niedziela, 17 kwietnia 2011

Michun leży na Babie(j)

Beskid Żywiecki + Beskid Makowski


2011, kwiecień





Wyrypka zapowiadała się trzyosobowa, wielopokoleniowa i międzymiastowa, niestety , na chęciach się skończyło i musiałem poganiać samemu.

PKP stawiają przed nami coraz większe wyzwania i ułożenie sensownej trasy robi się coraz bardziej ekwilibrystyczne. Musiałem zatem zacząć w Jordanowie dopiero po 10 rano w sobotę i stamtąd dojść do podnóża najbliższej góry, jaką jest Cupel (887) w paśmie Policy. Jordanów sprawia wrażenie wielkiego tartaku, oto na co idą nasze polskie majestetyczne świerki:

na prozaiczne europalety...

Przez lesiste i bezleśne pagórki wokół Grani (561) przedostałem się do Bystrej Podhalańskiej, sennej miejscowości o sympatycznym wyglądzie, zlokalizowałem sklep a w nim lodówkę z piwem...Tu mała anegdota: pytam Panią Sprzedawczynię, czy można pić na ławeczce przed sklepem, czy ktoś się czepia? Pani mówi, że nie wolno, bo może ktoś zobaczyć z szosy. No to pytam: A gdzie nie widać pijącego? Na to Pani konspiracyjnym szeptem, rozglądając się na boki : - ZA SKLEPEM...

A oto piesek, który dotrzymał mi towarzystwa "z tyłu sklepu". Ale to nie był piesek na patrolu 😉


Szybkim krokiem, bo szło już na południe, uderzyłem czerwonym na Cupel. Po drodze na polance stoi drwalówka, zagospodarowana lecz otwarta.
Myślę, że w zimie może awaryjnie posłużyć, chociaż może ktoś tam przebywać, nie wiem, czy w zimie prowadzi się wyrąb.

W podskokach wylazłem na Cupel, widoczki mocno ograniczone, nic to, idę dalej. 


Grzbiet wznosi się i opada kolejnymi przełęczami i kulminacjami jak to Naroże (939) , Soska (1063), Urwanica (1174)...
Za kolejnym garbem wyłania się Okrąglica:


Zaczyna się odcinek mocno błotnisty , co mimo napiętej uwagi kończy się obryzganiem :


Wiatka gdzieś przed Urwanicą - z rogami , może letniaczek Satana?


Na Okrąglicy (1239) zaczynają się pierwsze płaty śniegu. Do schronu na Krupowej dochodzę około piętnastej . Wrzątek płatny, piwo płatne, miejsce na ławeczce - bezpłatne. Mitrężę w schronie godzinkę podsłuchując różnych schroniskowych turystów rozważania o menu, czy lepszy żurek, czy pierogi itp :-)

Wyruszam około szesnastej na Policę (1369), zmrożonego śniegu robi się coraz więcej , trochę przeszkadzają też powalone śniegiem świerki. Odcinek do Śmietanowej (1298) cały w śniegu, ale idzie się w zasadzie po wierzchu.
Trochę już zmęczony dochodzę sobie do Krowiarek gdzie zakładam wieczorny obóz ,



przy krupniczku staram się rozwiązać dylemat: czy spać we wiacie, czy podejść jeszcze kapkę?
Z rozliczenia czasów na mapie wychodzi mi, że mogę nie zdążyć jutro na zaplanowany pociąg, jeśli nie zrobię jeszcze z godzinki. Poza tym przecież mam ze sobą namiot, który chciałem wypróbować. Po kolacji podchodzę jeszcze tyle ile potrzeba, uwalam się gdzieś pod krzaczorami tuż przed Sokolicą. Niestety, zmrożona ziemia nie pozwalała wbić szpilek a tunelik nie chciał stać nienapięty więc zwalił mi się na głowę :) No to cóż, spałem w takiej jakby płachcie biwakowej, czyli owinięty membranką :)

Spałem to zresztą dużo powiedziane , bo jeszcze okazało się, że po ciemku uwaliłem się na jakieś korzenie i wykroty. No a już krótko przed czwartą obudziły mnie rozmowy pierwszych amatorów wschodu słońca na Babiej, bo leżałem nieopodal ścieżki.



