niedziela, 3 stycznia 2010

„Sichelschnitt” przez Czechy

Góry Stołowe (Broumovske Steny)


2010, styczeń




Przez kilka miesięcy z powodów rodzinnych (córka zapadła na chorobę nowotworową) nie miałem możliwości wybrania się w górki nawet na moment.
Ponieważ sprawy zaczęły się wreszcie dobrze układać, pojawiła się w końcu taka możliwość. Byłem podwójnie i niemożebnie szczęśliwy. 
Niestety, okazało się , że będę musiał pojechać sam, więc z rozsądku odrzuciłem bardziej wymagające pasma, popatrzyłem na mapę i wymyśliłem sobie taki „Sichelschnitt” (czyli "Cięcie sierpem", był to kryptonim ataku Niemiec na Zachodzie w 1940 roku) przez Czechy Górami Stołowymi tak, aby ściąć występ Broumova z okolic Mieroszowa do Dusznik Zdroju korzystając z dobrodziejstw strefy Schengen, co dla mnie wychowanego za komuny i wielokrotnie przeciąganego przez wopistów wciąż jest sporą frajdą. 
Z całkiem sporym plecakiem pojawiłem się rankiem w Wałbrzychu, wbiłem w busik do Mieroszowa (5,-) i podążyłem stamtąd w stronę granicy na przełęcz nad Zdanowem.
Był mrozik około 10 stopni ale bezwietrznie więc szło się idealnie. 
Z braku zdjęć z tego wypadu posłużę się mapką trasy z mapy.cz 

Dalej już granicznym zielonym szlakiem ruszyłem na Mieroszowskie Ściany, po jakimś czasie podchodzenia zaczęły pojawiać się otwarcia na Góry Wałbrzyskie i widoczne za nimi Góry Sowie. 

Grzbiet kończy się Bukową Górą - tutaj granica odbiega w stronę północno-wschodnią a szlak zbiega w dół nie wchodząc na pasmo Nad Studankou, dalej jest niestety spora parukilometrowa przerwa w górkach , którą przebyłem w tempie pospiesznym. 

Ciekawe, że w Czechach opłaca się utrzymywać połączenia kolejowe do małych miejscowości w górach - pomyślałem, przechodząc koło mikrostacyjki Bohdašín



Za tunelem znowu zaczęło się podejście przez zimowy las przez grzbiet Przikra Strań, (obecnie - 2017 - szlak biegnie dołem) ścieżka była całkowicie oblodzona co dawało pojęcie o tym co będzie mnie czekało dalej. 
Na przełęczy Honske Sedlo nadeszła pora na krótki odpoczynek i wszamanie zupki. 
Na szczęście aura sprzyjała relaxowi. 

Z przełęczy nastąpiło krótkie sprawne podejście na Honski Szpiczak  /652/.
Tutaj zaczynają się Broumovske Steny czyli najciekawszy odcinek traski. 

Najpierw w lesie pojawiają się skalne wychodnie, potem pojedyncze ostańce a wreszcie teren zaczyna przypominać Szczeliniec Wielki rozwinięty wzdłuż na wiele kilometrów. 
Szlak prowadzi wprost przez skałki bez żadnego opierdalania się i w warunkach całkowitego oblodzenia oraz z pełnym plecakiem okazuje się wymagający kondycyjnie oraz „uważnościowo”. 
Co i rusz z kolejnych kulminacji otwierają się widoczki na Góry Wałbrzyskie i widoczne za nimi Góry Sowie.
Po dłuższym czasie zobaczyłem w końcu dach, który przyniósł mi chwilową nadzieję...niestety pseudoschronisko Hvezda okazało się zarezerwowane i rozwiały się moje nadzieje na polievkę, pivko oraz nabranie wody. W ten sposób zostałem z resztką wody w baniaczku a przede mną było jeszcze sporo kaemow 😒
Skalne Divadlo (fotki z innej mojej wycieczki)




Dalsza trasa biegła w podobnym terenie grzbietem co i rusz obniżając się lub wznosząc trzeba przeciskać się przez skalne bramki, gdzieniegdzie przejście ułatwiają stalowe poręcze.


Cały czas trzeba było cholernie uważać ze względu na oblodzone głazy, po których się tam chodzi, na cud zakrawa w tej sytuacji fakt, że tylko raz zaliczyłem parter i to skończyło się na bocznym puknięciu kolanem w kamlot. 
Z platformy na szczycie Supi Hnizdo /702/ mam ostatnie popołudniowe widoczki. 
Dzięki dobrej widoczności w oddali około 45-50 km błyszczy Śnieżka...
Widok z innej mojej wycieczki w stronę Koruny:



Szlak nie zmienia charakteru przez kolejne kilka km grzbietu i daje mi w kość, zaczyna się już ściemniać, więc od miejsca zwanego Nad Slanym dałem sobie spokój z wędrówką głównym grzbietem i omijając Velką kupę (może to i dobrze :) ), ostatnie trzy kilometry z bez mała 30 kilometrowej drogi poszedłem leśną drogą do polany Panuv kriż u stóp Bożanowskiego Szpiczaka, który jest po czeskiej stronie granicy najwyższym szczytem, chociaż z 773 metrami daleko mu do naszego Szczelińca. 
Tam było już kompletnie ciemno i coraz mroźniej więc wbiłem się w puchówkę i korzystając zastępczo z wody w stanie stałym (z dodatkiem cholernych igieł modrzewiowych, których nie mogłem się pozbyć ze śniegu) ugotowałem co tam było potrzeba organizmowi. 
(fot mapy.cz)

Nocleg we wiacie minął w miarę spokojnie mimo wilkołaczego księżyca i bębniącego bólem kolana. 
W trakcie nocy wzrosła temperatura i zaczął padać śnieg zawiewając na śpiwór...poranek powitał mnie już niestety niżową pogodą.
W miejscu zwanym U Zabiteho znalazłem pierwszą wodę po 24 godzinach. 
Dalej krótkie podejście do Machowskiego Kriża, gdzie jest identyczna wiatka jak ta , w której spałem. Stąd do granicy były już tylko trzy kroki. Dalej ścieżka podążała granicą i zbiegała do Pasterki. W schronisku pochłonąłem śniadanie z jajówą z patelni (wedle życzenia). 

Z Pasterki wlazłem paskudnie zniszczonym jak po kalamicie zboczem . 
na przełęcz miedzy Szczelińcami, skąd po oblodzonych schodach ześlizgnąłem się do Karłowa. Dalej na Lisią Przełęcz i kolejne kilka kaemów skrajem urwiska...niestety , widoków nie było. 
Przy schodzeniu z urwiska koło Puchacza natrafiłem  na ubezpieczenia w postaci łańcuchów, zresztą istotnie w tym miejscu w warunkach oblodzenia pomocne. 
No i cóż, dalej jeszcze parę kilometrów w dół do Dusznik Zdroju w otoczeniu nudnej odwilżowej zgnilizny i to był koniec wycieczki.