piątek, 6 grudnia 2024

Na GR 221 w GRudniu. część 2.

 Sierra de Tramuntana


2024, grudzień


Dzień 3. Po śniadaniu wyszliśmy przed schronisko Tossals Verds a tu coś jakby kropi. Brr, jak w tym warunie będziemy się wspinać po śliskich wapieniach, przecież czeka nas dziś strome przejście skalistym  wariantem szlaku!



Ze schroniska całkiem dziarsko robiliśmy trasę mimo zanikającej mżawki. Wyszliśmy ponad schronisko, zrobiliśmy trawers zbocza i zmierzaliśmy do głębokiej doliny potoku Almadra.
Ścieżka wije się po stromym zboczu a wapienne podłoże wymaga zdwojonej uwagi, bo wszystko jest mokre.

Poszliśmy z Krzyśkiem do przodu, Piotrek jako pretendent do miana dżentelmena został z dziewczynami...nie wiem, co tam na tyłach się działo, ale strasznie długo im zeszło.
Na szczęście przestało całkiem padać i mogliśmy spokojniej podziwiać ściany wąwozu
Coraz śmielej wkraczaliśmy w gardziel wąwozu, zabawne, że "wąwóz" tak groźnie  brzmiący po angielsku "gorge",  po hiszpańsku jest swojskim "barranco" XD 
Wreszcie doszliśmy do miejsca z ubezpieczeniami, na całe szczęście kamienie po porannym deszczyku dzięki silnemu wiatrowi zdążyły wyschnąć, bo inaczej byłoby tu ciekawie. Szedłem pierwszy i oglądając się na Krzyśka robiłem mu focisze, takie jak to:
Dalej był bardziej stromy fragment, jak w Tatrach: 
Dziwnie było poczuć znowu łańcuch w dłoni... na Majorce :-)
Poczekaliśmy na resztę zespołu i miło było pośmiać się, jak skrobali się kolejno na ściance ;-)
Tutaj widać pracę w tandemie:
No i dlaczemu nie było więcej łańcuszków?! I czemu szlak nie prowadzi na położoną nieopodal przełęcz niższą o 150 metrów, tylko na wysoką na 903 m npm coll del Portellet?
Z tej (sportowej) złości przyspieszyłem kroku by samemu nabijać kilometry. Ale tu od towarzystwa sienie uwolnisz bracie, wszędzie ONE, te diabełki:
Obserwują
Po drodze widziałem tutaj (po lewej w dole) blachy z rozbitego w 2017 małego samolotu.
Szybko poszedłem w kierunku ostatniego, najwyżej położonego drzewa - za nim jest przejście w murze. Te mury to ciekawa sprawa - stawiane w poprzek dolin, które już mijaliśmy, zawsze z furtką, prawdopodobnie wydzielały dawniej tereny i stada poszczególnych "baców". Wyszedłem poza mur na przełęcz coll del Portellet a tam bajka 
żeby nie ten piżdżący wiater! Ukryłem się w wysokich trawach, mając chwilę czasu na drugie śniadanie i czekając na resztę wycieczki. Pierwszy zza muru wyłonił się Pioterek
potem reszta grupy. Lecz ja już tak przemarzłem, że musiałem spieprzać na dół
łowiecka się na mnie patsy
Obchodząc zbiornik Cuber, naprzeciwko w chmurach mieliśmy najwyższy szczyt Majorki - Puig Major (1436 m). My tymczasem szliśmy dalej dolinką na zachód:

Ten odcinek był spokojniejszy, lekko pod górę przy akompaniamencie wiatru hulającego w dolinie.
Przełęcz: coll de l'Ofre
Stamtąd przyszliśmy doliną
Przeszliśmy na drugą stronę i posuwaliśmy się teraz w dół malowniczym i głębokim wąwozem 