No to cóż było robić, w końcu leniwie się zwlokłem, zarzuciłem garba i ruszyłem dalej pod górę. Po drodze parę oślizgłych miejsc, ale ogólnie raczki by się nie przydały. Najbardziej śliskie i tak były zmrożone kamienie, na których bym prawie wywinął orła.
Na szczycie sępię wodę na herbacinę, bo moja mi się kończy, a przede mną jeszcze wiele km.




No i w końcu nadchodzi ten moment astronomicznego orgazmu, na który czeka gromadka widzów:


Robi się jasno i pięknie. Niestety, do pełni szczęścia brakuje widoku na Tatry.
Było miło, ale trzeba ruszać dalej tym grzbietem. 





Na przełęczy Brona rozdziewam się z zimowego ubranka. Dalej szlak wiedzie po zgrudziałym śniegu na Małą Babią. Klimaty lekko inwersyjne, póki trwa poranek.


Do przełęczy 
Jałowieckiej cały czas leży jeszcze śnieg, inkrustowany gałązkami, igłami, szyszkami, więc mało poślizgowy.



Nowa zacna wiata, zaiste warta naszej uwagi, z miejscem na ognisko, "pięknarzecz".


Tuż przed Mędralową odbijam zielonym w prawo - kierunek: Pasmo Jałowieckie.



Ze stoków Magurki widok na stronę północną - kolejne wierzchołki do podejścia:


Sucha Góra (1060) i po prawej najwyższy tutaj Jałowiec (1111).
Na przełęczy Klekociny coraz więcej zabudowy, nic dziwnego, bo widoki stamtąd i z okolicznych stoków piękne.


Wyłażę na Suchą Górę Czerniawę a następnie na Jałowiec, który wcale nie wygląda jałowo, a raczej zanosi się na obfite połowy jagód.




Na szczycie wiata , miejsce na ognisko ,krzyż - dla każdego coś miłego :)


Po zejściu z Jałowca w okolice Opacznego zaczyna się cudny , spacerowy wręcz odcinek , wymarzony na rodzinne wycieczki, być może coś pomyślę w takim kierunku.


Robię sobie krótką przerwę na barszczyk, bo widzę już, że zdążę na pkp w cuglach i podziwiam widoki na cały masyw i pasma, które przeszedłem. Miastowi budują sobie tutaj domki, które podchodzą już do samego grzbietu.


Robię kilka kolejnych krótkich podejść i zejść na kolejne kulminacje grzbietu: Kolędówkę, Solniska i Kiczorę (905) aż dochodzę do regularnej zabudowy przysiółka Zawoi-Przysłop wzdłuż grzbietowej drogi asfaltowej.
Jest około czternastej i robi się jakby upalnie jak na kwietniowe standardy. Na szczęście po drodze jest sklepik a pani przynosi z zaplecza chłodnawe piwko.
Ostatnie półtorej godziny do Suchej Beskidzkiej wiedzie mało ciekawym odcinkiem szlaku przez las , a może już byłem niewrażliwy na bodźce estetyczne, bo nogi dawały już trochę w kość - w przenośni i dosłownie. Zaczęło mnie boleć jak nigdy wcześniej biodro.

Kiedy zobaczyłem pod sobą Suchą, odetchnąłem z ulgą.



Ostatni akord to wspaniała pizza z miejscowej pizzerii (nieopodal dworca), z mnóstwem kaparów i sera, dobrze przyprawiona, a wszystko to za 12 zyla (!). Byłem szczerze zadziwiony jak i uradowany:



To tyle miłego.

niedziela, 20 lutego 2011

Zlot nr VI - Pasterka

Góry Stołowe


2011, luty



Zlot zaczął się cudami z dojazdem i umawianiem się na ostatnią chwilę z powodu kłopotów z pseudoforumowiczem z Torunia.

