niedziela, 18 lipca 2010

Karpniki w przerwie radioterapii

Rudawy Janowickie


2010, lipiec




Karpniki stały się naszym kilkudniowym wytchnieniem pomiędzy turami radioterapii córki. 

Znalazłem pewien postkolonijny obiekt z niedrogimi noclegami. Szwendaliśmy się nieco po samych Karpnikach.





zamek w Karpnikach jeszcze w remoncie



I ruina kościoła


Zaplanowałem wycieczkę na następny dzień po Rudawach. Z uwagi na osłabienie pacjentki-rekonwalescentki  trasa nie mogła być długa, powinna być głównie w lesie i mieliśmy iść powolutku z częstymi postojami.
Wyszliśmy z Karpników w kierunku wschodnim ścieżką bez szlaku, tak, aby dojść do szlaków niebieskiego z czerwonym, w okolicy Rozdroża pod Jańską Górą. Tak się udało, chociaż może nie od razu i na wprost :-)






Kroki kierujemy pod Lwią Górę 718/, na którą wyłażę po skałach.  

Następnie zakręcamy ku północy kierując się na Suchą Górę /610/ i do Zamku Bolczów.



 Po drodze oczywiście skałka Piec








Po zejściu zielonym szlakiem do doliny robimy postój obiadowo-zupkowy


Po przerwie kontynuujemy wygodnym zielonym szlakiem do Rozdroża pod Jańską Górą i dalej na Przełęcz Karpnicką. Stąd szosą wróciliśmy do Karpnik.

Korzystając z ładnej pogody mogliśmy powycieczkować również w kolejny dzień.
Tym razem wybrałem klasykę gatunku w Rudawach, mianowicie Sokoliki.
Podeszliśmy na luzie do Szwajcarki.
Stąd spacerkiem podeszliśmy na Krzyżną Górę /653/. W lesie nieopodal schronili się przed upałem młodzi "łojanci" i raczyli się umieszaną z sokiem wódeczką :-).
Potem powrót do przełęczy i weszliśmy również na Sokolik /643/:







To tyle krótkiego relaksu, trzeba było wracać do szpitalnej codzienności.
Z wyjazdu dzieci do dzisiaj pamiętają głównie...żaby 😁, których mnóstwo było na terenie naszego "Krokusa". Aha i ślimaki bez skorupy 😁

niedziela, 20 czerwca 2010

Zataczając się po Karkonoszach

Karkonosze


2010, czerwiec





18-20.06.2010 odbyliśmy k
olejne karkonoskie wiatowanko w stałym wówczas składzie: 
- Malinowski 
- Menel 
- Michun 
Wystartowaliśmy w piątek z Jagniątkowa i Koralową Ścieżką wieczorem dotarliśmy na  nocleg do wiaty na czarnym szlaku. 
O poranku w naszym luksusowym lokum

Wychodzimy i za chwilę jest już pod górę...
Dalej po czarnym szlaku do Rozdroża pod Jaworem.
Czarny Kocioł Jagniątkowski: 


Następnie przechodzimy grzbietem do Odrodzenia gdzie robimy przerwę na drugie śniadanie 😄. 
Od Przełęczy Karkonoskiej schodzimy na żółty szlak na czeską stronę i idziemy do schroniska U Białej Łaby.


Przed schroniskiem U Białej Łaby jest odbicie ścieżki dydaktycznej Czarcia Dolina
W punkcie informacyjnym dowiedzieliśmy się, że wstęp jest płatny ale nas nie było stać 😄
miałem mało koron a koledzy wcale a jeszcze pić się przecież też chciało (no i kto stawia?). 

Nie idziemy Doliną Białej Łaby wprost pod górę, lecz kierujemy się w stronę Szpindlerowego Młyna żółtym szlakiem okrążającym długaaśny grzbiet Kozi.
Nieopodal Szpindlerowego Młyna zawracamy na wschód - decydujemy się na trawers Kozich Grzbietów szlakiem żółtym, który wspina się wznoszącym trawersem zbocza coraz to wyżej aż do Ubocza Kozich Grzbietów
(fot. mapy.cz krausv)

i dalej już czerwoną ściechą wychodzimy na Krakonosz /1421/ - jest to superowa miejscówka na posiedzenie i podziwianie panoramy. Niestety, spora ilość ludzi trochę nas zniechęca i maszerujemy do Lucni Boudy.

