niepotrzebne - Dave zostawił nawet w bagażniku namiot po mojej przemowie na temat wspaniałych izerskich wiat, które na nas czekają. 
Czeski vlak zabrał na drugą stronę granicy do Desnej. Skierowaliśmy kroki na szlak zielony prowadzący do Albrechtic. Niepostrzeżenie zaczął zapadać zmrok ale zdążyliśmy zrobić jeszcze kilka fotek z widokiem w stronę południową. Udało mi się zidentyfikować widoczny w oddali Muchov, który odwiedziłem w zeszłym roku.
Przeszliśmy zadziwieni pustką przez Albrechtice. Cała miejscowość, infrastruktura zamarła w oczekiwaniu na śnieg i tabuny narciarzy. Ciekawe, jak będzie w tym roku? Przeważnie Góry Izerskie są śniegowym zagłębiem.
Trawersujemy Světlý vrch /729 m/ i wchodzimy do północnej części Albrechtic zwanej Mariánská Hora, bardziej zacisznej. Królują tu ładne nieduże domki, chaty i penziony.
Za wsią wchodzimy na leśną drogę i włączamy czołówki, bo chmury powodują, że jest kompletnie ciemno choć oko wykol.
Teraz czeka nas kilka kilometrów urozmaicane od czasu do czasu wyłaniającymi się z ciemności niepokojącymi figurami:
(fot. Dave)
Tylko nogi odczuwają, że w pewnym momencie przemierzyliśmy wierzchołek Bučina /868/.
Tak gawędząc o tym i owym doszliśmy do skrzyżowania Mariánskohorské Boudy, stoi tu faktycznie kilka drewnianych domów i nawet ktoś w jednym nocował.
Teraz czekało nas zejście do doliny Białej Desnej, było ślisko i na korzeniach i na kamieniach od czasu do czasu odjeżdżała noga. Dlatego zajęło nam to więcej czasu niż można by się spodziewać po kilometrowym odcinku. 
Po wyjściu na otwartą przestrzeń dostrzegliśmy pozostałości zapory i ciemne kształty budowli. Za chwilę mostek, podejście na skarpę i jest: Krömerova bouda.
Serce mi zadrżało, kiedy sięgnąłem do klamki - żeby nie powtórzyła się historia ze Sztwanicy!  Uff, przesuwane drzwi dały się otworzyć. Czeka na nas extra miejsce. W widocznym po prawej stronie samoobsługowym bufecie można się zaopatrzyć w napoje, batoniki itp zostawiając kasę w skarbonce. My nie omieszkaliśmy głabnąć po pilznerku (40 Kc za puszkę)
Rozgaszczamy się, przytulne wnętrze chroni nas przed podmuchami wiatru. Posiedzieliśmy, pobiesiadowaliśmy. Każde pójście po wodę było niestety chłodną przyjemnością (cool pleasure). 
Legowiska umieściliśmy po obu stronach stołu, żeby sobie nie przeszkadzać. Jak się okazało w nocy, przez szpary w podłodze dmuchało wciskane przez wiatr chłodne powietrze. Poza tym było świetnie, odespałem stresy z całego tygodnia.
Ranek sobotni nie przynosi odmiany - jest podobnie jak w piątek, mglisto i chłodno.
Nasz shelter w całej okazałości w bladym świetle poranka:


Kilka fotek z okolicy:
Widoczna tu wyrwa w zaporze:

