czwartek, 20 sierpnia 2015

Cztery czeskie pasemka

Doupovské hory / Krušné hory / Český les


2015, sierpień




Na początek góry, które są prawie niedostępne dla zwykłego turysty ponieważ-żeż są objęte zakazem wstępu ze względu na poligon na tym terenie.

Góry te sięgają 934m npm i stanowią pozostałość kaldery olbrzymiego wulkanu - w postaci zbliżonej do okręgu.

Akurat na te góry padał nasz wzrok po wyjściu z hotelu. To chyba rejon szczytu Velká Jehličná /828m/

i grzbiet na południe od niej

Czyli to pewnie będzie Pusty zamek /933m/

Jedyną legalną możliwość poskrobania tego pasemka stanowiło podejście czerwonym szlakiem z Kyselki prowadzącym na szczyt Bucina /582m/ i na tamtejszą rozhlednę. Wycieczka krótka, ledwo 2 km w jedną stronę ale żeńska część grupy była niedysponowana , panował ogromny upał tego dnia a do podejścia na tym krótkim odcinku było ok 230m.
Po drodze jest ładnie odnowiona kapliczka

Przełom Ohrzy:

Tablice już nas ostrzegają przed wstępem na vojensky ujezd czyli groźny poligon

Widok z wieży w stronę Krusznych Gór

Sama kamienna wieża

Gołoborze na stoku Buciny , niestety już w trakcie zarastania

Cieszę się, że mogłem tam zajrzeć, do tego niedostępnego zakątka.


Karlovarská vrchovina - część Slavkovský les
Sławkowski Las jest wyższą i powiedzmy północno-zachodnią częścią.

Tutaj okolice Karlovych Varów:

Po obejściu centrum uzdrowiskowego mimo wszechobecnego upału udaje mi się namówić ekipę na podejście na górujące nad miastem dwa pagórki - Jižní vrch /514m/ oraz Výšina přátelství /556m/. Oba wznoszą się stosunkowo wysoko (150-170m) ponad rzeką Teplą. Na obu są też wieże widokowe.





Na szczyt Výšina přátelství niestety można też wjechać kolejką terenową "Diana" przeto jest tam mnóstwo ludzi, knajpa a nawet mini zoo. Co ciekawe , w tutejszej wieży jest winda. Nie trzeba więc drapać sie po 150 stopniach.

Na pewno było warto nie ograniczyć się tylko do miasta ale i spojrzeć na nie z góry.


Jadąc do Mariańskich Łaźni postanowiłem nie objeżdżać gór lecz przejechać przez nie na wskroś szosą nr 212. Odbicie tej szosy ciężko znaleźć bo jest źle oznaczone, jak zresztą wiele miejsc w Czechach, w końcu się udało i zaczęliśmy się wspinać, silnik wytężał swoje 140 koni, szosa raczej przypomina szlak rowerowy. Mało kto tam jeździ, ja widziałem tylko dwoje rowerzystów. Szosa jest fajnie widokowa i w końcu dojechaliśmy na jej najwyższy punkt Vysoke Sedlo. Stąd mieliśmy już tylko krótką wycieczkę na najwyższy szczyt Slavkovský lesu czyli Lesny /983m/dawniej Judenhau (za czasów K.u.K.).





Widoki są bardzo ogranicznone przez las a szkoda bo szczyt jest wybitny w okolicy.


Być tak blisko i nie wejść byłby grzech, chociaż wciąż brakuje mi jakiejś solidnej "hrebenovki":-)


Inny rejon Sławkowskiego Lasu zobaczyliśmy wracając z Mariańskich Łaźni , szosa biegnie a raczej wije się wąską doliną-przełomem rzeki Tepla, momentami wygląda to tak, jakby ktoś niefrasobliwy poprowadził szosę np Doliną Kościeliską

Po drodze jest miejscowość Bečov z fajnym zamkiem a jak potem się dowiedziałem jest tutaj także ferrata ale pewnie i tak nie byłoby mi dane tutaj się z nią spróbować.
Wyjeżdżamy po kilku serpentynach "na wierzch " z doliny i idziemy na krótką wycieczkę na pobliski szczycik, jest tutaj Rozhledna Krásenský vrch na wysokości 777m npm. Rozhledna jest ślimakowo zwinięta i idzie się na zewnątrz.

