wtorek, 15 lipca 2008

Z czeskim pivem przez Jizery

Góry Izerskie/Jizerske hory+Karkonosze

2008, lipiec





Ustawka z Panem Malinowskim: tym razem robimy kilkudniową trasę, aby poznać niewidziane dotąd zakątki Izerów i zajść też być może w Karkonosze, okaże się w praniu którędy dokładnie.

Wybieramy opcję dojazdu do Jakuszyc. Idziemy w las pomiędzy granicą a linią kolejową.
Trochę się tam motamy, ale to początek trasy , mamy dużo sił i luz-blues. 

Gdzieś tam koło Tkackiej Góry przekraczamy tor i idziemy na północ przez Rozdroże pod Działem Izerskim no i i dalej, do schroniska Orle
Po postoju idziemy dłuugą izerską klasyczną drogą do Chatki Górzystów. Lajtowa trasa, lajtowy dzień...znów posiedzenie na ławeczkach. (Naleśników nie lubię, mówię z góry 😁). 
W końcu opuszczamy wygodne miejsce i idziemy (starym) żółtym szlakiem na Przełęcz Łącz-nik. Z przyjemnością i dostojnie przekraczamy granicę 😄 i meldujemy się w recepcji hotelu Smrk /1124/. 
Izera widziana ze Smreka:


Wieczorem Czerwona Plama na Jowiszu widziana z wieży na Smreku:

W noclegu trochę przeszkadzają nam wielkie mrówki, które zagnieździły się w ścianie (?), dlatego śpimy na stołach.


Rano nadal piękna letnia pogoda, dobrze to wróży naszej wycieczce.
Schodzimy do czerwonego szlaku i przez Tiszinę dochodzimy do Hubertki. Skoro już jesteśmy w Czechach, nie będziemy sobie żałowali piva i tak będzie już cały dzisiejszy długi dzień :-). 
Po deliberacjach decydujemy się na zejście na Lázně Libverda i dopiero stamtąd do Hejnic. Na placyku przed klasztorem zasiadamy oczywiście na ławeczce z pivkiem i zastanawiamy się, co począć z takim pięknym dniem? Ustalamy, że pójdziemy w stronę zachodnich krańców Gór Izerskich. W takim razie wybieramy szlak niebieski wiodący ulicą Łąkową. Przed nami niespieszne siedem i pół kilometra na Oldřichovské sedlo. Idziemy na luzie, ciesząc się słońcem a potem drogą w lesie.
Osiągamy Oldřichovské sedlo. Jest tu sympatyczna knajpka oblegana głównie przez turystów rowerowych.
Zasiadamy zatem na kolejne pivkowanie i jakiś obiad. Ponieważ jest dopiero popołudnie, decydujemy się jeszcze na obejście tutejszych pięknych skałek - przez Koprzivnik i Łysą Skałę wychodzimy na Skalni Hrad. Jest tu jedno z najfajniejszych miejsc, marzy mi tu kiedyś się namiot na górze. 
Tymczasem schodzimy na Hřebenový buk i wyskakujemy jeszcze na najbardziej na zachód położony punkt naszej wyprawy - Oldřichovský Špičák /724/.

Pozostaje nam tylko zejście do Oldřichova v Hájích. Tam kotwiczymy przy lokalnej "spelunce" - gotujemy gulasz na pozbieranych po drodze grzybach i raczymy się napojami.
(fot.mapy.cz)

Po obżarstwie, opilstwie i lenistwie wracamy na przełęcz. Na noc rozkładamy graty we wiacie.
Niestety, nigdzie w pobliżu nie ma wody. Nie chciało nam się schodzić na dół i rano gonimy na resztkach...ale nic to, przecież w górach jest mnóstwo strumyczków!
Wiata na Przełęczy Oldrzichowskiej i nasze poranne bałagany.


Jednak po drodze...masakra na sucho! 
Na początku trzymamy fason i jest wesoło: Coś dla Pań (oraz niektórych Panów) oczywiście mam na myśli grzybiarzy-amatorów


Podchodzimy w gęstniejącym upale a język przysycha mi do podniebienia. Na szlaku zielonym w lipcu wody brak a do Polednika /864/ suma podejść wynosi te 400 metrów...

