Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Mały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskid Mały. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 czerwca 2025

Na Małym Szlaku Beskidzkim - przez trzy rzeki cz.1

 Beskid Mały+Beskid Makowski


2025, czerwiec


Jakoś tak bez planowania i przygotowania wypadło mi, żeby zrobić MSB. Akurat mogłem wygospodarować cztery dni cięgiem więc rozpisałem sobie szlak na te wzmiankowane cztery dni. 

Jak zwykle najgorszą częścią przygody są dojazdy. Wybyłem nad ranem z Poznania i około ósmej byłem w Katowicach- Ligocie. Tutaj długie czekanie na pociąg do BB...obserwowałem poranne życie.

Wreszcie napakowanym pociągiem dotarłem do dworca BB i dalej autobusem miejskim na start:

Straconka
i zaczynam! Gorąco już było w pełni, niestety to już około wpół do jedenastej... Najpierw żmudne podejście na grzbiet i potem do Gaików /816/.
Na szczęście po drodze można iść cudną drogą
Nie rozpieszczają tu  widoki no ale coś tam widać od czasu do czasu

Ten etap trasy zakończyłem kawką w schronisku na Hrobaczej Łące.
Następnie czekało mnie długie ale łatwe zejście do doliny Soły. Zrobiło się upalnie...

Przekroczyłem oto Sołę, a będą jeszcze kolejne rzeki na trasie.
Może niezbyt długie realnie ale dla mnie było wykańczające podejście na Górę Żar w tym żarze.

Miałem tu poważny kryzys 
kiedy uświadomiłem sobie, ile jeszcze mam do przejścia.
No cóż, odwiedziłem knajpkę na szczycie, żeby nabrać nieco mocy. Moc przyszła w postaci kwaśnicy. Zrobiłem tu zły błąd nie zabierając dodatkowej wody. Dalej po drodze woda była tylko w takiej postaci
Trasa to się wznosiła, to opadała. Z każdym kilometrem jakiś procent sił wypływał ze mnie bezpowrotnie. Gdy dotarłem do "Resortu Kocierz" z przyjemnością siadłem na chwilę na ławce. Zostałem miło obsłużony lecz ceny w tym przybytku są po prostu horrendalne - za zwykłą wodę 0,7 l zapłaciłem 17 zł. Najwyższa cena na całej trasie, bijąca na głowę nawet lotniskowe. Trudno zrozumieć, dlaczego w tym miejscu jest aż tak niemiłosiernie drogo. 
Zostawmy te żale i idźmy dalej, na Potrójną /883/. Rozważałem nocleg w tym miejscu - jednak musi sobie poczekać na inny moment. Załapałem się na zachodzik
Dalej już brak zdjęć, no bo szedłem po ciemku. W zapadających ciemnościach przeszedłem przez skałki Zwaliska a następnie mozolnie długaśny odcinek z finałowym podejściem na Leskowiec /922/. Na przełęczy przed samym schroniskiem jeszcze na dokładkę prawie bym się zgubił. Wreszcie dotarłem pod zamknięte drzwi schroniska, trochę pukania i zostałem wpuszczony, jeszcze zdążyłem dostać kupić wodę do picia i poszedłem pod wspaniały cudowny prysznic. Pierwszy dzień trasy zawsze wiąże się z wyprodukowaniem tyle soli, że można by ją skrobać ze mnie i zapełnić średniej wielkości solniczkę. 
Sen nadszedł błyskawicznie.

Dzień drugi-piątek.
Po śniadaniu schroniskowym przeciągnąłem się z dwa razy i już byłem na trasie.
Początek to dość długie zejście do Krzeszowa, urozmaicone czasem polankami


W Krzeszowie zrobiłem przerwę na lody i napoje, mimo wczesnej pory już było bardzo ciepło...
Potem szedłem równolegle wzdłuż mojej poprzedniej trasy w tej miejscowości (zielonym szlakiem) aż zaczęło się podejście na grzbiet Kozich Skał. Nie mam nic dobrego do powiedzenia o tym podejściu a kończy się wręcz uskokiem, tu padłem i ziajałem:
Na szczęście dalej grzbiet jest raczej łagodny i przechodzi przez piękną Przełęcz Carhel /670/
aby następnie przez kulminację Żmijowej, mniej lub bardziej opadając, doprowadzić do kolejnej na trasie wielkiej, walnej doliny rzecznej, mianowicie Skawy.
Przechodząc przez ten most opuściłem Beskid Mały aby zagłębić się w ostępy Beskidu Makowskiego (czyli Średniego). W Zembrzycach byłem chyba w najgorętszym momencie dnia, marząc o zimnym napoju i sutym posiłku. To pierwsze marzenie spełniłem w pierwszym napotkanym sklepiku racząc się zimniutką pepsi.  To drugie marzenie...cóż, pominąłem z wyższością jakąś budkę z zapiekankami, licząc na normalne porządne jedzenie w Niwce, tak chwalonej przez wędrowców. Przeszedłem raźno przez Paleczkę (dopływ Skawy)... 
a tu okazało się, że jestem niestety za wcześnie. Trzeba było później ruszyć albo wolniej iść!  
Zrobiłem sobie popas na poboczu drogi, pochłaniając miśki żelki. Jak na złość, po drugiej stronie drogi, pani przyjechała do przybytku Niwki i zaczęła ruchy w interesie. Ale już mi się nie chciało cofać, zaczynać zamówienie itd. Polazłem dalej drogą na grzbiet Starowidza /534/, niemalże cała droga jest tu i ówdzie zabudowana, aż na samą górę 