Obok gustowna altanka i miejsce na ognisko, a jakże

Widok na Lesny, najwyższy szczyt Slavkovský lesu

Parapet wieży jest wyposażony w ceramiczne płytki z opisami widocznego fragmentu panoramy, fajny pomysł, ciekawe , że nikt ich jeszcze nie potłukł albo pobazgrał aby pokazać swoją męskość i siłę...aha, zapomniałem, przecież jesteśmy w Czechach😁.


Ja również wyjątkowo nic nie zniszczyłem i wróciłem do auta, po drodze dziwiąc się potokowi tak blisko szczytu i to płynącemu prawie poziomo wokół grzbietu , potem przeczytałem ,że to pozostałość Dlouhé stoky (Flossgraben) o długości 24 km z XVI wieku, sztuczny kanał używany niegdyśdo spławiania drewna.


Krušné hory (Rudawy, Erzgebirge)

To najwyższe pasmo odwiedzone przeze mnie (i nas) w czasie tego wyjazdu.

Pierwszą wycieczkę zafundowałem sobie po południu po powrocie z Buciny, reszta grupy dogorywała w pokojach i w jaccuzzi a ja polazłem na Plešivec /1028m/. Wyszło na to, że była to najdłuższa i najbardziej wyczerpująca wycieczka o długości ok 25km i przewyższeniu co najmniej 750m, na dodatek w upale i przy dźwiękach zbliżającej się burzy.
Trasa wymagająca fizycznie, zwłaszcza, że chcialem szybko obrócić tak i siam ale ponieważ byłem "na lekko" dałem radę w 5,5h. Niektóre odcinki pięły się ostro pod górę i było naprawdę "górsko" jednak chodzenie bez ciężkiej szafy z namiotem i całym majdanem to naprawdę inna kategoria.
Jedyna woda na trasie , cud-miód-malina

Po drodze takie trafiają się swojskie widoczki



Na szczycie nożżż cholera, jak zwykle "coś"

Wypijam piwo i lemoniadę i uciekam na dół bo burza coraz bliżej , jak się potem okazało - na szczęście nie dopadła mnie. Po drodze spotkałem jakiegoś młodego cyklistę jak mi się wydawało - ze łzami w oczach i tłumaczyłem mu , gdzie się właściwie znajduje (bo miałem wydruczek z kawałkiem mapki ze sobą)?!

Inną wycieczkę w sąsiedni rejon zrobiłem rano któregoś dnia, stwierdzilem , że wejdę sobie szybciutko na Popovsky kriż /752m/. Szlak niestety zweryfikował to "szybciutko", okazało się ,ze ze względu na jakieś połomy czy prace leśne został sprytnie, chytrze przeznakowany, aby tak łatwo nie było. Oczywiście dochodzi również element umordowania: cała wycieczka ma 4km w jedną stronę ale największe przewyższenie - 300m -robi się na długości niecałych 2km.

Fragment widoczku ze szlaku w stronę Plesivca

Okazało się, ze istniała tu niegdyś wieś z niemieckimi mieszkańcami, po wojnie wysiedlono ich i pozostały tylko ślady miejscowości, oto 600letnia lipa.

Szerszy widok ze skałki jest niestety zamglony

Spotkałem tutaj jednego gostka, który zdaje się przylazł z Jachymova prawie po płaskim, wielkie mi co 👀

Najwyższe szczyty pasma - czeski i niemiecki

Zręcznie operując kijem i marchewką udało mi się skłonić moją grupkę do zestawu dwóch krótkich wycieczek na dwa najwyzsze szczyty tego pasma górskiego.