Ostatecznie do mojej hondziny zapakowała się: nuctea, francufka, Lofer i Mhu. Dojechaliśmy przed wieczorem w piątek, ostatni odcinek szosy nie jest w zimie utrzymywany i dość oblodzony, zatem trzeba było być ostrożnym.
Impreza przy połączonych stołach rozwijała się, w miarę wieczoru przybywali kolejni uczestnicy i na stole pojawiały się coraz dziwniejsze napitki i potrawy 😁

Oczywiście była też część krajoznawcza o zdobyciu Aconcagui:
(fot.moli)
Dopóki byłem w stanie starałem się trzymać wysoki poziom umysłowy :-)
(fot.RMorek)
(fot.RMorek)
Ponieważ piątkowe integrowanie się przy napojach i różnych innych dobrach (nie będę wymieniał, bo za dużo tego, wspomnę tylko moje patisony) zakończyło się późno w noc "zjazdem do zajezdni", poranek sobotni był dla wielu - w tym i piszącego te słowa - próbą sił ze swoim własnym organizmem (szczególnie z jego częścią nazywaną "przewodem pokarmowym").

Nic jednak nie zwalnia z łażenia po górkach, jak trzeba to trzeba i nie ma to tamto!
Rychło z rana skoro świt o 11 grupa zlotowiczów zebrała się przed schroniskiem i trzeba było gdzieś to stadko skierować.

Nauczony wieloletnim doświadczeniem, że czekanie na jakąkolwiek decyzję w grupie większej niż 4 Polaków przypomina czekanie Żydów na przyjście Mesjasza, delikatnie zasugerowałem kierunek i ruszyliśmy w stronę granicy a potem granicą do rozdroża koło Machowskiego Kriża. Następnie przeszliśmy czerwonym do Panuv Kriża i zrobiliśmy pętelkę żółtym na Bożanowski Szpiczak (773). Tam po drodze zaczęły się pojawiać pierwsze formy skalne nazywane Wielbłądami, Kurami itp.
(fot.RMorek)
(fot.moli)
Widok z platformy był, jak to mówią nasi politycy, "porażający". Mgłę i różne odmiany chmur było widać pod najdziwniejszymi kątami - z dołu, z góry, z boku, z drugiego boku... Nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe. 
Niestety, z wrażenia nie zrobiłem żadnego zdjęcia.
Następnie zielonym i żółtym szlaczkiem przeszliśmy na Korunę (769) (nazywa się tak tylko do czasu przyjęcia Euro w Czechach). Widok stamtąd był już mniej ciekawy, Mhu strasznie narzekał, że nie ma liny - dopiero by mi pokazał zjazd.
Żóltym szlakiem podążyliśmy na północny zachód , pomiędzy różnymi skalnymi dziwadłami. Ze względu na totalne oblodzenie ścieżki chyba nie było osoby , która nie zaliczyłaby gleby , tzw Gwiazdy Tańczą na Lodzie 

(fot.RMorek)

(fot.RMorek)
Między skałkami ukrył się także - co za przypadek ! - patison. Dobrze, ze moli zrobiła fotę - ja się zbyt trzęsłem ze śmiechu.
(fot. moli)

Po pewnym czasie dotarliśmy do odboczki do Skalnej Brany. 
Tam z właściwą sobie gracją nuctea ucelowała kubkiem od termosu w skalną szczelinę - Gortat mógłby się od niej uczyć.
Gdzieś tam po drodze było miejsce porównywalne technicznie z Batyżowiecką Próbą, na dodatek oblodzoną 😁.
Dalej to już były same nudy, dojście do drogi i powrót czerwonym do Machovskiego Kriża , jedyne co to po drodze odboczka do Slavenskiej vychliadki, skąd było widać traskę, którą uprzednio przeszliśmy jakieś 100m poniżej.
Dalej tą samą drogą powrót do Pasterki, gdzie już czekały kotleciki schabowe ze świnek morskich (schroniskowa specjalność obok jajóweczki z 2 jaj przepiórczych).
Dzięki wszystkim za towarzystwo, szczególnie dla Mhu, który szedł ze mną ramię w ramię i tyłek w tyłek upadał (wynik 2:2).

