niedziela, 19 listopada 2006

Przez Beskid nieduży ze "Zgredami"

Beskid Mały


2006, listopad




Udała mi się kolejna ustawka z moją zgredzką grupką 😄Tym razem zadajemy pekapem do Wadowic. Z Wadowic podjazd jeszcze kawałeczek busem do Ponikwi i możemy ruszać na szlak niebieski.

Mimo, że góra nie jest wysoka, to jednak te 600 metrów trzeba podejść.



Przy schronisku małe fajf for tim:




Jeszcze odrobina i wychodzimy na Leskowiec /922/:

A potem nasza droga prowadzi dalej, kierunek Łamana Skała /929/ a jeszcze po drodze zbaczamy do Chatki pod Potrójną na drugie śniadanie.











Mieszają się kolory późnej jesieni, w końcu to już połowa listopada była


Przez Potrójną zmierzamy na Przełęcz Kocierską.
Miało tu być coś w rodzaju schroniska (wg mapy) 😄 tymczasem stoi tu od pewnego czasu Zajazd Kocierz, wielki hotel z wielką knajpą. Ponieważ hotel funkcjonuje od niedawna i nie wszystkie atrakcje działają, mamy cenę zniżkową. 
  






  

Takich wygód dawno nie zaznałem w górach. 

Rano humory dopisują, idziemy Małym Szlakiem Beskidzkim w stronę zachodnią, przed nami podejścia na Beskid i Kocierz.



Na Przysłopie Cisowym zmieniamy kolor szlaku i kierunek marszu - będziemy schodzić do zapory w Tresnej. Po drodze, ponieważ szedłem pierwszy w pewnym odstępie od pozostałych, wyszedłem wprost na wielkiego samca jelenia stojącego dumnie na stoku...niestety, zanim wyciągnąłem aparat, wielki stwór umknął w las.




W Syptowiu wiszą jeszcze ostatnie jabłuszka

Przekraczamy Sołę po zaporze i z Czernichowa zaczynamy podejście na zachodnią część masywu Beskidu Małego - ale nie wprost niebieskim szlakiem, lecz trochę dookólnie najpierw na Przyszop /601/ i potem żółtą farbą trochę w dół na Przysłop i dopiero czerwonym na przełęcz Pod Czuplem.




Po wyjściu tych 700 czy więcej metrów na Czupel /933/ czeka nas jeszcze tylko spacerek do schroniska na Magurce.

Tutaj kończymy dzisiejszą trasę.
Mamy sporo czasu w schronisku i cały wieczór dla siebie. Siedzimy, gadamy, pijemy piwko.

Następnego dnia to już bez historii, zeszliśmy na Bielsko-Białą - jeśli dobrze pamiętam czerwonym na B.-B. Leszczyny.
Sympatyczne spotkanie z Minibeskidem w ten sposób się zakończyło.


poniedziałek, 6 listopada 2006

Beskidzki Beskid - bandycka trójka

Beskid Sądecki

2006, listopad




Częściowo posiłkowałem się pierwotną oryginalną relacją zamieszczoną na portalu, ale nie daje się w pełni wykorzystać bez cenzury, choćby powierzchownej 😁


(__)

Wiadomo , że najtrudniej zacząć. Cokolwiek.
No to po kolei. 
Najpierw trzeba pójść na piwo i do monopola.
Należy też zadzwonić do info-tele (czy aby jachty nie zdrożały).

Potem trzeba poskręcać kijki (w ruloniki).



Potem trzeba oddać szczocha.



No i wreszcie można ruszyć .
I wtedy okazuje się, że szlaku ni ma.
Jest tylko śnieg.

a na śniegu oni – zboczeńcy.

No to trzeba się pokrzepić

I jeszcze raz 

i jeszcze raz 


no i jeszcze raz

co było w tej pepsi? To co zwykle. No to ok.
z Dzwonkówki idziemy dalej



Niestety, mimo, e opóźniamy jak się da, w końcu pojawia się schronisko.

i trzeba się zająć lekturą. Etykiet.

W nocy sobie pada to białe

A rano znowu nic nie można znaleźć. Może ten GPS na coś się w końcu przyda?

No to i tak trzeba iść w białe pii...







W Rytrze zjesz w kulturalnych, kurwa, warunkach.

Po posiłku w knajpie (która nota bene już nie istnieje w 2017 roku) leziemy znów w stronę zimy





A tu po drodze Cyrla nas rozpieszcza 😄

A tu jeszcze taki kawał, Jaworzyna Kokuszczańska, Pisana Hala, Wierch nad Kamieniem...





No i pada i zmierzcha się...

W końcu pojawia się nikłe światełko na Hali Łabowskiej. W schronisku pusto, w menu tylko kiełba. Jedliśmy też chleb do ostatniej okruszynki smarowany musztardą i keczupem. 
Mamy zezwolenie na suszenie 😄




Ranek jest mądrzejszy od wieczora. Podobno. Pewnie nie dla każdego.

Mądry to byłby ktoś , kto nie chodzi trzeci dzień w mokrym śniegu






Trzeba na dodatek uważać na grasujących po lesie drwali-gwałcicieli (auuu!!), którzy drążą swoimi potwornymi organami bruzdy w błocie

Wpadając co chwilę w wodę POD śniegiem





Fotoreporter już ma dość i nie daje rady, zostaje z tyłu wycieczki, lecz wymykając się pogoni trafia w końcu do "chatki wierchomlińskiej", gdzie zjadamy to i tamto z menu.

A teraz ostatnie podrygi, idziemy na Pustą Wielką /1061/:

a tu pojawia się - przez moment - pierwszy i ostatni promyk słońca widziany przez trzy dni:

Walter to aż się uśmiał z tego słońca, jak głupi do sera


no i na koniec okazało się, że wycieczka była do dupy i trzeba było jechać w Tatry:


Przez Stawiska schodzimy niebieskim na Żegiestów-Zdrój, gdzie pozostaje tylko oczekiwanie na pociąg na zimnej stacyjce i usiłowanie choćby obsuszenie się...brrr.