Podjechaliśmy w okolice Bożi Dar-Neklid autem i poszliśmy pieszo dalej jakieś 3km, na szczęście upał tego dnia i na tych wyższych terenach nie był tak uciążliwy jak w inne dni.

Klínovec /1244 m npm/ nie urzeka urodą...



Widok w stronę zachodnią jednakże kojący

A tutaj widać nasz kolejny cel, czyli Fichtelberg – szczyt w niemieckiej części Rudaw /1214 m npm/

I jeszcze jeden widoczek z drogi powrotnej

Potem przejechaliśmy kilka km dalej na niemiecką już stronę , parking jest złośliwie płatny mimo, że wielki i pusty. Ale widzieliśmy kilka dni wcześniej szkopską polizei w akcji jak karała Czechów za... postawienie aut na poboczu , więc pokornie płacimy szlag by ich trafił...
Ścieżka na szczyt

Po drodze takie swojska wiatunia

ciekawe, czy jakieś służby szkopskie by się zaraz zainteresowały, jakby człowiek chciał tu kulturalnie przekimać...

No i oto Fichtelberg

A w oddali wcześniej odwiedzony Klinovec

Fichtelberg dawniej należał do korony Europy jako najwyższy szczyt NRD 😁

(Łącznie wycieczki to ok 10 km i jakieś 250m pod górę a że nie było upału tylko przyjemne 27 stopni nikt nie narzekał)


Český les

Jest to czeska nazwa pasma ciągnącego się wzdłuż granicy z Bawarią, najwyższy szczyt sięga 1042m npm a przedłużeniem pasma w stronę południową jest Szumawa. (Niemcy dzielą to samo pasmo trochę inaczej, nazywając tę część Oberpfälzer Wald).
Ja wybrałem się na najwyższy szczyt w północnej części pasma a mianowicie Dyleň (czyli Tillen z niemiecka). Szczycik ma 939m npm. Podejście w sporej części prowadzi prostą jak strzelił drogą pozostałą z czasów zimnej wojny



Po zapadnięciu żelaznej kurtyny Dylen stał się strategicznym punktem - położony kilometr od granicy zapewniał wgląd we wraże terytorium i na wojska wroga :
Tutaj rok 1988, Bell na patrolu granicznym, w oddali Dylen:



A tak wyglądał szczyt obsadzony przez wojsko bratnich armii:


(Zdjęcia ze strony http://www.manfred-bischoff.de/FuFuTakl_CVA.htm )

A obecnie może wejść każdy, nawet taki zwykły Michun, niestety, sam wierzchołek jest nadal ogrodzony ze względu na działające przekaźniki (albo żeby nie przeszkadzać ?)



Pozostałości strefy bezpieczeństwa



Łąka na szczycie, widok w stronę Bawarii

Pozostałe anteny paraboliczne

A oto już granica z Bawarią, obiecałem sobie zostawić tam pewną pamiątkę 😈

Słupki oznaczają Deutschland-Bundesrepublik

Ścieżka graniczna, widoczne słupki czeskie i niemieckie

Kawałek dalej jest jeden z punktów znanych jako "Środek Europy", krążą na ten temat różne wersje: jakoby to Napoleon ustalił to miejsce ok. roku 1805, albo cesarscy geografowie w połowie wieku XIX.

No cóż, sprawa jest umowna w zależności od przyjętych kryteriów. Jeden z takich "środków" znajduje się w Polsce w Suchowoli koło Białegostoku-niezły mają rozstrzał panowie geografowie 😂

Wracałem robiąc krąg wokół szczytu a po drodze natknąłem się na inne ciekawe miejsce - oto Königsstein. Jest to kamień uważany za punkt graniczny już od 1591 roku , wyznaczał zatem starą granicę między Księstwem Bawarii a właściwie jego częścią zwaną Palatynatem Górnym a Królestwem Czeskim - wówczas jak i potem pod berłem Habsburgów.