Dziwnym trafem ostała się kamienna wieża dająca dostęp techniczny do zasuwy a tymczasem podczas awarii  - a właściwie katastrofy - zginęło 65 osób. Miało to miejsce 18 września 1916 roku.  Gigantyczna fala wody niosącej kamienie i drzewa uderzyła w Desną, niestety stało się to pod wieczór, kiedy większość ludzi była już w domach. Około 2 km stąd w dół rzeki jest miejsce widokowe, gdzie można zaobserwować jak wysoko sięgał poziom wysokiej wody tego dnia i jest to około 13 metrów (!) powyżej obecnego lustra wody.
Z tej czyściutkiej i zimniutkiej wody, tam koło mostku, nabierałem dla nas zapasy:
Jeszcze fotka po śniadaniu i ruszamy. Dave idealnie wpasował się w mineralną. Ja i tak rano zawsze wyglądam nieszczególnie. Co innego wieczorem!
Na rozruch mięśni czeka nas przejście łagodnego grzbietu pomiędzy Zelenym Vrchem a Desenskim Hrebenem. A potem schodzimy do dolinki Czarnej Desnej. 
Przekroczyliśmy szosę do Smedavy i Hejnic i podchodzimy dalej pod górę, aż do najwyższego tutaj punktu Jezdeckej Drogi. Ponoć drogę tę wysmażył jakiś szklarz, który chciał jeździć do Jizerki. Wiatr jest na tej wysokości coraz bardziej odczuwalny, widok na Sous niestety nie istnieje. Jest zimno, smutno, przykro.
Pocieszamy się obaj wizją smakowitego drugiego śniadania w Jizerce...
Tymczasem jeszcze parę kroków, dobrze zachowany żopik i oto wychodzimy na obszerną polanę, gdzie rozlokowała się Jizerka
Szklarnia i Pański Dom są zamknięte, kierujemy kroki do Piramidy. Biesiadowało się tam swego czasu, oj było pysznie. Budynek jest otwarty, ale restauracja okazuje się być (haniebnie) nieczynna. Robimy dobrą minę do złej gry, coś tam jakiś czas kiblujemy na korytarzu ale zagadnięta barmanka oznajmiła, że restaurace funguje dopiero od 11. Nie urządzała nas taka historia, wyszliśmy więc jak niepyszni na dwór. Pozostało nam rozpędzić się i rozgrzać na podejściu. 
Kierunek - Bukovec
Nareszcie bardziej ambitne podejście, raptem 150 metrów. Nasz pierwszy tysięcznik na tym wypadzie:
Bazaltowy stożek Bukovca potrafi dać nieco w kość, chociaż pamiętam jak tutaj niemal wbiegłem swego czasu i na szczycie uraczyłem się czeskim rumem z buteleczki tzw szczeniaczka. Tym razem smuteczek. Brak zarówno rumu jak i widoków.
Zeszliśmy koślawo do ścieżki, potem do mostku nr 1 na Izerce i za moment do mostku nr 2 na Jizerze. No i byliśmy już w Polsce. W tej wiacie po prawej spałem, zmoczony deszczem do gaci, opowiadam koleżce.  

Dajemy dalej pod górę, trzeba przejść jeszcze tylko przez Granicznik. Z głupawym uśmiechem na twarzy.
(fot. Dave)
I będziemy już w Stacji Turystycznej Orle.
Oj, tutaj wyczyściliśmy bufet. A siedzieliśmy z półtorej godziny. I ja tam byłem, barszcz i wiśniówkę piłem.
Z kilku wariantów dalszej trasy wybraliśmy klasykę, ponieważ Dave jak dotąd nie widział doliny Izery. A teraz - został jak sądzę jej fanem.
Po kilku kilometrach skręciliśmy na szlak niebieski biegnący wzdłuż Jagnięcego Potoku.
Jest dobrze. Klasyka w natarciu. 
Hala Izerska, około 840m npm, niepowtarzalne i nie do pomylenia miejsce w polskich górach. Uwielbiam.