(fot. Iwonka)
Ścieżka biegła u podnóży skalnych ścian
W oddali pojawiło się już miasteczko Soller a za nim morze, a na cyplu wybiegającym w morze - biały przecinek latarni morskiej, pod którą miało być nasze schronisko.
Ścieżka czasem biegła skrajem urwiska
Ścieżka dalej jest wybrukowana kamieniami, pewnie przez lata chodziły tędy osiołki z towarami w tę i z powrotem...
A tej owcy coś się chyba pomyliło, pasie się na skale:
Biniaraix w popołudniowym słońcu - taka pierwsza część Soller:
Poszliśmy do centrum w nadziei na jedzonko w jakiejś knajpce. Niestety trochę pechowo przyszliśmy w porze, kiedy kuchnie były już zamknięte po lunchu a jeszcze nie otwarte na wieczorne spotkania. No i tak sobie snuliśmy się po głównym placu i okolicznych uliczkach rozważając różne opcje...
Posiedzieliśmy w kawiarni, grupa (jak zwykle) coś zjadła i oto przed nami... jazda antycznym wehikułem! Tramwaj był drewniany, przypominał mi stare poznańskie bimby, którymi jeździłem do liceum.
Tego nie można było przegapić - czynny również po sezonie turystycznym, zabytkowy tramwaj  zawiózł nas do portu.
Jak na złość wszystkie knajpy po tej stronie były nieczynne a nie chciało nam już się dalej sprawdzać. Musieliśmy iść w stronę latarni. Kilka kilometrów nad huczącym morzem i byliśmy w położonym nieopodal latarni Refugi de Muleta. Podobnie jak w poprzednio odwiedzonych schroniskach przeszliśmy procedurę "zadomowienia". Niestety, żaden posiłek nie był możliwy do zamówienia o tej porze. Skończyło się na pizzy dowiezionej z Soller, gumowatej i miękkiej.
W tym refugi wszyscy śpią w jednej wielkiej sali na piętrze, niestety gdzieś mi się zapodziały fotki z tego noclegu.

Dzień 4.
Śniadanie było typowe, ale to tutaj właśnie dowiedzieliśmy się, że obowiązują limity na osobę ;-) tym niemniej chatar podrzucił nam coś ekstra.
Tego dnia była piękna pogoda od rana a my mieliśmy do zrobienia łatwą i krótką trasę wzdłuż brzegu.
Dzień zapowiadał się zatem wręcz wakacyjnie. Pożegnanie z refugi:

Po wyjściu ponad schronisko mamy cudną panoramę Port de Sóller:

Pstryknijmy sobie zatem pamiątkę
Przyjemną aleją sobie spacerujemy
Co jakiś czas na ostatnim planie jeszcze widoczny bywa Puig Major
Tak dotarliśmy do przysiółka Can Bleda (nie Bieda). Stąd ścieżka robi się nieco bardziej "dzika", ale najpierw musieliśmy przejść w pobliżu dawnego klasztoru.

Panorama rozszerzyła się na sporą część pasma, stamtąd przyszliśmy poprzedniego dnia:

W sezonie moglibyśmy tutaj obok wypić kawkę, teraz musieliśmy obyć się smakiem. Piotrek przyniósł zajumane po drodze pomarańcze, kwaśne tak, że ocet przy nich byłby coca-colą.
Zaglądnęliśmy do wnętrza:
Następny odcinek biegł przez wilgotne, ciemne lasy, skupiłem się na marszu i myślach, które są w głowie. Tak mi zeszło aż do przedmieści Deià.
(fot. Iwona)
Udaliśmy się na punkt widokowy położony na skalnym cyplu, skąd było ponownie widać morze

(fot. Iwona)
Do tej maleńkiej zatoczki zejdziemy

Zrobiliśmy mały odpoczynek. Wbrew wyglądowi na zdjęciu, morze mocno pracowało przy brzegu przesuwając i rzucając kamieniami. Dlatego odważyliśmy się z Piotrkiem tylko na małe zamoczenie nóg...które skończyło się zamoczeniem całego torsu od nagłej fali.
Opuszczamy brzeg morza i szukamy miejsca na jakiś lanczyk.
Deià
Być może w styczniu, lutym będzie tutaj śnieg, z którego można by ulepić prawdziwego bałwana, na razie trzeba się zadowolić takim dmuchańcem
Tak, sądząc z archiwalnych zdjęć, które widziałem, na tych zboczach i grzbietach zdarza się pokrywa śnieżna. Świadczą też o tym wspominane wcześniej cases de neu.
Wylądowaliśmy w małej rodzinnej knajpce i zjedliśmy wszyscy dobre rzeczy, a na koniec - wiadomo, cafe cortado dla mnie, desery dla grupy.
(fot. Iwona)
Po tych przyjemnościach mogliśmy pójść do czwartego z kolei schroniska. 
Przedtem jeszcze drobne zakupy i nieco plątania się po malowniczym miasteczku. 
W końcu zameldowaliśmy się w  refugi o nazwie  Can Boi.
Oczywiście długo nie trwało, kiedy grupa znowu usiadła do jedzenia - jak pisałem wcześniej, przez cały wypad nie było nic ważniejszego XD