Wieczorna impreza odbyła się dla odmiany w schronie przeciwlotniczym pod schroniskiem:

(fot. moli)
Nie było już tak hardkorowo jak w piątek, ale i tak fajnie. Może to nawet lepiej 😄.
W niedzielę przed wyjazdem każdy w grupkach robił sobie co tam chciał, my wybraliśmy się na szczyt Szczelińca Wielkiego.


(fot. karolox)
Tu akurat inna grupka chyba ciut przed "moją". Na zejściu już na samym dole przed Pasterką wywinąłem na kamiennych stopniach efektownego orła ozdabiając bok na kilka tygodni w efektowne sinofioletowe wzory, aby bardziej się podobać żonie.
Zapakowaliśmy się do auta i wróciliśmy w piątkę już bez dalszych przygód.

niedziela, 16 stycznia 2011

Wiaty w Suchych smakują na zimno

Góry Kamienne - Góry Suche


2011, styczeń



W poniedziałek poświąteczny dojechaliśmy z rańca do Wałbrzycha i dalej busem (2,-) do Boguszowa-Gorce.

Zestaw wycieczkowy: Pan Malinowski (Piotr)+ ja.
Zielonym szlaczkiem podeszliśmy na Dzikowiec, najpierw Mały, potem Wielki /836/
Warunki śniegowe bardzo szybko zmusiły nas do założenia rakiet i tak miało być przez najbliższe trzy dni. 
Śnieg nie był idealny na rakietowanie - po odwilży świątecznej wszystko ponownie zamarzło (mróz szczypał w nos, było  -15 stopni) i na tę skorupę napadała świeższa warstwa śniegu. 
Następnie szlakiem przez Polankę podeszliśmy na Sokółkę i Stachoń
(foto z innej mojej wycieczki)

a potem na Lesistą /860/ do wiatki - było naprawdę mroźno, ugotowana herbatka stała się momentalnie chłodna. 

Z Lesistej żółtym szlakiem zeszliśmy w stronę Unisławia i po południu zaczęliśmy podejście na Stożek Wielki...no to była makabra. W rakietach źle, bez rakiet niedobrze. Strome podejścia i zejścia, np na Sokółkę, na Szpiczak no i na ten Stożek...bardziej by się tam raki przydały. 

(foto z innej mojej wycieczki)

No ale w końcu wyleźliśmy na ten Stożek... zamiast tam pozostać w przytulnej wiacie, zeszliśmy na nocleg do wiaty na polanie pod Stożkiem Małym - niestety, bardziej ażurowej, o czym się przekonaliśmy rano, po nocy cali w śniegu. 




Była aura bardzo podobna jak na foto z portalu:
(fot. mapy.cz-sledz12)

Następny dzionek rozpoczęliśmy od zakupów w Sokołowsku, skąd czarnym poszliśmy do granicy i dalej szlakiem granicznym aż na Ruprechticky Szpiczak /881/.

Podejście w zaspach raz oblodzonych, raz śnieżnych dało w kość, więc zeszliśmy na kolację do Andrzejówki
W Andrzejówce bardzo miło można spędzić czas, szczególnie do gustu przypadła nam podawana muzyka z Floydami na czele 😄

Na noc poszliśmy do podobnej wiatki skandynawskiej pod Krzywuchą.