Przed nami podejście do stokówki trawersującej najwyższy izerski masyw. Trzeba było się trochę namachać, ale dzięki rozmowom droga minęła nam niepostrzeżenie. Wykręciliśmy na szlak żółty a potem na Rozdrożu pod Kopą na czerwony. Na Sinych Skałkach /1121/ jest już dość silny wiatr i zimno. Nasza ścieżka tonie we mgle i nadciągającym zmroku.
Po dłużącym się marszu grzbietem dotarliśmy do upragnionej wiatuni. Mimo silnego wiatru we wiacie za deskami jest całkiem ok. Zostajemy, pichcimy, przebieramy się, rozkładamy leże.
(fot. Dave) 
No i weselej musi być, bo wiatr dmucha.
 Cumulus+Yeti
Jeszcze w śpiworkach kontaktujemy się z drugą grupą bojową menel+Red Angel, którzy równocześnie nocują w Górach Sowich, wymiana uprzejmości i żartów na dwa telefony, która przeciągnęła się w noc.
Tej nocy, inaczej niż poprzedniej, budziłem się kilka razy.

Rano wyraźnie widzimy zmianę aury. Przebłyski błękitu w górze nastrajają nas optymistycznie.

 Po śniadaniu prowadzę na tak zwany szczyt Wysokiej Kopy /1226/ 
Trzeciego dnia mamy oto niespodziewaną nagrodę za wytrwałość w postaci błękitnego nieba!
Zamiast schodzić nudnym szlakiem przez las, wybieramy ścieżkę na Izerskie Garby /1084/.  Tego się nie spodziewałem. Nagroda przechodzi nasze wyobrażenia, miało być przecież pochmurnie.


Teraz już mógłbym znaleźć się w aucie, ale czeka nas jeszcze droga. W tak pięknych okolicznościach przyrody, niepowtarzalnej - jedyna możliwa droga to przejście grzbietem przez Zwalisko. Podążamy na Wysoki Kamień.
Pobyt na Wysokim Kamieniu zawsze wiąże się z powrotem do cywilizacji i zwiększonej ilości ludzi. Dlatego pobyt w tym miejscu staram się ograniczać do minimum. 
Umyliśmy szuflady i poszliśmy szybko na dół, mijając się po drodze z wieloma spacerowiczami ze Szklarskiej. Odbiłem jeszcze po drodze w bok na tylekroć mijane Białe Skały, aby jeszcze raz nacieszyć oczy widokiem Karkonoszy.
Dworzec PKP w Szklarskiej Porębie Górnej jest obecnie w remoncie, ciekaw jestem, jak będzie się prezentował po odnowieniu. Tu zakończyliśmy traskę, która sięgnęła 40km+1336m w górę. Teraz czekało nas 300 km do Pyrlandii.

poniedziałek, 4 listopada 2019

Dwie Wieże na jeden strzał

Góry Złote/Rychlebské hory


2019, listopad




Jakoś po dwóch dniach (1. i 2. listopada) siedzenia w domu miałem dość, znajomi wkurzali fotami z Jeseników, Karkonoszków...zatem mimo niezbyt dobrej prognozy pogody postanowiłem w niedzielę nad ranem gdzieś podjechać w Sudety Wschodnie. Początkowo chciałem ponownie odwiedzić Śnieżnik, ale zapowiadano bardzo silny wiatr , więc wybrałem coś niższego w pobliżu. Stwierdziłem, że częściowo powtórzę sobie traskę, którą ochrzciłem tutaj Two Towers. Wtedy był wypad z noclegami na wieżach, tym razem jednak przelecę się na lekko i zobaczę, co tam słychać i widać. W ten sposób wylądowałem jednak w Złotym Stoku a nie w Międzygórzu. 

Obrałem najszybszy szlak aby znaleźć się w górach, czyli żółty, biegnący wprost na Pustelnika, w pobliże kapliczki. Odsłania się widok na pasmo graniczne i Javornik, ale ten czeski, niższy. Wielki Jawornik, na który zmierzam, kryje się bardziej na prawo.
Było cieplej niż się spodziewałem, więc kurtka wylądowała w plecaczku. Szlak wznosi się na Krzyżnik /540/, potem meandruje krętą stokówką, po czym wspina się ostro na stok Ciecierzy. Tutaj cała połać lasu została wycięta.