Dzień 5. ostatni na trasie. 
Od rana była ładna pogoda z lekkimi chmurkami. Czekało nas spore podejście z powrotem na wysokość około 950 m npm. Powoli robiliśmy wysokość mijając nieczynne hotele i pensjonaty.
Tajemnicze wejście do wnętrza góry:
Ze względu na dużą wilgoć grzyby rosły jak w polskich lasach w październiku

Ścieżka prowadzi ponad las i przez kilka skalnych grzęd. 
Z jednej z nich ścieżka "zjechała" - ale pojawił się za to prowizoryczny mostek, dzięki któremu mogliśmy iść dalej.
"Ło matko jedyno, łolaboga, co ja tu robię!!"

Po wyjściu ponad skalne grzędy 

zmierzaliśmy już mniej stromo na grzbiet
Na grzbiecie było całkiem sporo ludzi co było dla mnie lekkim szokiem. 
Przyczyną tego była bliskość miasteczka po drugiej stronie, skąd łatwiej można dostać się na grzbiet, piękna pogoda a ponadto fakt, iż jak się okazało, było to święto państwowe - Dzień Konstytucji (o czym wcześniej nie wiedziałem).
Widok w stronę południowozachodniego cypla wyspy daje czadu:
Podejrzewam, że ten najwyższy szczyt po prawej to ostatni tysięcznik w tym rejonie, Puig de Galatzó (1027 m)

Patrząc na południe widzieliśmy zatokę Palma i położoną nad nią stolicę o tej samej nazwie:
Zadowolniony Piotrula

Ścieżka skierowała nas dalej grzbietem a ze względu na lekkie rozprzężenie w grupie Ania poszła gdzieś swoją drogą ;-) 
Poszliśmy dalej głównym szlakiem a Ania jakąś odnogą wprost na Valdemossa.
Cóż, podziwiajmy zatem skalne królestwo ze szczytu Es Caragolí /945/, skąd było widać nie tylko naszą dzisiejszą trasę ale i poprzednią
Poszliśmy w stronę Puig Gros /938/
Pogoda co chwilę ulegała zmianie, oto sąsiedni Puig des Teix już zasnuwał się chmurami
a my zmierzaliśmy powoli przez trawy do dolinki potoku d'Avall



Zeszliśmy w głęboką gardziel doliny.
Po kilku kilometrach pojawiły się zabudowania Valdemossy.
I drób.


Valdemossa, ostatni przystanek na naszej trasie GR 221. Tutaj Chopin figlował z madame Sand na przełomie 1838 i 1839 roku. Pani George S. Valdemossa zimą nie spodobała się, czemu dała wyraz w swojej książce „Zima na Majorce”.
Fredzio podejrzewany przez miejscowych o gruźlicę również nie miał tam łatwego życia. Zamiast podreperować zdrowie, raczej wyszło mu to na gorsze. Nie zamierzam powielać przeczytanych informacji, natomiast zwrócę uwagę na jedną sprawę, która koresponduje doskonale z historią naszych "dziewiętnastowiecznych celebrytów". Otóż w czasie różnych wypadów miałem do czynienia z mieszkańcami gór i fakt, ludzie ci mają swoją specyfikę. Ale wyspiarze mają chyba te odrębne cechy wzmocnione jeszcze w dwójnasób. Natomiast kiedy trafią się wyspiarze, którzy równocześnie są góralami...oj, wtedy jest ciekawie do kwadratu. Są to społeczności upartych i konserwatywnych ludzi i trzeba wiele dobrej woli, żeby nie zostać "frajerem". Podobnie było i na Krecie i na Canarias i pewnie tak jest w innych bardziej egzotycznych częściach świata, których nie zobaczę.
Tymczasem zejdźmy do Valdemossy i zanurzmy się w gąszcz wąskich uliczek.
Niby nie pasowaliśmy do tego miejsca - w trekkingowych ciuchach, z plecakami itp nie tak jak często widywani tutaj turyści-zwiedzacze. Jednak odczuwałem na koniec tej niemalże stukilometrowej trasy więź z przyrodą wyspy, z prostym życiem ludzi w przeszłości w tych rewirach. To my chodziliśmy po kozich ścieżkach i mokliśmy w bryzie śródziemnomorskiej! 
(fot. chyba Iwonka)


