wtorek, 30 września 1997

Góry Krety

Trzy pasma Krety


1997, wrzesień



Zdarzyło mi się być na pięknej wyspie Krecie, troszkę w ramach spóźnionej niby to podróży poślubnej, trochę namówiony przez rodzinę, która tam bywszy wcześniej.

Ogólnie Kreta kojarzy się z wakacyjną labą na plaży, ewentualnie pod palmami. Jest w tym sporo racji. Osobom jako-tako obeznanym z historią, szczególnie historią sztuki, przypomną się pewnie jeszcze wykopaliska w Knossos, Gortynie, Fajstos itd.

Właściwie o tym wszystkim można przeczytać w przewodniku... 

Górami za to mało kto się interesi, a szkoda. 
Otóż na Krecie piętrzą się co najmniej trzy (główne) pasma górskie o wysokościach przewyższających sporo 2000 m, a ponieważ wyspa jest wąziutka - tak średnio ze 30 km - właściwie wszędzie, gdzie tylko zejdziemy z plaży albo z szosy, jesteśmy zaraz na pochyłości. Czyli w górach. A o to przecież chodzi.

Pierwsze pasemko poczynając od zachodu nazywa się Lefka Ori czyli Białe Góry:




Można tam dojechać z wycieczką, ponieważ w paśmie tym znajduje się jedna z największych atrakcji turystycznych Krety - Wąwóz Samaria.


Autobusy setką serpentyn wywożą nas w pobliże wsi Omalos - na kraniec wąwozu położony około 1200 m npm. Następnie schodzi się około 16-17 km aż do samego wybrzeża we wiosce Agia Roumeli. 

Sam wąwóz jest przepiękny, początek bardzo stromy i szeroki, ale pod koniec są miejsca, gdzie rozłożywszy ręce można dotknąć obu jego ścian. 
Góry nas otaczające sięgają 2500 m, ale niestety stanowią zdaje się jakiś rezerwat.  

Fotka z Samarii z zakupionego na pamiątkę kalendarza:



Niestety, przez powszechną dostępność komunikacyjną w postaci organizowanych wycieczek jest sporo "stonki", szczególnie niemieckiej, nawet po sezonie. Niektórzy szczególnie słabo kondycyjnie przygotowani wybierają wariant "na osła":
W dolnej części wąwozu pojawiają się stare kapliczki

A potem wychodzi się na brzeg ciepłego morza i płynie się promem wzdłuż wybrzeża podziwiając góry (i popijając schłodzoną Retsinę z małej butelki), z których się przed chwilką zeszło:




Następne na wschód, centralnie na wyspie położone pasmo nazywa się Idi Oros
Tutaj znajduje się najwyższy szczyt Krety zwany również Psiloritis (czyli właśnie "najwyższy"), który ma 2456 m npm.
Wynajętym (na spółę z poznanymi rodakami) autkiem kierujemy się najpierw na wioskę Anogia, a następnie po wielu serpentynach do parkingu (około 1350 m npm), który jest punktem wyjścia do jaskini Zeusa. Stoi tu również restauracja-schronisko.



Dalej było o tyle trudno, że nie mieliśmy jakiej-bądź porządnej mapy, przewodniki raczej milczą na tematy górskie, oznakowanie bardzo różni się od naszego. 
Otóż na górę wiedzie szlak, wyznaczony najpierw gdzieniegdzie rombami na palikach, postrzelanymi niemiłosiernie przez górali ze wszystkich możliwych kalibrów. 
Następnie idziemy niewyraźną ścieżką po kamlotach kierując się ustawionymi z rzadka piramidkami z kamieni.
No ale w końcu wyleźliśmy na szczyt, skąd widok jest wielce rozległy, po obu stronach, północnej i południowej, widać morze.

Trasa trwała kilka godzin bez przerwy w ostrym słońcu; wracamy inną drogą, którą na czuja wyznaczyłem "na skróty". 
Biegła poza ścieżkami tak zwaną fryganą, czyli krainą bezdrzewną, porośniętą niską, kłującą roślinnością, czyli różnymi kolczastymi i twardolistnymi roślinami i krwiściągami.

Nie ma żadnych strumyczków, ani skrawka cienia. Krajobraz jest dla Polaka wychowanego wśród lasów i "łanów zbóż szumiących, gdzie dzięcielina panieńskim rumieńcem pała", straszliwie obcy i nieprzyjazny, ale zarazem fascynujący. 

Można się poczuć jak Frodo w Mordorze, szczególnie, że zabraliśmy (niezbyt przezornie) zbyt mało wody.
Odczuliśmy to boleśnie na koniec ale na szczęście na dole była czynna poprzednio wspomniana knajpa, gdzie ugasiliśmy pragnienie najsmaczniejszą kolą w naszym życiu 😄 .



No i wreszcie - pasmo wschodnie, czyli Dikti Oros.
Najwyższe szczyty to Afentis Christos (2141) i Dikti Agios (2148)
Osobliwością tego pasma jest to, że tworzy ono zamknięty pierścień wokół Płaskowyżu Lassithi, położonego na wysokości około 850 m npm.