Jeszcze nie doszedłem do pierwszej wieży, a tu już odsłonił mi się widok na drugą:

Tych skałek nie widziałem do tej pory, to akurat dobry efekt wycinek:
No i znowu długi trawers po stokach Trzebonia, który kończy się koło wiaty na Przełęczy pod Trzeboniem. Wiata była zajęta przez jakąś grupę, więc nawet się nie zatrzymywałem. Pora na wejście na pierwszy szczyt. Niecałe dwieście metrów podchodzenia z przełęczy i znów jestem na Jaworniku Wielkim /871/. W widoku na północ dominuje miasteczko Złoty Stok oraz plama Zalewu Paczkowskiego.
Zimno mi w ręce się zrobiło, jakoś tak nieprzyjemnie...trzeba było się ubrać bardziej i zmykać. 
O dziwo już za chwilę, w lesie pomiędzy szczytem a Przełęczą Jawornicką /738/ jest już przyjemniej, słońce nawet jakby prześwieca przez drzewa. Najwyraźniej tego dnia granica odczuwania przeze mnie chłodu przebiegała gdzieś w okolicach poziomicy 800.
Trochę podejścia na graniczny przedszczycik a potem zejście na Przełęcz Różaniec /583/. 
Przy zejściu trzeba było nieco bardziej uważać, bo jest tam mnóstwo kamieni obecnie w listopadzie przykrytych w większości liśćmi. za przełęczą zaczyna się solidne podejście grzbietem granicznym, na początek na Małą Krowią Górę. Odwracając się widzę pokonaną różnicę wysokości w dół i ponownie w górę... 
Niby małe te górki, a przecież też fajne. 
Krowia Góra i jej stoki też padły ofiarą pił zarówno po polskiej jak i czeskiej stronie. Za to Borówkowa wygolona głównie po naszej stronie granicy. Trochę smutno.
Za to odsłonił mi się za plecami na chwilę widoczek na Jawornik Wielki. To ostatnie chwile przyjemnej pogody - wyżej robi się już zdecydowanie chłodniej. Pogoda postanowiła się jednak dopasować do swojej prognozy.
Jeszcze kilkaset kroków i jest Borówkowa /900/. Po wyjściu na wieżę czułem się jak na pokładzie halsującego pod wiatr okrętu. Sam siebie nie słyszę. Brr, wieje kilkadziesiąt km na godzinę (wg prognozy ok 65) i ziiimno.
Rzucam okiem tam i ówdzie. Jeseników nie widać, Śnieżnika nie widać. Coś tam widać jakby w stronę Czernicy albo mi się w oczach ćmi.
 W drodze powrotnej też widać, że jestem w chmurze. Jednak listopad pokazuje, że październikowa złota jesień pokonana.
Zszedłem z powrotem na Przełęcz Różaniec. Tam podjąłem decyzję, aby jednak nie wracać szlakiem granicznym (zielonym), lecz przesmyrgnąć się przez Czechy - będzie szybciej a zaczęło mi już zależeć na czasie. Poszedłem czerwonym szlakiem przez tereny dawnej wsi Růženec
Szkoda, że nie umiem robić ciekawych zdjęć samej drogi - tutaj próbowałem coś wydobyć, bo szkoda mi się zrobiło tylu kilometrów, człowiek idzie i idzie a fotki robi tylko na postojach, w jakichś niby interesujących miejscach a cała droga przepada z pamięci ;-)
Fajnie wije się przez jesienny las.
Po dojściu po paru kilometrach do miejsca zwanego U Šišky porzuciłem szlak turystyczny biegnący dalej do Bilej Vody i poszedłem leśną drogą w stronę Polski. Specjalnie wybrałem tę ścieżkę, żeby odwiedzić zaznaczone na mapie kaplicę i studnię.
Kaplica okazała się całkiem fajna, zdesakralizowana, acz uporządkowana przez jakieś czeskie stowarzyszenie ochrony zabytków. Może to pomysł na nocleg?
Stąd trzeba zrobić jeszcze kilka kroków do granicy. Studnię odnalazłem bez trudu, natomiast nie można było wejść do środka. Może to i dobrze, bo wnętrze wygląda trochę jak zalana studnia z horroru Ring i w nocy można by się utonkać:
No i to w zasadzie koniec, czekało mnie jeszcze tylko dotarcie do auta pozostawionego na ryneczku w Złotym Stoku. Po drodze rozglądałem się za jakimś lokalem czy to na kawę, na którą miałem wielką ochotę, czy to chociaż na jakąś zupkę...Niestety nic nie było czynne, także bar Apetit, więc obszedłem się smakiem. 
ps Nie wyszło tym razem 1000 metrów pod górę, zabrakło 80 metrów...Ale i tak się cieszę, ze się znów zmotywowałem do tego wyskoku.