Są tez słupki z czasów 30 lat po Kongresie Wiedeńskim, a może komuś się skojarzy z czym innym
Idąc dalej można się natknąć na ruiny Chaty na Dyleni - schroniska które tutaj stało do czasu przejęcia terenu przez wojo. Są ponoć plany jego odbudowania.

Tyle zostało, a tak wyglądało. Przed ruinami pozostał nawet kamienny basen, obecnie suchy.

W lesie straszą ruiny budynku koszarowego załogi stacji namiarowej. Niedługo się pewnie zawali.

Przy nim widziałem również jakąś żelbetową kopułę, ale ze względu na leżące wszędzie pozostałości jak drut kolczasty itp pordzewiałe ajzole zrezygnowałem z łażenia po tym terenie.
(Wycieczka miała ok. 11km długości a podejść należało ok 400-420 m)
Po powrocie na parking w Vysokej jechałem boczną widokową drogą, oto jeszcze widok na odwiedzony uprzednio wierzchołek Lesnego w Slavkovskym Lesie:

Tyle odwiedzin w czterech czeskich pasemkach górskich, zrobiłem taki sobie zwiad, może w przyszłości zaowocuje to jakąś hrebenowką z namiotem albo od wiaty do chaty...

środa, 1 lipca 2015

Jako remora na Szlaku Karpackim


Beskid Niski, Bieszczady


2015, lipiec




Menel robi Szlak Karpacki (niebieski) Grybów-Rzeszów. Postanowiłem go trochę wspomóc moralnie i zapodać kawałek wspólnego odcinka. Albo można powiedzieć, że podczepiłem się jak remora 😁 .


Dojechałem nocą autobusem do Rymanowa a następnie stopami rano w sobotę do Moszczańca położonego w Beskidzie Niskim przy zielonym szlaku na Długą Kiczerę i ruszyłem do wspólnego punktu na Kanasiówce /823/.

Szlak zielony, jak to zwykle w Beskidzie Niskim, zarośnięty:



Mieliśmy się tam mniej więcej spotkać w godzinach przedpołudniowych. Niestety, telefon menela milczy jak zaklęty. Czekam trochę na Kanasiówce przestępując z nogi na nogę, w końcu dochodzę do wniosku, że najprawdopodobniej menel gdzieś zaspał, więc zostawię mu znak, że już tu byłem. Układam więc z patyków i gałęzi napis.

Oczywiście, menel na Kanasiówce był ze trzy godziny później i robił sobie nawet zdjęcie, a mojego napisu nie zauważył 😁 (jest pod jego nogami, widać litery "Michun" i godzina😃).

(fot. menel)

Ruszam dalej przez Przełęcz Laborecką (Radoszycką).

Zatem, mimo, iż szliśmy w odstępie ledwie kilku godzin, udało nam się spotkać dopiero w Nowym Łupkowie na Końcu Świata . Czekam na menela zbijając bąki, rozstawiam Huskiego, obserwuję harcerki instalujące obozowisko 😁. Zaczyna grzmieć, menel wtacza się na ostatnich nogach tuż przed pierwszymi kroplami deszczu i wpada do mojego namiotu. W nocy burza i zlewa.

A rano parno i wilgotno. Robimy śniadanko "na tarasie".


Idziemy teraz na szlak. niebieski, który przez Zubeńsko doprowadzi nas do granicy. Dzisiaj będziemy mieć dzień wypoczynkowy, z możliwie dłuuugim siedzeniem pod wieczór. 
Przez Wysoki Groń i Wierch nad Łazem, przez Gmyszów Wierch i Rydoszową zmierzamy do Balnicy. Wbijamy do Wojtka na fasolkę i bee-gees.Następnie robimy mycie i błogą nasiadówę na tarasie. Sielankę przerywa tylko na krótko wjazd kolejki i nagły atak turystów kolej(k)owych.