Widoki rozciągają się na Jezioro Mucharskie
Dalej podejście na masyw Chełma /603/ największego tutaj zawodnika. 
Wędrówka tutaj nie pozostawia jakichś wielkich śladów w pamięci oprócz ogólnego poczucia przemierzania pustkowi. Wzmaga to uczucie niemalże całkowity brak szlakowskazów, tabliczek itp
tu się zadumałem
tu leżałem
tu siedziałem
tu patrzyłem w dal, chyba pasmo Koskowej Góry?
W jakimś momencie zszedłem do Palczy przekraczając szosę, wydawało mi się, że zbliżam się do końca etapu, ale nie. Długie przejście dolinką kończy się w...Końcówce :-)
A tu jeszcze Babica Zachodnia /633/ a jeszcze przecież podejście na Kliniec /717/ i na Babicę /727/ wymęczyły mnie dokumentnie. Gdy niemal miałem stracić nadzieję, doszedłem na polankę z kapliczką i stojącą nieopodal wiatką.
Tutaj na półce zrobiłem sobie legowisko. Najprzyjemniejsza część czyli wieczerza trwała krótko, bo po zjedzeniu co tam miałem śpik mnie ogarnął.
Po zaskakująco chłodnej nocy przejdziemy do dnia trzeciego.  



niedziela, 14 listopada 2021

Jesienna dmuchawa (z cyklu: śpiąc we w.s.c.)

 Beskid Mały



2021, listopad



Z tym wypadem wstrzeliłem się w fajny termin pomiędzy świętami i innymi rodzinnymi okazjami. Pogoda miała być ładna a ja chciałem odnowić znajomość z miłą chatką. Do tego miałbym okazję przyjrzeć się niewidzianemu sporemu odcinkowi szlaku beskidzkiego i zobaczyć kolejne tereny "pomiędzy".

Od razu napiszę, że wypad sam w sobie udał się znakomicie ale miał dla mnie katastrofalne następstwa, o czym na końcu.

Na razie zacznijmy od tego, że pociągami dostałem się do Suchej Beskidzkiej na sam poranek sobotni:

Było rześko, wręcz chłodno ale zapowiadał się i tak ładny dzień. Poszedłem do skrzyżowania, przeszedłem przez potok i zacząłem robić szlak zielony. Od razu zrobiło się stromo, bo z samiuśkiej doliny Stryszawki musiałem wydostać się na pierwszą górkę. Kilkaset metrów podchodzenia i odnajduję się na Lipskiej Górze /625/. Na samym szczycie to nic ciekawego nie ma, ale za to na zejściu na Przełęcz Lipie /516/ pojawiają się ładne widoczki. Grzbietem naprzeciwko biegnie Mały Szlak Beskidzki:


I sama Lipska Góra:
Podchodzę teraz na stoki Gołuszkowej Góry, chociaż szlaki omijają sam wierzchołek. Na chwilę łączę się ze wspomnianym MSB:
 Przełęcz Carhel /640/

Wreszcie doszedłem do ciekawszego miejsca trasy, jakim są Kozie Skały. Są to całkiem pokaźne jak na Beskidy wychodnie skalne, położone grzebieniowo wzdłuż grani. Ciągną się na długości kilkuset metrów, raz wyższe raz niższe, zatem jest co oglądać.
Potem pominąłem szlak i grzbietem doszedłem na Żurawnicę /727/. Szczyt nie jest widokowy ale wynagradzają to widoki ponad Krzeszowem.
Naprzeciwko świetnie widoczne stoki głównego grzbietu Beskidu Małego, z Leskowcem w roli głównej.  I nawet widziałem tam schronisko na polanie.(Takie niby kolorystyczne zabawy).
Przy przechodzeniu przez Krzeszów trochę myślałem o knajpce, w której zjadłbym coś ale niestety nic takiego nie spotkałem po drodze a na dodatek straciłem w studzience kanalizacyjnej grot i talerzyk od kijka...
Zrobiłem sobie mały postój w czasie podejścia na Gronik. Żurawnica:
Przyjemny moment tego dnia. Leżę sobie na łączce pod lasem, naprzeciwko słoneczko i piękne widoczki. Najlepiej widoczna tutaj Babia Góra a przed nią (po prawej) Jałowiec.