niedziela, 20 października 2019

Jubileuszowy XX Zlot Forum npm

Pieniny+Beskid Sądecki


2019, październik





No i nadeszła jesień i pora na tak ważny dla naszej małej społeczności dwudziesty zlot. To już ponad dziesięć lat jak się zarejestrowałem na forum n.p.m. Na początku z wrodzonej nieśmiałości mało pisałem, potem pojechałem na zlot numer VI, który odbył się w lutym 2011 roku w Pasterce. Od tego czasu to mniej, to bardziej intensywnie udzielam się na tym "forumie", byłem na większości zlotów czyli bodajże czternastu jeśli dobrze liczę i staram się podtrzymywać kontakt i towarzyski i wycieczkowy z tym podejrzanym towarzychem :-). 

Zresztą skład naszej bandy cały czas się zmienia, jedni odchodzą, inni przychodzą...a czasem niektórzy powracają po latach. Ogólnie stało się dla mnie dość ważną częścią życia przez te 10 lat, poznałem tu sporo ludzi. Moje podejście tez się zmieniło przez ten czas, kiedyś z upodobaniem uczestniczyłem w różnych sporach i dyskusjach, obecnie zaś pragnę tylko miło i wesoło spędzić czas z ludźmi, którzy podzielają mojego górskiego bzika.
Zlot miał mieć charakter wybitnie gwiaździsty i to nie tylko ze względu na udział gwiazd z całej Polski, ale i z tego powodu, że każda grupka miała zupełnie inny pomysł na dotarcie do schroniska. 
Ja oczywiście także miałem swój własny patent - chciałem powrócić w Pieniny i to nie na trasę przez Trzy Korony, odwiedzane już kilkakrotnie, ale na Sokolicę, gdzie byłem tylko raz i to jak sobie uświadomiłem - strasznie dawno, w 1994 roku!
W ostatniej chwili przyłączyła się do mnie Marzena, dzięki której z Myślenic dotarliśmy autem szybko do Krościenka.

Wywalamy majdan z bagażnika, chwila, chwila, dlaczego mam taki ciężki plecak?! Przecież nie wziąłem ze sobą kuchni licząc tym razem na wrzątek w schronisku...Ale mam ze sobą namiot i całą resztę bajzlu.
Nic to, idziemy klasycznie czerwonym szlakiem w stronę węzła szlaków na Przełęczy Szopka. Zaczyna się piękny październikowy dzień w górach. Zawsze, przez wszystkie te lata jak dotąd na zlotach mieliśmy świetną pogodę - tak samo jest tego dnia.
Na rozdrożu pod Bajków Groniem skręcamy w lewo na poprowadzony granią szlak niebieski. Tutaj zaczyna się próba sił - podchodzenie z plecakiem na kolejne kulminacje i z kolei ostre zejścia: Białe Skały, Ociemny Wierch, Czerteż, Czertezik no i na końcu będzie Sokolica. Podziwiam klasyczne widoczki.