(fot. mapy.cz - jaceksamor)

Rano znowu zameldowaliśmy się w Andrzejówce żeby po kolejnej mroźnej nocy trochę odtajać. 
Kolega miał wybitne problemy z wciśnięciem się do zamarzniętych trochę przyciasnych butów. W Andrzejówce doszliśmy do siebie, śniadanko, jajecznica. 

Wybraliśmy się zatem czerwonym szlakiem w stronę Krzywuchy, niestety stromy oblodzony trawers na rakietach był dla nas tego dnia niemożliwy do przejścia, zeszliśmy więc ze szlaku aby wyleźć na wierzch grzbietu, no ale drogę zagrodziła nam kopalnia - kamieniołom. Wróciliśmy więc w stronę Andrzejówki i dalej poszliśmy tym razem żółtym też nieprzetartym szlaczkiem koło ruin Zamku Radosno, okazało się, że ma trochę inny przebieg niż na mojej mapie.
Ponieważ było jeszcze nam mało, zamiast zakończyć w Sokołowsku, poszliśmy jeszcze na szagę przez pola mniej więcej zielonym szlakiem lub wzdłuż niego do Unisławia, skąd udaliśmy się złapanym busem do Wałbrzycha i do pkpu. 


W sumie trzy dni rakietowania, gdzieś 80-85% czasu na rakietach, można się było zabawić.

(Zdjęć własnych niestety nie mam a od Piotra nie mogę się doprosić).

niedziela, 21 listopada 2010

Śnieżnik - szukanie innej drogi

Masyw Śnieżnika


2010, listopad



Jeden z serii wypadów śnieżnickich pod hasłem "Pokręcić się po okolicy a koniec i tak jak zwykle w Chatce".

Międzygórze witamy z menelem w lekkim mrozie i wyraźnie inwersyjną pogodą - póki co jednak jesteśmy w chmurach.  Jak wchodzimy tym razem?
Nie widzieliśmy jeszcze szlaku żółtego. Przez krótką dolinkę wychodzimy na Jawornickie Polany
Gdzieś w tym rejonie pod lasem szlak skręca o 90 stopni nieopodal ruin kościoła. Tam siadamy na śnieżku na odpoczynek.
Dalej wspinamy się na zbocza Szerokiej Kopy, a dochodzimy do leśnej stokówki. Idziemy nią trochę jednostajnie mijając kolejne zakręty to w lewo, to w prawo. W pewnym momencie na drodze pojawiają się ludzie i sprzęt - prowadzone są tu prace leśne. "Ludzie lasu" rozgrzewają się przy ognisku jakimś eliksirem :-D
Kontynuujemy stokówką aż dochodzimy do szlaku niebieskiego. Potem jeszcze kilometr i wyłazimy na główny grzbiet graniczny na Przełęczy Puchacza. Tu odpoczynek koło wiaty a potem skręcamy na szlak zielony i robimy podejście na Mały Śnieżnik /1326/.
Kamienie są słabo pokryte śniegiem, trzeba uważać. Dlatego idziemy sobie dość powoli, mimo braku zmęczenia. W końcu schodzimy do schroniska,  gdzie rozsiadamy się przy tradycyjnym kultowym bigosie. 
Przed schroniskiem zaś obserwuję ze zdumieniem całą wielką bandę (z 20-25 osób?) rowerzystów na FatBike'ach. Cała ta banda zjeżdża właśnie ze Śnieżnika i parkuje pod schroniskiem swoje groteskowe pojazdy. Szkoda, ze nie widziałem ich w trakcie podjazdu. Chociaż podejrzewam, że wjeżdżali od czeskiej łagodniejszej strony koło słonika.

