piątek, 26 lipca 2013

Alpejskie co nieco: Hohe Warte czyli Mt Coglians


Alpy Karnickie

2013, lipiec



Przejazd był długi i męczący ale cieszę się, że zdecydowałem się jechać w tę podróż, właściwie nie do końca wiedziałem, dokąd: wyszedłem z domu przed 9 rano, o 13 byłem we Wrocku, o 17 w Krk, o 24 gdzieś koło Wiednia, o 7 rano na gruntowej drodze w alpejskiej dolinie Wolayer Alm ...
koło Hubertuskapelle (1114) 



(fot. R)

Zespół był zmotywowany i doliną szliśmy bardzo sprawnie, pomijając tylko sytuację , kiedy napastowały nas natrętne konie 
(fot. R)
ale sami byliśmy sobie winni, pasąc konie Lionem...
Robiliśmy szybko wysokość i odległość doliną podziwiając okoliczne widoki
aby po ok. dwóch godzinach z hakiem stanąć nad jeziorkiem Wolayer w schronisku Wolayer See-Huette (1967) 


Po stronie zachodniej jeziora - wyniosły Seekopf (2554) 
który też kusi... 



Krótki odpoczynek i ruszamy dalej pod górę na przełęcz Valentintoerl (2138) 



Stąd możemy podziwiać nasz cel i przed nim czerwoną skałkę (tam gdzie jest napisane Var. 1-2), która dostarczy mi tyle zabawy...o czym jeszcze nie wiem , bo myślałem naiwnie, że ją obejdziemy 😄


Pierwsze kroki kierujemy do podnóża czerwonej skałki, na ferracie działamy trochę niewprawnie, Ronc ma z naszej trójki niezły ubaw a my z siebie samych.  
(fot. R) 
(fot. R)

Wyłazimy na wierzch czerwonej skałki, ja sobie w pewnym momencie przytrzasnąłem stopę stalówką i nie mogłem się podnieść, nie wiem, czy ktoś to zauważył ale postanawiam zatem być jeszcze ostrożniejszy w dalszym ciągu.
Po zejściu ze skałki rozdzielamy się - nasz "maestro" idzie na Weg der 26er (ferrata D+) a nasza trójka na dłuższą Koban-Prunner Weg (A/B i I+).
Zabawa zaczyna się naprawdę , mimo wcześniejszych zapewnień Ronca, że to łatwiutka droga, wcale nie jest tak łatwo, przynajmniej dla nas, nowicjuszy. 

Ferrata ma sporo miejsc nieubezpieczonych i jest dość długa, jak również stromo pokonuje wysokość. Trochę opisów na stronach o ferratach :
http://www.kompass.de/tou...hohe-warte.html
http://www.bergsteigen.co...ban-prunner-weg
To ja : 

(fot. R)

Radzimy sobie raz lepiej, raz gorzej ale w końcu wychodzimy ponad pierwszą część ściany na płyty zasłane gruzem i kamykami, to dobry moment na posiłek.
(fot. R)

Po odpoczynku ruszamy dalej po płytach. Tutaj przez chwilę jestem z przodu sam i spotykam dziwnego ptaka, po szukaniu w necie identyfikuję go jako samca pardwy górskiej 
(fot. ze strony domar.edu) 
(wg fachowej strony :"...rzadkim ptakiem jest pardwa górska (Lagopus mutus). Jest to ptak z rodziny głuszcowatych (Tetraonidae), nieco większy od kuropatwy, zamieszkujący głównie tundrę. Na terenie Alp zachowały się reliktowe, izolowane populacje tego gatunku, zamieszkujące skaliste urwiska powyżej granicy lasu.Cechą charakterystyczną pardwy górskiej jest brak piór nad okiem i czerwone zabarwienie tego miejsca – tzw. róża, występowanie piór na palcach nóg i zmiana ubarwienia na okres zimy. Latem ubarwienie samców jest szaro-brunatne lub szaro-czarne.")

... za chwilę spotykam Ronca czekającego na nas na końcu swojej drogi. Dalej idziemy już razem w czwórkę najpierw do grani
(fot. R)

(fot. R)

a potem granią bardzo fajnie sobie tup tup tup na szczyt : 
(fot. R)

(fot. R)

gdzie wszyscy po kolei walimy w dzwon, może nie jest to Wielki Dzwon(nik) ale dla nas - świetna satysfakcja i w nagrodę widoki: 
(fot. R)

Na szczycie Mt. Coglians czyli z niemiecka Hohe Warte (2780) ucinamy sobie długą chwilę

Potem nadchodzi pora na zejście na włoską stronę, trzeba bardzo uważać na stromych usypiskach, piargach.
Po zejściu na wysokośc około 2200 m krajobraz zmienia się z surowego na taki bardziej zachodniotatrzański a później nawet ździebko jurajski 




co usypia moją czujność, wydaje się, że czeka nas już tylko zejście do włoskiego schroniska a następnie droga w dół do auta, a potem pizza, wino, kobiety i śpiew. 😄
tymczasem wychodzimy spoza grzbietu i wygląda to coraz ciekawiej 

(fot. R)

od poziomu przełęczy dzieli nas jeszcze kilkaset metrów , które musimy w jakiś sposób pokonać, najpierw trawersami 

(fot. R)
okazuje się, że jesteśmy na Sentiero Spinotti - jest to ścieżka ubezpieczona stalówkami, podobna - dla porównania - do polskiego szlaku z Rysów (z tej perspektywy) . 
Przy podchodzeniu małe miki, przy schodzeniu dla nas, już nieco umęczonych dniem - kolejna dawka adrenaliny i wzmożonej uwagi, bo jak wiadomo, przy schodzeniu jest łatwiej...ale spaść.
Prawie na dole tego odcinka trafia się jeszcze taka fajna drabinka 

(fot. R)

W końcu opuszczamy skalny teren i zmierzamy do włoskiego schroniska Lambertenghi (1955) trochę poniżej przełęczy. W schronie mnóstwo Włochów, tłoczą się przy piecyku 😄 a my twardo siedzimy na zewnątrz.
Humory dopisują , chociaż słońce już zachodzi i robi się trochę chłodniej. Ruszamy w dół na ostatni etap dzisiejszej wyprawy, droga dłuży nam się niemiłosiernie, chyba dłużej schodzimy niż rano podchodziliśmy. Po drodze prawie skręcam sobie lewą stopę na jakimś kamieniu i wtedy Catty wielkodusznie wyciąga czołówkę...
Do auta docieramy chyba około 22.30, zajechani jak kobyły. Ronc chwyta kierownicę i zasypia.  Nie, żartuję, zasnął dopiero po drodze między serpentyną nr 37 a 38. 

--------------------------------------

.................rano budzę się około 6 i zaczynam psikać, czym budzę resztę załogi. Siąpi deszcz. Śmierdzimy sobie melancholijnie. Przejeżdżamy na włoską stronę przez Passo di Monte Croce Carnico i zjeżdżamy w serii kokardek do Paluzzy. Niestety, okazuje się, że Włosi traktują niedzielę bardzo poważnie, więc z zatankowania gazu nici. Objeżdżamy góry licząc jeszcze na jakieś okienko pogodowe, pomysły leciały różne, ale pada równo wszędzie tak samo.
Dalej to już tylko powrót...Nie chce mi się pisać.
(Mycie na stacji. Zupka z paczki , herbata. Głupawka na rozjazdach we Wiedniu. Knajpka w Mikulovie - nasz obiad. Odwodnienie na McDonalds kolo Ołomuńca. Smutny wjazd do Cieszyna. PKP Katowice. Pń - 6.00)
To było straszne i wspaniałe.