Po drodze spotkaliśmy inną grupkę zlotowiczów robiących pętlę na lekko ze schroniska "Orlica", spotkamy się oczywiście wieczorem. 
Niedługo tam będziemy

Na skałach nieomal nadepnąłem na tego pięknego płaza:
Zapłaciliśmy haracz za wejście na Sokolicę, więc możemy teraz siedzieć i podziwiać. Bezterminowo.
Szaleństwo jesienne. Jest upalnie, pięknie, wspaniale. 


Chyba robię się coraz bardziej sentymentalny, bo na szczycie powróciło tyle wspomnień, że miałem natłok myśli. Z wielkim ociąganiem ruszam się z tego miejsca.
Ostro schodzimy na brzeg Dunajca. Zrobiono tu coś w rodzaju schodów, zakosów z poręczami. Pewnie jest bezpieczniej ale raczej mniej górsko...
Flisak przewiózł nas bezpiecznie na drugą stronę wartkiej rzeki i po krótkim podejściu stanęliśmy w drzwiach "Orlicy". Budynek schroniska został wyremontowany a ciemne klitki (w jednej z nich kiedyś spałem) przemieniły się w prawdziwe pokoje, wykończone w jasnym drewnie. Wypijmy za to! 
Zasiadłem z przyjemnością przy pierogach Juhasa (ziemniaki+bryndza+oscypek) i słowackim piwie. Nie odmówiłem sobie słowackiego piva Šariš, które bardzo lubię a znalazło się w bufecie.
Odpoczynek dobrze nam zrobił. Mi chyba trochę mniej, bo nie mogłem dogonić Marzeny na podejściu. Spotykamy się dopiero po chwili na granicy. 
Z Przełęczy pod Szafranówką wzrok kieruje się nieodwołalnie na Gorce z górującym nad Krościenkiem potężnym Lubaniem.
Kontynuujemy wędrówkę - teraz grzbietem granicznym, na stromym podejściu po skałkach na Szafranówkę /742/ już mi się tak trzęsły ręce, ze zdjęcie wyszło nieostre :-(
Dalej szliśmy przez Witkulę /736/. W popołudniowym słońcu uwydatniają się jesienne barwy. 
Idziemy sobie dalej granicą, pozostawiając po lewej masyw Jarmuty. Na całe szczęście szlak trawersuje niżej pokazany szczyt Cyrhle, bo chybabym jajo zniósł.
Na rozdrożu szlaków pod Huściawą obieramy wiodący do doliny szlak żółty. Doprowadził on nas szybko do Szlachtowej. Tutejsza karczma okazała się właśnie tego dnia zamknięta...na chwilę popsuło mi to humor. Ale tylko na chwilę, bo już kawałek dalej znajdujemy czynną Karczmę U Basi. Jest to mały lokalik z ciekawą ofertą dań i napojów. Ja jednak poszedłem w klasyczny rosół i to mi wystarczyło. Obecnie zadowalam się połową tego, co kiedyś.
Po krótkim pobycie w karczmie obczajamy jeszcze położony nieopodal sklepik spożywczy i możemy się kierować na ostatni etap dzisiejszej traski.
Skręciliśmy na 100% dobrze w uliczkę położoną z 50 metrów od zabytkowego kościoła, jednakże układ dróżek w terenie odbiega od tego, które mam zarówno na mapie papierowej jak i na mapie GPS. Poszliśmy na czuja i jak się okazało całkiem dobrze, lecz dróżką polną równoległą do szlaku biegówkowego. Po drodze przecinamy rozległe polany położone na stokach Starego Wierchu. Poniżej w dolinie zaczyna narastać cień, kładą się dymy od palonych "łętów"...
A my ciągle w zachodzącym słoneczku:
 Bacówka pod Starym Wierchem /840/. Siadamy na łyk wody.
(fot. Marzena)
Jeszcze chwila i zachód... Za górami, za lasami...
Ten odcinek z polanami był po prostu świetny, cieszę się, ze zdecydowałem się na ten szlak (biegówkowy), mam żywotną nadzieję powrócić tutaj na rakietach.