Popołudniowy odpoczynek i posiłek udaje się tylko dlatego, że można tam płacić kartą 😄.
Z boudy udajemy się szlakiem żółtym do Spalonej Strażnicy,

a potem Strzechy Akademickiej i Samotni. 
Nie mamy jednakże dzisiaj ochoty na spanie pod dachem.
Ponieważ w pobliżu brakuje rasowej wiaty dla prawdziwych dziadów, wymyślamy spanko 
na ławkach przy Domku Myśliwskim.
Wieczorem wpadł na miejscówkę pracownik Parku, ale okazał się człowiekiem a nie automatem i nie doszło do scysji, wręcz przeciwnie - pogadaliśmy chwilę o górskich tematach. 

Rano w humorach i odpowiednio dotlenieni wstajemy 




i idziemy na jajecznicę do Samotni

Dalsza nasza trasa to powrót do Spalonej Strażnicy, odwiedziliśmy również Dom Śląski, Śnieżka (tradycyjnie niezależnie od warunków na szczyt - ja chyba nigdy nie szedłem Drogą Jubileuszową 😄) i zejście żółtym do zielonego czeskiego szlaku i trawersując Czarny Grzbiet do Jelenki
Dzień długi czerwcowy, więc dalej  - na Przełęcz Okraj, jeśli pomnę to czeskim czerwonym.
Zejście do Kowar szlakiem żółtym, na autobus do Jeleniej Góry po wóz bojowy menela. 
Tak zakończyło się zataczanie a to na czeską a to na polską stronę Karczków.

środa, 30 grudnia 2009

„Sichelschnitt” przez Czechy

Góry Stołowe (Broumovske Steny)


2009, grudzień




Przez kilka miesięcy z powodów rodzinnych (córka zapadła na chorobę nowotworową) nie miałem możliwości wybrania się w górki nawet na moment.
Ponieważ sprawy zaczęły się wreszcie dobrze układać, pojawiła się w końcu taka możliwość. Byłem podwójnie i niemożebnie szczęśliwy. 
Niestety, okazało się, że będę musiał pojechać sam, więc z rozsądku odrzuciłem bardziej wymagające pasma, popatrzyłem na mapę i wymyśliłem sobie taki „Sichelschnitt” (czyli "Cięcie sierpem", był to kryptonim ataku Niemiec na Zachodzie w 1940 roku, tak mi się skojarzylo patrząc na mapę) przez Czechy Górami Stołowymi tak, aby ściąć występ Broumova z okolic Mieroszowa do Dusznik Zdroju korzystając z dobrodziejstw strefy Schengen, co dla mnie wychowanego za komuny i wielokrotnie przeciąganego przez wopistów wciąż jest sporą frajdą. 
Z całkiem sporym plecakiem pojawiłem się rankiem w Wałbrzychu, wbiłem w busik do Mieroszowa (5,-) i podążyłem stamtąd w stronę granicy na przełęcz nad Zdanowem.

Jak widać, był mrozik około -10 stopni ale bezwietrznie więc szło się idealnie. 
Posłużę się mapką trasy z mapy.cz :
Dalej już granicznym zielonym szlakiem ruszyłem na Mieroszowskie Ściany, po jakimś czasie podchodzenia zaczęły pojawiać się otwarcia na Góry Wałbrzyskie i widoczne za nimi Góry Sowie. A ten najbardziej wybitny szczyt to oczywiście Ruprechtický Špičák:
Grzbiet kończy się Bukową Górą - tutaj granica odbiega w stronę północno-wschodnią a szlak zbiega w dół nie wchodząc na pasmo Nad Studankou, dalej jest niestety spora parukilometrowa przerwa w górkach, którą przebyłem w tempie pospiesznym.
Ciekawe, że w Czechach opłaca się utrzymywać połączenia kolejowe do małych miejscowości w górach - pomyślałem, przechodząc koło mikrostacyjki Bohdašín.
Dalszy ciąg trasy:
Za tunelem pod torami znowu zaczęło się podejście przez zimowy las przez grzbiet Przikra Strań, (obecnie zielony szlak na tym odcinku jest zlikwidowany) ścieżka była całkowicie oblodzona - co dawało pojęcie o tym co będzie mnie czekało dalej. 
Na przełęczy Honske Sedlo nadeszła pora na krótki odpoczynek i wszamanie zupki. 
Na szczęście aura sprzyjała relaxowi.

