niedziela, 19 sierpnia 2018

Czy na Majorce można zniszczyć buty na skałach?

Serres de Llevant


2018, sierpień



Oj, chodzenia to tutaj za dużo nie było ;-) Wyjazd był całkowicie podporządkowany wypoczynkowi, taplaniu się w ciepłym morzu i korzystaniu z hotelowych atrakcji oraz z przyjemności podniebienia, jakie oferuje kuchnia wyspiarsko-hiszpańska. 
Tym niemniej udało mi się zrobić kilka krótkich wycieczek po pagórkach wschodniej części wyspy. Najwyższy szczyt Majorki w górach Tramuntana mnie nie interesował - pasmo to było po przeciwległej stronie wyspy. Wymagałoby to pożyczania samochodu i całej zwiazanej z tym logistyki, szkoda mi było czasu i atłasu. Górki te muszą poczekać na swoją kolej :-), może kiedyś poza sezonem.

Od początku frapowała mnie doskonale widoczna niemal naprzeciwko hotelu i plaży niby to "wielka góra" wyrastająca jak się wydaje wprost z morza. 
W materiałach internetowych jednak polecano przejście przez cyple i zatoczki położone wokół Cala Ratjada. Okazało się to świetnym pomysłem na wspólną wycieczkę z pięknymi widokami.
Zaczynamy na promenadzie biegnącej ponad urwistym, skalistym brzegiem.

Wygodna dróżka się kończy i teraz musimy iść wprost po skałach. Zdaje się, wapiennych skałach.

Najbardziej strome urwiska musimy oczywiście obejść, cofając się nieco w głąb lądu. 
Za pomocą dżipiesa prowadzę na punkt widokowy położony powyżej urwiska:


Pomiędzy domami wychodzimy na inny punkt widokowy położony po przeciwległej stronie cypla. 

Po chwili weszliśmy znów w okoliczności przyrody.

 Pora teraz podejść kilkadziesiąt metrów na uwypuklający się 😁 przed nami pagórek
  w terenie usianym widocznymi skałami
Po drodze ścieżka wyznakowana stojącymi gdzieniegdzie słupkami wyprowadza nas na jeszcze jeden nadmorski punkt widokowy
I ostatni odcinek do pokonania

Na wierzchołku stoją ruinki dawnej wieży obserwacyjnej o zastosowaniu antypirackim,Torre Esbucada. Jesteśmy oto na wysokości z 60m nad poziomem morza 😄.
Nieopodal stoi używana nadal latarnia morska. Jest tutaj oczywiście więcej ludzi niż na "naszym" szlaku - ponieważ można tu dotrzeć samochodem.

 
Można nadmorskim szlakiem jeszcze obejść kolejny cypel widoczny powyżej. My jednak skończyliśmy tutaj trasę i przez aromatyczny las piniowy zeszliśmy do portu.
Ta nieduża aczkolwiek malownicza wycieczka dała mi przedsmak tego, jak może być fajnie na tutejszych skałach.
Zmobilizowało mnie to do wstania wcześnie rano i wyruszenia o siódmej, zanim zacznie się prawdziwy upał, na widoczną z naszego balkonu "wielką górę".
Szlaki lokalne są dobrze oznakowane systemem słupków z tabliczkami w różnych kolorach i odpowiednimi strzałkami.

Oprócz nich pojawiają się często plamki czerwonej bądź niebieskiej farby, maźnięte wprost na skałach. Tutaj stromy, skalisty odcinek.
  
Z poziomu plaży wchodzi się najpierw ścieżką wspólną dla wszystkich szlaków, następnie stromo przez las ramieniem do grzbietu. Na odcinku pół kilometra trzeba podejść prawie 150 metrów, więc faktycznie jest górsko. Ze skraju lasu widać już cel - wieżę na szczycie skąpaną już w porannym słoneczku.
Trochę dodatkowego wysiłku kosztuje mnie przejście tym grzbietem usianym skałkami, ponieważ ścieżka wśród wysokich traw jest mylna i zdarzyło mi się ją zgubić.  
Na szczycie wiatr jak w prawdziwych górach ;-) 
Ale zaraz, zaraz, przecież właśnie jestem w górach: mają swoją nazwę, notkę na wiki i w ogóle 😄.
Talaia de Son Jaumell /273/:
Talaia to "wieża strażnicza" po katalońsku (balearski to właściwie dialekt lub odmiana katalońskiego):


Schodzę tą samą droga spotykając jeszcze trzech czy czterech amatorów wędrówek.
Naprzeciwko pięknie się prezentuje skalny grzebień sąsiedniego szczytu.

Wygląda mi to na świetny pomysł na kolejną wycieczkę!
Zlany potem wracam do hotelu na śniadanie, myśląc o następnym miniwypadzie.