Dalsza droga prowadzi lasem, szybko się ściemniło. Nic tu nie poradzimy, trzeba jeszcze przejść na czołówkach grzbietem kilka kilometrów, podchodząc stopniowo pod sam szczyt Przehyby /1175/ a na nim odbić w lewo i po kilkuset metrach możemy się rozbijać przy schronisku. Wyszło na to, że zrobiliśmy 23 km i ponad 1,5 km pod górę. Ładnie.

To schronisko nie jest złe, jednakże są tu nieco niedzisiejsze zwyczaje: wywieszona kartka informuje o zamknięciu bufetu już od osiemnastej. Dlaczego tak wcześnie?  No nic, po negocjacjach dało się jeszcze się załapać na talerz zupy i piwo. Na plus schroniska należy zapisać dostępny cały czas czajnik w kuchni turystycznej. 
Siedliśmy w jadalni i po kolei witaliśmy schodzących się powoli uczestników (przed)zlotu. Dość napisać, ze ostatni, Marcin, dotarł około 24ej. Powitania przeciągnęły się w noc. Wróciłem w końcu do namiotu, padłem w śpiwór i zasnąłem z twarzą na komórce ;-)

Ranek budzi nas typowym przehybowym widokiem na Tatry.

Czeka nas znów pogoda jak drut. I bardzo dobrze, bo czeka nas zlotowa wycieczka całą bandą.
Schroniskowy czarny labrador jest niemożebnie głupi: wpada w namioty, potyka się o odciągi, zlizuje rosę z tropików :-) Możnaby pęc ze śmiechu, żeby nie to, że na dokładkę pryska na wszystkie strony śliną :-P Tutaj próbował obślinić Milenę:

Wyruszamy najpierw zwartą a potem coraz bardziej rozciągniętą kolumną w stronę Radziejowej, po drodze pokonując kolejne kulminacje, przede wszystkim Złomisty Wierch. Ja zostaję z tyłu, bo jeszcze odwiedziłem z ciekawości lądowisko na płaskim szczycie Przehyby.
Na prawo cały czas można obserwować Tatry:

Spotykamy się wszyscy na Radziejowej /1262/. Ustalamy, ze część grupy pod wodzą Rambiego pędzić będzie jak najszybciej, żeby jeszcze odwiedzić Eliaszówkę.
Mi po wczorajszej wymagającej trasie wystarczy dzisiaj dojść do Bacówki na Obidzy.
Szkoda, ze wieża na Radziejowej dopiero wychodzi z ziemi, więc z widoków nici. Ale jest ich sporo po drodze w miejscach wygolonych z drzew. Na fotce poniżej widok w stronę Hali Łabowskiej.

Przez Rogacze zeszliśmy na Przełęcz Gromadzką /931/. Wielu ludzi podjeżdża aż tutaj samochodami i wybierają się na krótszy lub dłuższy spacerek przez piękne polany, dlatego wszyscy idą w przeciwną stronę niż my. 

