niedziela, 15 lutego 1987

Małe Ciche - z Górą w górach

Tatry Wysokie


1987, luty



Ten wyjazd był z kategorii "uduchowionych". Pobyt był na czarno organizowany przez duszpasterstwo dominikańskie. Było to jeszcze przed czasami spotkań tego typu w Hermanicach i na Jamnej, zresztą potem już nie brałem w tym udziału.

Zdaje się codziennie chodziliśmy do umiejscowionego w centrum Małego Cichego klasztoru dominikańskiego.
Nasza chata tzn po prostu dom :-) był jeszcze ciągle w budowie, więc pobyt był lekko hardkorowy. Było drewno na opał, więc bywało ciepło. Za potrzebą trzeba było chodzić do sławojki, która w momencie naszego przyjazdu była całkowicie hmm wypełniona i zamarznięta...dzielni byli ci, co doprowadzili ją do użytku. Wody oczywiście nie było, nie to, że ciepłej, ale w ogóle żadnej (no bo przecież rury by zamarzły).

Szefem duchowym był oczywiście Jan Góra OP. Spaliśmy pokotem na podłogach tego niewykończonego domu. Dom był położony na Polanie Błociska, ale po obejrzeniu na mapach internetowych nie potrafię wskazać, który konkretnie, był to jeden z tych widocznych na zdjęciach:
(fot. mapygoogle)
Może ten ze skośnym dachem? Ups, ale wszystkie tak mają :-D
Tu nawet podobnie wyszło, taka zima jak wówczas, lecz my więcej śniegu mieliśmy. (Oczywiście wyciąg to nowa sprawa).
(fot. mapygoogle GergelyJuhasz)
I jeszcze raz te same domy na polanie, tym razem w zieleni:
(fot. mapygoogle K.Stys)
Niestety, z dystansu słabo pamiętam gdzie tam chodziliśmy, oprócz oczywiście Wiktorówek i Gęsiej Szyi.
Ale jedną trasę zapamiętałem dobrze. Poszliśmy większością grupy na Polanę Rusinowa a stamtąd czarnym skrótem przez Potok Waksmundzki do Doliny Roztoki. Następnie doliną no a potem wspięliśmy się koło Wielkiej Siklawy do schroniska. 
W schronisku w Dolinie Pięciu Stawów Polskich pobyliśmy mało-wiela, bo trzeba było sprawnie wracać, robiło się popołudnie. 
I tu nastąpił pewien dramatyczny moment. Bo jednak z górami nie ma żartów...Żeby było szybciej, poszliśmy mniej więcej za czarnym skrótowym szlakiem, ale ponieważ był słabo widoczny przez śnieg, zboczyliśmy od przebiegu szlaku trochę za daleko na wschód i hurmą zjeżdżaliśmy na tyłkach do doliny. Niestety, na naszej drodze znalazły się takie skałki, prawie niewidoczne w śniegu - patrząc na nie z trasy od góry:  
(fot. mapygoogle)
Łooo matko, prawie byśmy się wrąbali z impetem w te skałki a raczej z góry na dół, na kamienie. W ostatniej chwili kolega jakoś złapał mnie, ja złapałem kumpelę i tak żeśmy się wzajemnie wyłapali i wytracili prędkość...uff!
 A to jeszcze trzeba było wrócić na Rusinkę i po ciemku z powrotem na Błociska. No i była z tego całodzienna wycieczka od samego rana do wieczora i wychodzi mi tu z mapy.cz, że miała 29 km!
Koleżanka mi mówi, że pierwsza wizyta w Siedmiu Kotach była właśnie na tym wyjeździe, a nie na rok późniejszym, jak to opisałem we wpisie luty 1988.
Tutaj ładne ujęcie Polany Błociska a za nią Tatry Wysokie, z Gęsią Szyją. (Zdjęcie pożyczyłem ze strony Pokoje u Klimka na Błociskach... a może właśnie w tym domu przed wykończeniem spałem? Kto wie?)
(fot. U Klimka)
Właśnie na tym wyjeździe usłyszałem - bodaj w klasztorze - historię, jak to się lubili sąsiedzi z Małego Cichego i z Murzasichla. Mieszkańcy z Murzasichla musieli chodzić na msze do kościoła w Małem Cichem (chyba tak, bo parafia w Murzasichlu jest o kilka lat młodsza niż w Małem Cichem?). W każdym razie, żeby przejść z jednej doliny do drugiej trzeba było iść przez las, także po ciemku. Żeby sobie ułatwić życie, postawiono przy ścieżce takie poręcze drewniane, po których idący w nocy przesuwali rękę. No i tę poręcz kiedyś jedni drugim wysmarowali gównem...Ot taki żart sąsiedzki w stylu góralskim.

Tak mogliśmy widzieć wtedy Tatry, w głębokim śniegu:
Mięguszowieckie Szczyty i Cubryna (pocztówka z epoki, zbiory własne-wysłana przeze mnie do rodziców)

Spuentuję ten wpis jednak na wesoło. Jan Góra opowiadał też różne anegdoty z życia zakonnego. Zapamiętałem szczególnie jedną, jak dostali kiedyś od jakiegoś dobrodzieja (o, to było ulubione określenie ojca Jana) łososia na obiad. (Wówczas łosoś to był znacznie większy delikates niż obecnie, zresztą sam chyba jadłem tę rybę chyba dopiero w latach dziewięćdziesiątych.) Łosoś po przyrządzeniu został sprawiedliwie podzielony między braci (i ojców?). Nie pamiętam, czy to było, jak sam był młodym braciszkiem, czy później. W każdym razie młodzi bracia zaczęli na wyścigi wpieprzać tego łososia i któryś ze starszych wtedy ojców, z jakiejś nobliwej rodziny, skomentował to z oburzeniem słowami "Łykają tego łososia, jak ziemniaki, no jak ziemniaki!" 😁