Luna z Balnicy: 




(fot. menel)
Rano polepszenie pogody zwiastuje upał. Pierwsze kroki po spakowaniu się kierujemy na Czerenin /929/. Jest tu dawny trójstyk granic z 1939 roku Polski, Węgier i Słowacji. (Krótko był, bo od kwietnia do października 39).
(fot. menel)
Dalej grzbietem granicznym to na dół, to do góry , między innymi na Stryb /1011/. Potem do wiaty na Przełęczy Nad Roztokami. Tu robimy obiadowe małe co nieco, korzystając z obecności wody.
(fot. menel)

No i dalej oczywiście grzbietem - na górę na Okrąglik /1106/

(fot. menel)

Tutaj zaczyna się już fajny widokowo odcinek z pierwszymi połoninami. Idzie się długo ale przyjemnie. Wyższa kulminacja grzbietu to Płasza /1162/ i potem jeszcze Dziurkowiec /1188/.
To zdaje się okolice Riabej Skały /1192/ czyli najwyższy szczyt na dzisiaj.
Na koniec jednak dopadł nas deszcz. W gęstniejących kroplach schodzimy na Przełęcz pod Czerteżem. Wiata niestety zajęta przez spore słowackie towarzystwo, rozstawiamy namioty.
(fot. menel)
Wieczorna mżawka zamieniła się w nocną ulewę.

Rano zaczyna się przejaśniać i na śniadanie idziemy do polskiej wiaty.


Jest mokro i wszystko paruje. Na początek w tym warunie podejście na Czerteż /1071/.


Mamy już smaki na Wielką Rawkę

Idziemy i idziemy aż w końcu jest: Krzemieniec /1221/:



Teraz czeka nas zejście na siodełko i ponowne podejście na Wielką Rawkę.
Na górze:


Teraz czeka nas długotrwałe zejście do Ustrzyk Górnych. W Ustrzykach robimy sobie ucztę w Zajeździe Pod Caryńską i ogólnie korzystamy z atrakcji, jakie oferuje cywilizacja😁.

Po tych przyjemnościach podjeżdżamy do Wołosatego i za pozwoleniem gospodarza oraz stosowną opłatą lokujemy się w namiotach.



Rano katastrofa. Kolejny dzień zaczyna się od zlewy i to naprawdę solidnej. Śniadanie robimy i jemy w drzwiach umywalni, przed nami ściana wody. Poważnie myślę o dezercji. Zwłaszcza, że obok są chłopaki z Wlkp autem i zawieźliby mnie daleko w moje rejony.

W końcu trochę, coś jakby, lekko się wydaje...pada może mniej??

Stwierdzam, że jechać na sucho do domu byłby dyshonor 😃 - przejdziemy się jeszcze kawałek razem. Idziemy na początek na Przełęcz Krygowskiego. Jest...ciekawie:


Skoro jest tak fajowo, to idziemy również na Tarnicę /1346/:
Na Przełęczy Goprowskiej znowu mocniej pada. Chronimy się na chwilę do wiaty, ale robi nam sie chłodno, to już lepiej iść. Przecież przed nami piękne schody na Krzemień, jak w pedecie.

Wchodzimy po schodach na Krzemień i dalej na Bukowe Berdo /1311/.
Grzbiecikiem, przez który przed chwilą przeszła nawałnica.


Bukowe Berdo


Zmoczeni do gaci ale szczęśliwi pstrykamy fotkę we wiacie, niedługo rozstanie.
(fot. menel)
No i schodzimy na Widełki, do szosy.


W taki sposób moje pierwsze siateczkowe buty zakończyły 3-letnią karierę:



Menel miał jeszcze przed sobą "trochę" dni na szlaku, ale przez ten najtrudniejszy odcinek bezpiecznie go przeprowadziłem 😁.