Zasiadam wraz z innymi w Bacówce na Obidzy. Wybór dań jest duży, każdy znajdzie dla siebie danie...albo lepiej dwa :-) bo porcje nie są wielkie - np znajomi śmiali się, że otrzymali nie pierogi, lecz uszka :-D Wprost od stołów jest zaś widok na wschodnią część pasma i to jest jak sądzę największy atut tego lokalu.
 Poniżej położona jest hodowla kucyków, so sweet:
Kiedy już wszyscy dotarli, pojedli i popili nadszedł czas na powrót. Wracaliśmy tą samą drogą, na Rogacz i Przełęcz Żłóbki a towarzyszyła nam mała wiśniowa przygoda, którą jako doświadczony bywalec zlotów zabrałem. Po lewej słońce zniżało się nad Tatrami a my gadając trawersowaliśmy Radziejową, żeby przypadkiem znowu się nie zmęczyć. 
Z tego wszystkiego trawers przedłużył nam się ponad miarę ;-) aż poza Złomisty Wierch, ludzie kochani! Trzeba było wleźć na ten cholerny Złomisty na kreskę i dopiero dalej spokojnie iść do schroniska. 
A w schronisku wziąłem tym razem opcję "z prysznicem" :-p więc mogłem iść skorzystać z tego dobrodziejstwa cywilizacji. 
Tymczasem wszyscy powoli zaczęli się schodzić i ci co byli bliżej i ci co nieco dalej a także ci z zupełnie innej mańki, bo jeszcze doszła trzyosobowa grupka śpiąca poprzednią noc pod Durbaszką a także niespodziewany, dawno nie widziany gość: lukson z Małgosią. Tym sposobem nasz skład sięgnął dwudziestu osób, chyba, że jeszcze o kimś zapomniałem.
Zlot "szedł" nam na całego, serie dowcipów krzyżowały się w powietrzu a ja wykonywałem roboty precyzyjne.
(fot. i podpis: lukson)
Jak widać zadawałem szyku w koszulce pamiątkowej z Elbrusa, miałem tę swoją chwilę na zaspokojenie próżności :-)
Większość bandy przy stołach, jeszcze jasno:
Jeszcze jasno, bo potem nam obsługa wyłączyła światło :-D i ciąg dalszy trwał przy zapalonych czołówkach. Na szczęście mój Armytek ma magnes więc przyczepiłem go do rury c.o. i sterczał tak nad moją głową.
Miało być niby ciszej, więc w końcu rozmowy trzeba było przerwać...by zacząć tańce :-) 
Tak wesoło dawno nie było na zlocie..! Chociaż na każdym jest wesoło właściwie.

Aż nadszedł poranek, dzień trzeci. Jak widać na zlocie było wielu wielbicieli biwakowania - 1/4 składu. Na pierwszym planie mój husky.

Po śniadaniu szybkie pożegnania i ruszamy do Rytra. Tadeusz zgodził się mnie i Wojtasa podrzucić do Krakowa.  
Żegnamy również schronisko. Teraz będzie mi się już kojarzyć inaczej, niż z dotychczasowych pobytów tutaj.
Kawałek musimy "się wrócić" do miejsca, gdzie odbija szlak niebieski. Po drodze w dół odwiedzamy ciekawe zapadlisko/osuwisko Wietrzne Dziury.
Zejście raz bardziej stromo prowadzi, raz mniej stromo ale cały czas trzeba uważać na kamienie równo przykryte warstwą liści. Co i raz noga mi zjeżdża, odjeżdża na jakimś ruchomym kamulcu. Tu chłopaki walczą w liściowym opadzie.
Po drodze patrzę, a tu postawiono ładną wiatę... i fajne miejsce, widokowe. Szkoda tylko, że wiata jest totalnie ażurowa a wiatr wieje tak, że przewraca mi nawet butelkę z wodą (w końcu dość opływową). Nie będzie to dobre miejsce na nocleg.
Dalej na zejściu powielamy naszą rodzinną trasę z Perły Południa, przez Wdżary, skąd jest super widok na północ: 
a następnie Polany tutaj chyba Skotarska albo może Dobczowska
Liście lecą z drzew, liście lecą z drzew.
Co by tu jeszcze rzec?
Nic się nie wydarzyło. 
Zeszliśmy doliną do Rytra, a Tadeusz wrzucił nas do auta. 
W Rytrze odwiedziliśmy przybytek, gdzie pewne panie śmiały się z nas w ubikacji:
Nie rozumiem, dlaczego?
Dzięki Tadeuszowi dotarłem na czas do Krakówka. Powróciłem szczęśliwie do Poznania, przebywając w barze Warsu. Cóż, nie można mieć wszystkiego.
Cieszę się po tych dziesięciu latach, że było mi dane poznać tylu ludzi, z niektórymi moje ścieżki się skrzyżowały na dłużej, z innymi darłem koty... ale niczego nie żałuję.