Niedługo doszedł on do skutku, tym razem (niestety!) nie z samego rana, lecz w trakcie wspólnej wycieczki do sąsiedniej miejscowości, Cala Mesquida.
Po wejściu na przełęcz Coll de Marina odbiłem w lewo na szlak znakowany żółtym kolorem. Czeka mnie stąd jeszcze 150 metrów podejścia na szczyt. Początek szlaku jest łagodny:


Tak, to jest właśnie szlak. Przyjemny spacer nadmorski 😁, myślałby kto:
Trzeba uważać na przebieg ścieżki, bo łatwo zboczyć w mylną odnogę w wertepy w bok. Słońce operuje niemiłosiernie. Trekking i podejście w tych warunkach jest doprawdy innego rodzaju wyzwaniem, niż w cienistym polskim reglu.
Lawirując między skałami pokonuję ostatnie metry przewyższenia szukając najwyższego punktu. Znajduje się on na przeciwległym krańcu dość rozległego szczytu.
Naprzeciwko góruje masyw uprzednio zdobytego Son Jaumell.
No i jestem. Kamień zrobił mi zdjęcie, nie wysilił się zbytnio.
Wierzchołek Puig de l'aguila /233/ - czyli coś jakby Orli Wierch może powiedzielibyśmy po naszemu .
Ponad dwieście metrów niżej na brzegu morza widoczna miejscowość Cala Mesquida, gdzie właśnie przebywała reszta mojej ekipy:
Czeka mnie teraz powrót na dół z powrotem do przejścia przez Coll de Marina (czyli dalej bawiąc się w tłumacza, możnaby rzec, że to Morska Przełęcz)
Bardzo uważnie przemieszczam się w dół stawiając ostrożnie stopy na śliskich wapiennych skałach lub zdradliwym żwirku.
No i właśnie w trakcie tego zejścia się przekonałem, że odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi "tak" - można tu jednak zniszczyć buty na skałach. Moje lekkie adidaski nie przeznaczone do takiej roli 😔 zarobiły dodatkowe dziurki od ostrych krawędzi, ale także odkleiła się podeszwa. Do wyrzucenia.
Te przyziemne problemy nie przeszkadzały mi jednak w łapaniu pieknych ujęć, jakich na poziomie plaży bym nie znalazł.
 Czyżby odpowiednik słynnej sosny na Sokolicy?
Po zejściu na dół przyłączyłem się do uczestniczek naszej wycieczki w miasteczku. Teraz widzę "moje" dwie góreczki z drugiej strony. Skaliste zerwy Orlego Wierchu:
I masyw Son Jaumell ze skalną ostrogą, którą wypuszcza w morze.
Wróciliśmy tą samą drogą odwiedzając po drodze plażę. Mimo silnej fali kąpiel była dozwolona w wąskim pasie strzeżonym przez ratowników. Skończyło się to dla mnie kilkakrotnym przykryciem przez grzywacze i nałykaniem się słonej wody :-)
Wspomnę jeszcze o krótkiej wycieczce zrobionej wspólnie z całą ekipą u morskiego podnóża Son Jaumell
Przeszliśmy na drugą stronę naszej zatoczki. Za skalnym długim półwyspem kryła się tam... mniejsza zatoczka. Jednak bez łatwego dostępu do wody. O ostre skały rozbijały się spore tego dnia fale.
My trawersujemy zbocze kilkadziesiąt metrów ponad linią brzegową wygodną aczkolwiek mało uczęszczaną przez tutejszych turystów ścieżką.
W pewnej chwili ponad piniowym lasem otwiera się zaskakujący widok na szczyt: Talaia de Son Jaumell - ponad dwieście metrów nad naszymi głowami. Tam byłem :-)
Ścieżka doprowadza nas na brzeg na dziką kamienistą plażę zwaną Cala na Llobriga:
Ponad brzegiem wznoszą się niedostępne skały i kruche na oko urwiska, porośnięte odważną roslinnością.
Oprócz nas trafił tam w tej chwili tylko jeden turysta i kontemplował w ciszy urodę morza, fal i skał.

Cieszę się, że wiele negatywnych opinii w necie o miejscowości okazało się humbugiem i udało się tak fajnie spędzić czas, nie tylko na plaży i w basenie ale i odczarować Majorkę ponoć znaną przede wszystkim z hoteli i nocnego imprezowego życia. Ja będę ją wspominał jako miejsce pełne przyrody i urokliwych wznoszących się z morza górek. 
Chętnie wrócę na wyspę, aby poznać jeszcze góry Tramuntana.

Jako dodatek wypatrzony w hotelowym parku dudek Upupa epops, którego spotkanie było spełnieniem marzenia mojej córki:

2 komentarze:

  1. Takie nadmorskie, niewysokie szczyty potrafią czasem nieźle zmęczyć ;) A buty, to się rozsypały, bo nie dostosowujesz sprzętu do zastosowań :P

    OdpowiedzUsuń