(fot. feriesingreece.com)

Ale żeby się tam dostać, musieliśmy znów po serpentynach przejechać przez jedną z dziewięciu przełęczy prowadzących na płaskowyż (przełęcz Ampelou, 903m npm).
Na tych przełęczach nieźle piździ, więc wszyscy ustawiali tam wiatraki.

Na całym płaskowyżu używano wiatraków do pompowania wody i nawadniania pól. Część z tych wiatraków została do dziś. 


(fot. powyżej x2 z netu) 




Wielką atrakcją w tym rejonie jest Dikteon Andron, czyli jaskinia Zeusa - tam się ponoć narodził. Czyli tam musiała mieszkać również koza Amaltea 😄.
Jaskinia jest położona na wysokości ok. 950 m, ponad wioską Psychro
Do jaskini włazi się jak do wielkiej dziury w ziemi, nie poziomo, ale tak bardziej pionowo.
Nie ma tam żadnego oświetlenia, więc kreteńscy górale robią interesy na głupich turystach wypożyczając im na czas zwiedzania oldschoolowe specjalistyczne oświetlenie speleologiczne, czyli lampy naftowe (teraz - 2017 - jest już ponoć elektryka założona) a co grubsze Niemry wożą się na biednych osiołkach.

Myślę o powrocie, szczególnie od kiedy przeczytałem o szlaku E4 przebiegającym przez całą długość wyspy. Szlak ma około 320 km (to zdaje się długość z odnogami?), podają, że na przejście potrzeba trzech tygodni. Pewnie i w dwa dałoby radę...Może się kiedyś uda.

niedziela, 15 czerwca 1997

Wilki w roli pasterzy - Krościenko

Pieniny+Beskid Sądecki


1997, czerwiec



Kolejny raz jedziemy jako opiekunowie wycieczki. Naszym celem jest Krościenko i Szczawnica.
Pogoda jak widać była mieszana, czasem słońce czasem deszcz 😄.



Mieszkaliśmy w Krościenku w jakimś domu wczasowym czy wycieczkowym lub coś w tym stylu. 
Mnie niestety zdaje się już w dzień przyjazdu spotkała niemiła przygoda - kiedy na parę minut położyłem się, aby odpocząć, odłożyłem gdzieś obok okulary. Za chwilę zapomniałem o nich i zgniotłem je łokciem...Przy mojej wadzie wzroku to był dramat.
Potem chodziłem tak trochę na ślepo, mało co widząc, próbowałem używać jakieś zastępcze bryle ale to było na nic.
Oprócz pobytu w Szczawnicy pamiętam jeszcze wyjście na grzbiet gdzieś w rejon Szafranówki.
Ale miło też było, szczególnie fajne były oscypki popijane napojem na czarnych porzeczkach...ale to chyba za każdym razem tak bywało. 
Wszelkie nasze wykroczenia na szczęście już się przedawniły 😄. Fajowy czas.

wtorek, 31 grudnia 1996

Sylwester Lądkowy

Góry Złote


1996, grudzień



Skusił nas Sylwek w Lądku-Zdroju. Znaleźliśmy tanie noclegi przez FWP i pojechaliśmy w osiem osób. Nasz hotel nazywał się Placówka, obecnie (2017) z tego co wiem jest w stanie upadku.

Był srogi mróz, ale robiliśmy dzielnie wycieczki 😄. Klasyka to oczywiście traska na Trojak i dalej na ruinki zamku Karpień.




Inna wycieczka w mroźny dzień zaprowadziła nas wzdłuż Białej Lądeckiej do Radochowa.




Po przejściu rzeczki wchodzimy na Cierniak a za nim do Jaskini Radochowskiej.


Pojechaliśmy również na organizowana wycieczkę na czeską stronę - do Nachodu oraz do Novego Mesta nad Metuji. Było naprawdę bardzo, bardzo zimno. Pewnikiem coś poniżej (-) dwudziestu dwóch stopni, jeśli dobrze pamiętam.


A oto zdjęcia z Międzygórza, które zrobiło na nas wtedy extra wrażenie.


Wodospad Wilczki (był wtedy jeszcze wyższy o 5 metrów, przed oberwaniem się progu w powodzi w lipcu kolejnego roku):

 Wyleźliśmy też dla rozgrzewki na Igliczną /845/



No i oczywiście nie można tak sobie odpuścić wejścia na Śnieżnik, podjechaliśmy za Kletno i poszliśmy w najbardziej wytrwałej czwórce; tu koło kamieniołomu i Źródła Marianny (tam gdzie błękitny lód)

 Dalsza droga klasycznie żółtym szlakiem
Po dojściu do schroniska idziemy na szczyt, nie było dużo śniegu...

...ale kiedy wracaliśmy - zaczęło sypać:
No i powrót do naszej "19stki", dawała radę na ośnieżonych drogach...
Był to bardzo fajny przedłużony Sylwek. No i to była dopiero zima!