Wieża na byłym klasztorze Kartuzów (w którym rezydował Chopin i Sand)
A w tej knajpce zakończyliśmy trasę definitywnie. Niektórzy jedli, inni przeklinali ostre jedzenie :-)
a ja robiłem fotki.
Nieopodal był położony przystanek autobusowy, z którego odjechaliśmy na upojny wieczór w Palmie ;-) Ledwo się zmieściliśmy do autokaru.
Wieczór w Palmie był podzielony pomiędzy sprawy ciała i ducha: otóż pierwszą część spędziliśmy w burgerowni zażerając się zmieloną krową z dodatkami...a potem poszliśmy odpokutować pod katedrę La Seu


Większość wieczoru spędziłem spoglądając na gotycką katedrę i słuchając coverów rocka z nieodległej sceny. Cóż, czasem synergia daje zdumiewające rezultaty.

Co tu można jeszcze rzec? Pomysły mogą być różne, kwadratowe i podłużne, ale dopóki nie dojdzie do realizacji pozostają tylko nieistotnym kłębkiem myśli. Kiedy zaś oblekną się w realność pozostaną w pamięci do końca życia. 
A bez zadęcia: to był po prostu wypad i trekking pierwszej jakości, zarówno pod względem trasy jak i towarzycha.





środa, 4 grudnia 2024

Na GR 221 w GRudniu. część 1.

 Sierra de Tramuntana


2024, grudzień


Jak do tego doszło -

wiem dokładnie, ponieważ zaplanowałem ten wypad od początku. Od kilku lat chodził mi po głowie powrót na Majorkę lecz tym razem nie na plażing lecz na to, co tygrysy lubią najbardziej: trekking z plecakiem z punktu A do B, następnie C, kolejno D, E i wreszcie - nie omieszkajmy F.

Po rewelacyjnym zeszłorocznym Maroku w listopadzie, w tym roku wymyśliłem lot do: Palma de Mallorca w całkiem przyzwoitej cenie. Dałem znać Piotrkowi, Piotrek zaprosił Iwonę, Iwona zaprosiła Krzyśka i Anię i oto w cinco personas spotkaliśmy się na lotnisku Chopina. 

Najzabawniejszym momentem było wyciągnięcie przez panią z ochrony pokaźnego noża z bagażu Piotrka. 

Dalej to już normalka, przelot, lądowanko, przejazd zatłoczonym autobusem za 5E do centrum, poszukiwanie naszego hostelu, wieczorny spacer około dziesiątej. Kolację nieco wtopiliśmy wybierając (zbyt) drogą restaurację nieopodal Rynku czyli Plaça Major...za to wino było smakowite.

Warunki w hostelu były kosmiczne, excentryczne i zaebiste - piętrowe koje z własnymi lampkami i gniazdkami, super świetlica, która odkryłem rano - można tylko polecić na city break w Palmie.
Rano usiłowałem popędzić towarzystwo, ale z tą grupą się nie da, no nie da: 
Uratowała nas tylko zmiana godziny odjazdu autobusu, bo inaczej dalibyśmy ciała. A trzeba przeca jechać i iść!! 
Jazda z dworca autobusowego - trwała ponad godzinę, wreszcie wysiadaliśmy w Pollença. Miasteczko jest przecudne i spokojne o tej porze roku. Kawka, inne smaczki:


Bożesz ty mój, pójdziemy wreszcie, czy nie! Zawsze mam takie nakręcenie przed nieznaną trasą.

Nareszcie zaczyna się dla nas szlak - tutaj na ulicy Carrer de l'Horta, wkroczyliśmy na GR 221. Biegnie on do tego miejsca szosą z Port de Pollensa. 
Należy tu zauważyć, że GR 221 nie jest tak jednoznacznie poprowadzony jak szlaki w Polsce, ma wiele odnóg, wariantów a miejscami nie ma oznaczeń, które pojawiają się nagle po przerwie. Ma też swoją nazwę opisową mianowicie Ruta de Pedra en Sec - co można w wolnym tłumaczeniu odczytać jako "Trasa Suchego Kamienia".
 
Ekipka jeszcze nie całkiem zgrana ale będzie dobrze!
Początkowo szliśmy uliczkami, następnie płaskimi ścieżkami polnymi wzdłuż strumienia. Przez strumień także, kilka razy. Tutaj była najniższa rzędna tego dnia - pas d'en Barqueta /61 m/. 

Przez kilka kilometrów robiliśmy tylko odległość idąc dnem tej szerokiej doliny.