(kom.)
Po tej chwileczce zapomnienia muszę podążać dalej. Jesienny widok z Gronika /530/ nie zostawił mnie obojętnym:
Po minięciu Targoszowa wbijam się w las, by po chwili znów przechodzić przez przysiółki i ostatecznie zaczynam podejście na Czarną Górę /808/. Tutaj miało miejsce wiekopomne zdarzenie, ponieważ spotkałem jedyną na trasie grupkę turystów, schodzącą szlakiem. 
Podejście jest dość strome i męczące, biegnie dość nudno ścieżką przez las. Po wejściu na ramię Czarnej Góry trasa przebiega już spokojniej. Tymczasem musiałem odnaleźć miejsce, w którym najlepiej będzie odbić w lewo do kolejnego punktu programu. Udało się to bezproblemowo, niestety pogubiłem się już prawie na samym dole, nad samą grotą, włażąc w jakieś źródliska. W końcu przebiłem się i jest, Grota Komonieckiego:
Jest klimacik, to fajowe miejsce.

(kom.)
Spędziłem tu chwilę korzystając z zimnej wody kapiącej ze stropu. Miejscówka bardzo mi się podobała, podobno w zimie jest jeszcze fajniej, może kiedyś będzie okazja do ponownych odwiedzin.
Dalsze podejście uskuteczniam w stronę zachodnią, stromą ścieżką wspinam się w poszukiwaniu szlaku. Znów pod koniec poszedłem w złą odnogę i było nieco przebijania się przez las, wreszcie wyszedłem na szlak (niebieski/zielony). Czyli wreszcie jestem na ostatnim etapie traski.
Po drodze, na lewo od Babiej, miły prześwit na Tatry:
Wieczór zbliża się szybko
Ale na szczęście jestem już blisko. Ostatni kilometr przez Gibasów Wierch (albo na innych mapach Groń) i wyszedłem na Gibasowe Siodło. Pożegnanie z ostatnimi promieniami listopadowego słonka:

W chatce spotkałem się z miłym i rzeczowym przyjęciem, zresztą ja też zawsze staram się stawiać sprawę jasno i od razu pytam o reguły panujące w takim miejscu. Czyli: gdzie i jak się myjemy, co zrobić z wodą a co ze śmieciami itd. Wiadomo, każde Duloc ma swole rules ;-)
Miałem w pewnym sensie szczęście, bo oprócz mnie było tylko troje gości w chatce. Po przełamaniu pierwszych lodów spędziliśmy bardzo wesoły wieczór razem ze Stachem czyli gospodarzem. W sumie, może jakby było więcej osób też byłoby fajnie, ale ja organicznie wolę kameralne spotkania. Kilka razy wychodziłem do sławojki właściwie tak jak siedziałem za stołem i okazało się to błędem, ponieważ już wtedy w nocy wiatr wzmógł się i nastała beskidzka dujawica.

Ranek wstał równie piękny jak wieczór.
Miejscóweczka-chateczka ma się dobrze i mam nadzieję, że będzie nas gościć jeszcze wiele lat, wraz z Gospodarzem.
Spojrzenie na główny grzbiet , na rejon Łamanej Skały, jak widać był przymrozek
Na tym wypadzie atrakcje były gęsto upakowane, zatem schodzę do kolejnej z nich: Jaskinie Czarne Działy.


Cieszę się, ze zmusiłem się do zejścia na dół i obejrzenia tych tajemniczych skalnych form z bliska, zawsze tak chwalę za nie Sudety, ale na tym wypadzie Beskidy również pod tym względem dawały radę!
Ścieżka grzbietowa prowadziła mnie dalej poprzez Kucówki /833/ i Nad Płone /770/. Bliżej Łysiny pojawiają się na łączkach jakieś sznurki, wygrodzenia, niestety nasz naród nie potrafi bez tego żyć. Nie wiem na ile w przyszłości ten odcinek będzie możliwy do przejścia, bo może każdy spłachetek gruntu zostanie pogrodzony i odcięty. Tak się skupiłem na szukaniu drogi, że przegapiłem jeszcze jedną jaskinię - w Zamczysku. 
Tymczasem opuściłem szlak zielony. Ścieżka zamieniła się w uliczkę o wiele mówiącej nazwie "Szczytowa" i nią wyszedłem na szeroką łąkę, na której stoi wieżyczka strzelnicza...albo widokowa. Główną rolę w panoramie grało położone naprzeciwko Pilsko, a podwójny szczyt na prawo to Romanka:

Tymczasem muszę powiedzieć o jednej doniosłej okoliczności, która miała miejsce. Cały czas od rana szedłem przy silnym, ciągle wzmagającym się przeciwnym wietrze. To również miało swoje długofalowe następstwa. Na razie kierowałem się wg mapy i gps najpierw przez Gugów Groń /759/ a następnie przez Przykrzycę /754/.  Zacząłem szukać możliwości zejścia do doliny i w końcu pokonując niezwykle strome ścieżki stanąłem na górnych skrajach Kocierza Moszczanieckiego. Po zejściu na dół do szosy chciałem tylko ja przekroczyć i kontynuować wędrówkę na przeciwstok, tymczasem wpadłem na knajpkę pod nazwą "Przystanek Kocierz". Okazało się, że jest otwarte więc pokrzepiłem się...dobrym rosołkiem.
Chwilowy odpoczynek był ok, ale straciłem kolejne pół godziny. Kierując się w stronę grzbietu, poszedłem uliczkami i dróżkami. Na przeciwległym stoku widać lasy i polany na Przykrzycy.
Znowu muszę zrobić wysokość i żeby to zrobić sprawnie, wyduszam poty. Bez szlaku lecz uczęszczanymi ścieżkami podążałem w stronę zachodnią i północno-zachodnią, tak, aby po kilku zadyszkach stanąć wreszcie na żółtym szlaku tuż pod Kościelcem /795/. Po drodze dość nieoczekiwanie pokazało się Skrzyczne.

Zziajany, szukam miejsca na złożenie tyłka chociaż na chwilę. I takie miejsce jest na Polanie Kowalówka, fajną miejscówkę znalazłem z ogniskiem i ławami i jeszcze w bonusie - z widoczkiem.
Zszedłem do Soły w Tresnej z myślą, że jestem w niedoczasie. Jeśli chcę zdążyć do Łodygowic na pociąg do Katowic to muszę niemal wbiec na Łysy Groń (czy na innych mapach Tresną) i zbiec do Brennej. Tymczasem czułem się już wyeksploatowany i jakby słaby. Sprawdzam przystanek autobusowy - ma być ponoć jakieś połączenie do Żywca, za 50 minut. W tym momencie para ze mnie zeszła. Postanowiłem zakończyć wycieczkę i spokojnie udać się do Żywca, gdzie zdążyłbym zjeść jakiś spóźniony obiad przed podróżą. Udało mi się zabrać stopem do centrum Żywca. Niestety knajpy po drodze były albo pełne albo zamknięte i skończyło się na wizycie w...kebabie, którego nie jestem wielbicielem. W sam czas zdążyłem dojść jeszcze na dworzec i kupić bilet. I jeszcze trochę pomarznąć na peronie na opóźniony pociąg. 
Gdy pociąg ruszył, za moment zapadł zmierzch. Okazało się, że zrobiłem dobrze kończąc w Tresnej. Najważniejszą część trasy przeszedłem a potem się zorientowałem, że odcinek na Łysy Groń i dalej żółtym szlakiem już kiedyś szedłem, o czym zapomniałem. Cała trasa i nocleg okazały się fajnym i niesztampowym pomysłem, łącznie z odcinkami pozaszlakowymi i mało uczęszczanymi. 

Tymczasem po powrocie czułem się coraz gorzej. Najpierw podejrzewałem przeziębienie, ale robiło się coraz poważniej. Po tygodniu zachorowała również rodzina. Testy dodatnie. Prawdopodobnie złapałem covid mimo zaszczepienia jadąc w ciasnym przedziale z pewnymi podejrzanymi osobnikami. Po kolejnym tygodniu chorowania zamiast lepiej zrobiło się gorzej ale też objawy nie przypominały covid. Nagle dostałem gorączki powyżej 39. Okazała się kolejna rewelacja - równocześnie z wirusem miałem drugą, masywną infekcję bakteryjną zatok. To przez te nocne eskapady i cały dzień chodzenia w silnym przeciwnym wietrze, będąc spoconym - tak się to zemściło. Dopiero antybiotyk pomógł mi w pokonaniu tej drugiej choroby. Efekt jest taki, że straciłem siłę i formę, które będę się starał odbudować do stycznia a może lutego. W tym sezonie raczej z zimowych wypadów nici :-(