środa, 13 maja 2015

Góra-dół-góra-dół-i abarotna czyli Beskid Wyspowy

Beskid Wyspowy

2015, maj



Trzeba się znowu zmierzyć z Wyspami. Biwaczek na Ćwilinie od dawna obiecany, wymyślamy trasę, trzy Wyspy po drodze. 
Przyjeżdżam bla do Lubnia późno w nocy, wściekły. Czasowa obsuwa, chciwa góralka napakowała do fabisi 5 osób z nadbagażem , jeszcze na dodatek mi klamrę od plecaka zmiażdżyła klapą bagażnika!
Menel we wiacie już chrapie aż miło. Rozkładam swój sprzęt spalniczy i też uderzam w kimono.

Rano wstaje oczywiście przede mną i "cicho hałasuje" 😁.


(fot. menel)

Robimy śniadanko i zbieramy graty. Przed nami poważne pierwsze podejście - idziemy na Szczebel. Kto był, ten wie jak się podchodzi na Szczebel😃 - stromo w pytkę.
Co tu dużo gadać, w końcu jesteśmy na górze. 
(fot. menel)
Szczebel /977/
(fot. menel)

Na szczycie ławeczki, miejsce na ognisko, ogólnie można się kiedyś kimnąć namiotowo.
A my schodzimy stromo do doliny Raby. 
Pora na lunczyk, odwiedzamy knajpę na stacji benzynowej. Okazuje się niespodzianie, że "Spontiusz" bo tak brzmi dziwna nazwa knajpy oferuje całkiem dobre jedzenie za niewygórowaną cenę. 
Zmierzamy do szlaku czerwonego, aby nie iść daleko szosą z czarnym. Następnie polami do granicy lasu.
(fot. menel)

 I tu szlak gubimy. Nic to dla nas - "na kreskę" idziemy stromo w górę przez las, dopóki nie zrobi się płasko. Przez Zapadliska dochodzimy na Lubogoszcz Zachodni.
(fot. menel)

(fot. menel)

Jeszcze trochę grzbietem już wspólnie z odzyskanym czerwonym szlakiem i stajemy na Lubogoszczu /968/.
Zejście ze szczytu znów pozbawia nas wysokości a jeszcze przed nami kolejne podejście na Ćwilin, który ma być ukoronowaniem trasy. 
Z tego powodu omijamy Kasinę i Śnieżnicę i drogami idziemy do baru "Pod Cyckiem" na Przełęczy Gruszowiec. Tam zasiadamy na dłużej. 
Mieliśmy się tam spotkać ze starym kumplem Łysym, ale do spotkania nie dochodzi z takiej czy innej przyczyny.
Po odpoczynku i żarełku usiłujemy ruszyć tyłki na Ćwilin. Idzie nam to niesporo. Podejście jest strome, jak to w Wyspowym normalnie. Po godzinie wyłazimy na szczyt Ćwilina /1072/ i ledwo zdążyliśmy rozbić namioty, zaczęło padać. I tak padało całą noc.
A rano z widoków tyle:

(fot. menel)

Trochę zmieszani idziemy do Jurkowa do Baranówki, żeby tam przy czymś smakowitym parującym na talerzu podjąć jakieś decyzje, co dalej. Marzy mi się Łopień:
(fot. menel)
A tu kolejna niemiła niespodziewanka: knajpa jeszcze nieczynna, jesteśmy za wcześnie.
Pichcimy na stołach pod parasolami przed knajpą. I niestety, zaczyna znowu mocniej padać. Z Łopienia tym razem nici. Zmykamy jak niepyszni szosą do Dobrej na autobus, po drodze moknąc w strugach deszczu.
Tak się zakończyła kolejna rozróba w Beskidzie Wyspowym, nie pierwsza i nie ostatnia.