Około rzędnej 150 m droga się kończy, dalej zaczęło się podchodzenie przez las położony u stóp skalnych ścian tworzących masyw Puig Tomir. Zaczęły się też pierwsze kłopoty - wiadomo, na początku zawsze coś trzeba poprawić w ekwipunku, dopasować i tak dalej. Na dokładkę Ania źle się poczuła, na szczęście Piotrek pobieżył z pomocą :-)

Robiąc wiele odpoczynków wyszliśmy na trawers obchodzący masyw Puig Tomir.
Po przeciwległej stronie doliny widoczne są inne szczyty, bliższe morza
Zagłębiliśmy się w las i przechodziliśmy kolejne przełęcz, w tym najwyższą tego dnia, Coll Pelat /686/  i na punkt widokowy, skąd było już jak na dłoni widać Lluc z klasztorem i naszym pierwszym schroniskiem, Son Amer.
Pierwszy dzień, mimo, iż relatywnie lekki, dał się nam we znaki - wyszły braki kondycyjne, nowy niesprawdzony sprzęt, nieznana trasa itd.

Schronisko Son Amer nie zapewniało nam kolacji, więc poszliśmy do knajpy niedaleko klasztoru, ja jadłem bardzo dobrą paellę.
Schroniska na trasie należą do Consell de Mallorca czyli takiego lokalnego towarzystwa turystycznego. Jak miało się okazać, schroniska zostały jakiś czas temu wyremontowane w jednolitym stylu, zasady i ceny w nich panujące podlegają takiemu samemu regulaminowi. Próbka klimatu we wnętrzu:

Schronisko było pustawe - oprócz nas była jedna Niemka i kilka grupek hiszpańskich.
Niedaleko refugi jest położone sanktuarium de Lluc.

Drugiego dnia czekało nas pierwsze solidne podejście już powyżej 1000m npm. Po drodze jest jedno z zachowanych ciekawych miejsc w masywie Tramuntana: tak zwane case de neu czyli "domy śniegu". Były to używane z dawien dawna - nawet w XVII wieku - rezerwuary na śnieg, który następnie lodowaciał. Lodem tym handlowano w celach gastronomicznych, proceder ten miał miejsce aż do początków XX wieku!
Podejście było żmudne i długie, najpierw przez las...a kiedy wyszedłem z lasu - zaczęło padać. Deszczyk był na szczęście dość przelotny ale niespodziewany, ponadto zaczął dokuczać silny przenikliwy wiatr.

Niezrażony piąłem się wyżej zakosami, za mną podążała reszta składu. Wyszliśmy na trawiaste wypłaszczenie przed grzbietem Puig de sa Mola (1181 m)

Ścieżka skręca ostro w lewo i wyprowadza na przełęcz, Coll de ses Cases de Neu /1142/. 
Zaczęło przebijać się nieśmiało słońce
albo ginęło za chmurą oblepiającą nas zewsząd. Musieliśmy stracić nieco cennej wysokości

i znowu podchodzić do kolejnej przełęczy, Coll des Telègraf...

a z tej na kolejną: Coll des Prat /1205/.
Z tej przełęczy będziemy schodzić w długą dolinę wciśniętą pomiędzy wysokie szczyty, Puig de Maçanella (1364m) i Serra des Teixos (1259 m).
Puig de Maçanella to wybitny szczyt w tym rejonie, niewiele niższy niż pierwszy Puig Major (1436) najwyższy na Balearach. Przy lepszej pogodzie i bez plecaka można by się pokusić o wejście na szczyt, jednakże teraz nie miałem na to siły.



Długie zejście doliną potoku Prat skończyliśmy w pobliżu źródełka Font de Prat. Woda w źródle ukrytym w kopulastej ziemiance była tak krystalicznie czysta, że jej...nie zauważyłem i wlazłem po kostki!
Niedaleko za źródełkiem doszedłem do rozdroża. W prawo odbija łatwy wariant GR 221, my zaś poszliśmy w lewo do schroniska. Obchodzimy w ten sposób masyw Tossals Verds, od którego nazwę bierze kolejne refugi.

Poszliśmy dalej pomiędzy dziwnymi formacjami skalnymi z wapieni, przywołującymi odległe skojarzenia z zachodnimi krańcami Tatr, na przykład okolicami Siwego Wierchu.