Z przełęczy nastąpiło krótkie, sprawne podejście na  Honský Špičák /652/.
Tutaj zaczynają się Broumovske Steny czyli najciekawszy odcinek traski. 
Najpierw w lesie pojawiają się skalne wychodnie, potem pojedyncze ostańce a wreszcie teren zaczyna przypominać Szczeliniec Wielki...ale rozwinięty wzdłuż na wiele kilometrów. No ale to przecież nie dziwota, bo to właściwie te same góry, tyle, że po czeskiej stronie granicy.
Szlak prowadzi wprost przez skałki bez żadnego opierdalania się i w warunkach całkowitego oblodzenia oraz z pełnym plecakiem okazuje się wymagający kondycyjnie oraz „uważnościowo”. 
Co i rusz z kolejnych kulminacji otwierają się widoczki na Góry Wałbrzyskie i widoczne za nimi Góry Sowie.




Po dłuższym czasie zobaczyłem w końcu dach, który przyniósł mi chwilową nadzieję...niestety pseudoschronisko Hvezda okazało się zarezerwowane i rozwiały się moje nadzieje na polievkę, pivko oraz nabranie wody. W ten sposób zostałem z resztką wody w baniaczku a przede mną było jeszcze sporo kaemow. A potem przecież jeszcze chciałem coś gotować na kolację.
Skalne Divadlo (fotki z mojej innej, letniej wycieczki)


Dalsza trasa biegła w podobnym terenie grzbietem co i rusz obniżając się lub wznosząc trzeba przeciskać się przez skalne bramki, gdzieniegdzie przejście ułatwiają stalowe poręcze.
Cały czas trzeba było cholernie uważać ze względu na oblodzone głazy, po których się tam chodzi, na cud zakrawa w tej sytuacji fakt, że tylko raz zaliczyłem parter i to skończyło się na bocznym puknięciu kolanem w kamlot. 
Z platformy na szczycie Supi Hnizdo /702/ mam ostatnie popołudniowe widoczki. 

Dzięki dobrej widoczności w oddali około 45-50 km błyszczy Śnieżka...

Widok w stronę Koruny:



Szlak nie zmienia charakteru przez kolejne kilka km grzbietu i daje mi w kość, zaczyna się już ściemniać, więc od miejsca zwanego Nad Slanym dałem sobie spokój z wędrówką głównym grzbietem i omijając Velką kupę (może to i dobrze :) ), ostatnie trzy kilometry z bez mała 30 kilometrowej drogi poszedłem leśną drogą do polany Panuv kriż u stóp Bożanowskiego Szpiczaka, który jest po czeskiej stronie granicy najwyższym szczytem, chociaż z 773 metrami daleko mu do naszego Szczelińca. 
Szlak żółty z Koruną i Kamienną Bramą zobaczyłem zatem dopiero na zlocie forum npm w lutym 2011.
Tam było już kompletnie ciemno i coraz mroźniej więc wbiłem się w puchówkę i korzystając zastępczo z wody w stanie stałym (z dodatkiem cholernych igieł modrzewiowych, których nie mogłem się pozbyć ze śniegu) ugotowałem co tam było potrzeba organizmowi. 
Nocleg we wiacie minął w miarę spokojnie mimo wilkołaczego księżyca i bębniącego bólem kolana. 
W trakcie nocy wzrosła temperatura i zaczął padać śnieg zawiewając na śpiwór...poranek powitał mnie już niestety niżową pogodą.
W źródełku na rozdrożu U Zabiteho znalazłem pierwszą wodę od poprzedniego ranka. 
Dalej krótkie podejście do Machowskiego Kriża, gdzie jest identyczna wiatka jak ta, w której spałem.
Stąd do granicy były już tylko trzy kroki. Dalej ścieżka podążała granicą i zbiegała do Pasterki. W schronisku pochłonąłem śniadanie: jajówę z patelni. 
Z Pasterki wlazłem paskudnie zniszczonym jak po kalamicie zboczem na przełęcz miedzy Szczelińcami, skąd po oblodzonych schodach ześlizgnąłem się do Karłowa. Dalej na Lisią Przełęcz i kolejne kilka kaemów skrajem urwiska...niestety, widoków nie było.


Przy schodzeniu z urwiska koło Puchacza natrafiłem na ubezpieczenia w postaci łańcuchów, zresztą istotnie w tym miejscu w tych warunkach oblodzenia pomocne. 
No i cóż, dalej jeszcze parę kilometrów w dół do Dusznik Zdroju w otoczeniu nudnej odwilżowej zgnilizny i to był koniec wycieczki.