Zdycham z pragnienia aż w końcu - wychodzimy na rowerową Hrebenowkę. 
Tam dopiero za Bílá kuchyně jest przy drodze źródełko! Chłepcemy wodę wprost ze źródła, aż do przesytu. Humory się poprawiają, siły regenerują. I dobrze, bo czeka nas teraz kolejne podejście - na Ptačí kupy /1013/. Przedzieramy się przez chaszcze i stromo po głazach wyłazimy na górę.
Widok z Ptacich Kup w stronę zbiornika Bedrzichov i Jeszteda:


Dalej ścieżka wiedzie nas na Holubnik /1071/.
Stara wiatka na przełęczy pod Gołębnikiem; śmieszne, góry a chodzi się kilometrami po molo...😄


Po krótkim odpoczynku koło wiatki wspinamy się na szczyt Černá hora /1085/. 
Grzbiecikiem idziemy również obejrzeć Śnieżne Wieżyczki /1063/ a potem schodzimy do drogi i głównego szlaku. Na Kneipie można odpocząć, wypić, posiedzieć, pogadać (w sezonie rowerowym - długo, w sezonie biegówkowym - krótko😄).
(fot.mapy.cz)

Przed nami jeszcze zejście doliną do Smedavy...ale przecież po drodze mamy odboczkę na najwyższy szczyt czeskiej strony gór, niższą tylko o 4m od naszej Wielkiej Kopy, Jizerę /1122/


A to widok z Izery na Smreka , widać wieżę i strome zbocza doliny Smedy:


W Smedavie oczywiście zasiadamy przy pivie i czeskich specjałach...ale głównie przy pivie 😄. Co tu zrobić z tak pięknym popołudniem w górach..? Wybieramy dalszą wędrówkę "do oporu", bez szczególnego celu pójdziemy którąś z rowerowych ścieżek. Ta, którą wybraliśmy doprowadziła nas do Rašeliniště Jizerky.
Po obejrzeniu bagniska idziemy dalej do Jizerki. Powoli rozglądamy się za jakimś miejscem na nocleg, niestety, wszędzie tu jest sporo domków i ludzi.
W końcu już trochę zmęczenie daje o sobie znać  i rozbijamy namiot na "pralouce" pod Bukovcem, w miejscu mało widocznym ze szlaku. Zasypiania nie pamiętam - przeszliśmy tego dnia w upale prawie trzydzieści kilometrów i podeszliśmy prawie 1200m.

Następnego dnia rano budzimy się jednak wcześnie i pełni przekonania, że trzeba uderzyć w Karkonosze. Idziemy szlakiem wzdłuż granicy a potem wzdłuż koryta Jizery, którą przekraczamy w Martinskiem Udoli.


Czerwonym szlakiem zmierzamy do Harrachova. W centrum miasteczka przy jakimś sklepie robimy śniadanko i ustalamy, że przejdziemy sobie doliną Mumlavy.
Jakiś człowiek w wodospadzie Mumlavy


A to rusałki także tam:


Dolina Mumlavy wspina się trochę dla mnie nużąco aż w końcu wychodzimy na prawie płaski rejon łąk Mumlavskiej, Panczawskiej, Labskiej, Harrachovej...
Tu pojawia się mrowie rowerzystów. Klucząc między nimi zmierzamy do Labskiej Boudy
Widok jakby znajomy , ale od...tej drugiej strony:


Robimy sobie luzackie popołudnie, bo nie będziemy już dziś daleko szli. Oczywiście pivo na tarasie na słoneczku koi nasze nerwy 😄. 
A na wczesny wieczór idziemy jeszcze na pożegnanie Czech i czeskiego piva do Martinovki.
(fot.mapy.cz)

To po czeskiej stronie jest najlepsze: mnóstwo schronisk, boud i bufetów z pysznym zimnym pivem 😁.
Nasz ostatni nocleg robimy w chatce na Czarnej Przełęczy (Pod Śmielcem).
W nocy trochę gwiżdże i duje, idzie na zmianę pogody.

Ostatniego dnia rano schodzimy z przełęczy, ale nie dam się już dzisiaj za to pokroić, czy zeszliśmy bezpośrednio na Jagniątków, czy może przez  Odrodzenie na Przesiekę? Ale raczej ten pierwszy wariant.
No i tak się skończyła nasza wspólna wycieczka, jedna z fajniejszych izerskich.