Na pewno jednak wapienie te są tak samo śliskie jak te w Tatrach Zachodnich, szczególnie kiedy są zroszone deszczykiem, dlatego każdy krok musiał być stawiany z uwagą.
Ostatni odcinek, łatwy i niezbyt długi, szliśmy nieśpiesznie podziwiając okolicę na spokojnie, pogoda na popołudnie wyraźnie się poprawiła, mieliśmy całkiem dobry czas i korzystaliśmy z pięknego grudniowego słońca XD
Wapień de Tramuntana
Obrażony na Piotrka kozioł (wiem, dlaczego)

Wyszliśmy na jakąś przełączkę, blisko do schroniska więc humor nam dopisuje.
Hej, zróbmy sobie selfiaczka pod tym drogowskazem - woła Iwona!
No i wyszło jak zwykle.
Schronisko, do którego zmierzaliśmy było już tuż u naszych stóp:
Ostanie ostre zejście i staliśmy we wnętrzu z olbrzymim kominkiem. Suszyło się tu kilka par butów i jakieś ciuszki, ja też dołożyłem mojego zamoczonego w źródle buta.
Dostaliśmy pokoik szóstkę, bardzo czysty, nieco podgrzany
Mam lekko mieszane uczucia co do tego pobytu. To było zdecydowanie najbardziej górskie schronisko na trasie - nie można tutaj dojechać samochodem, jest położone najdalej od cywilizacji i w głębi gór Tramuntana. Nie przychodzą tutaj przypadkowe osoby na nocleg, mimo, iż jest to wysokość ledwo około 550m npm.
Na miejscu nie mieliśmy zamówionej kolacji, lecz na naszą prośbę gospodarz mając widocznie zapasy, zrobił dla nas to danie po kilku godzinach od przyjścia.
Było pysznie i klimatycznie. Były to jakieś klopsiki (baranie?) w sosiku i z ziemniaczkami, papryką i tak dalej. Potem graliśmy w śmieszne gry albo robiliśmy wróżby korzystając z talii Baraja Espanola czyli hiszpańskiego tarota, wszystkie wróżby okazały się prawdą!
Dwie sprawy psuły mi humor - pierwsza to incydent pod prysznicem, jak dziewczyny opowiadały, jedna z Hiszpanek próbowała im zabrać markowy szampon :-) i musiały dziarsko bronić swojej własności.
Druga sprawa ma bardziej ogólne podłoże - otóż wyspiarze mają duże poczucie patriotyzmu lokalnego i czują się związani z Barceloną i Katalonią. Przekłada się to w życiu codziennym na niechęć do mówienia w "głównym hiszpańskim" czyli w kastylijskim (castellano). Ja coś tam dukam w tym języku. Za to kataloński (catalan) jest dla mnie czasem zagadkowy, chociaż mówiąc obrazowo - myślę, że to jest coś jak dla Polaka słowacki (lecz pewnie nawet bardziej podobny). 
Ogólnie rzecz biorąc, nie miałem problemów z dogadaniem się  w podstawowych sprawach jak transport, zakupy, gastronomia, zwroty grzecznościowe, ale w tym właśnie schronisku uparty góral udawał, że nic nie rozumie: np mówię "ropa de cama" czyli pościel, po katalońsku - "roba de llit" i co najlepsze,  miał nad sobą zawieszoną kartkę z tymi hasłami w obu językach!
Ale w łamanym angielskim wszyscy chatarzy gadali, to tak na przyszłość, jakby ktoś chciał pojechać.
Mój crew, czyli  nasza grupa, cała była skupiona na jedzeniu. Do tego zmierzały wszelkie rozmowy, na tym kończyły się wszystkie wywody. Tylko my spałaszowaliśmy cały gar podanego dania na kolację, było nam aż przykro patrzeć, ile zostało na innych stołach i poszło do utylizacji. Rano zemściliśmy się na nich - wstaliśmy wcześniej niż inne grupki i zeżarliśmy im większość masła i tak zwanego obkładu. Jak się potem okazało w innym schronisku, Consell de Mallorca daje tylko po dwa plasterki i jedno masło na turystę w cenie śniadania XD Powiedzcie to Iwonie i Krzyśkowi na diecie keto XD
Bardzo martwiłem się pogodą na nadchodzący dzień, bo miał być wymagający i okraszony odcinkiem ubezpieczeń. Tymczasem jednak, deszcz, który znienacka nas dopadł na Coll des Prat był jednak jedynym na tym wyjeździe, a co przeszliśmy w kolejne trzy dni będzie tematem części drugiej.