Po schroniskowych przyjemnościach czas na podejście na szczyt Śnieżnika. Widoków tego dnia brak. Przechodzimy szczyt i kierujemy się do Chatki pod Śnieżnikiem.
W chatce zapominamy o bożym świecie, taka to jej właściwość...
Na drugi dzień rano z zadziwieniem spoglądamy na jaskrawe promienie słońca padające przez okienka. Szybko zwijamy majdan i wracamy na szczyt Śnieżnika /1425/.
Już pod drodze do granicy na trawersie zbocza pojawiają się widoki w stronę Jeseników - ponad chmury wystają same szczyty Szeraka, Keprniczka i Pradziada:


Widok ze szczytu w stronę Małego Śnieżnika:

Z jakiejś przyczyny mam tylko te dwa zdjęcia, ale są ładne więc dobre i to.
Powróciliśmy do schroniska tym razem na drugie śniadanie 😄.

Im niżej tym smutniej i schodzimy do Międzygórza najklasyczniejszym czerwonym szlakiem. Tam czeka na nas menelski wóz bojowy.

niedziela, 17 października 2010

Tatry samotnie

Tatry


2010, październik



To był zwariowany wyjazd, który miał być najpierw we dwóch a potem zrobił się solowy.
Już nie pamiętam, czemu się tak uparłem, przeważnie nie jadę w Tatry samemu a na dodatek nie mam fotek z wyjazdu ani za dobrze nie pamiętam trasy :-) ale na pewno taki wyjazd i marsz się odbył.
Na początek zjawiłem się po południu w Chochołowskiej, zakotwiczyłem się w kuchni turystycznej, jadłem  i popijałem na odwagę :-). Kiedy zaczął zapadać zmrok, wyszedłem na szlak na Grzesia. Kiedy wyszedłem ponad granicę lasu, zacząłem się rozglądać za miejscem na rozłożenie płachty. To miał być jej test. Walnąłem się gdzieś na śniegu między kosówką, wrzuciłem do płachty śpiwór i zasnąłem. W nocy zjeżdżałem coraz niżej, bo spałem na pochyłości 😄 

Rano płachta biwakowa była od zewnątrz zaszroniona a od środka...też :-) ze względu na wysoką kondensację pary wodnej i mróz. Co gorsza również śpiwór puchowy był przez to wilgotny. 
Płachta weszła do mojego arsenału, ale jej zastosowania uważam za bardzo ograniczone i mając obecnie lekki ale przestronny namiot nie widzę problemy w noszeniu go zamiast płachty. 

Ranek był ładny i poszedłem trochę podsuszyć śpiwór i płachtę na grzbiet. Rozłożyłem sprzęt na kosówce wystawiony na słoneczko  i zjadłem w tym czasie śniadanie.

Potem to już była typowa rzec można standardowa wędrówka grzbietem - Rakoń, Wołowiec, Jarząbczy, Kończysty, Starorobociański i Ornakiem do Iwaniackiej Przełęczy. 
Na nocleg zatrzymałem się tym razem bez cudowania po kosodrzewinie - w schronisku, ale raczej nie spałem w pokoju, jak sobie przypominam :-)

Kolejny dzień to dzień powrotny. Pogoda była już słabsza, jeśli dobrze pamiętam, ale nie odmówiłem sobie przejścia Ścieżką nad Reglami. Przez Przysłop Miętusi i Przełęcz w Grzybowsku doszedłem do Doliny Strążyska i tam odwiedziłem jeszcze Siklawicę. 
Koniec wycieczki był powiązany z obiadem gdzieś w Zakopie, ale gdzie to dziś, te kilka latek później, nie pomnę.

niedziela, 12 września 2010

Jesenik z Widłami

Hruby Jesenik


2010, wrzesień





Był to kolejny wyjazd z menelem w stylu jak to mówimy "Jeseniki w opcji dziad".

Mieliśmy komfortowo  pod względem dojazdu: menel zabrał wóz bojowy i dojechaliśmy do malutkiej miejscowości Vidly położonej w dolinie Strzedni Opavy wypływającej ze stoków Pradziada.

Autko zostało gdzieś na kawałku placyku a my udaliśmy się na nocleg do jednej z położonych za wsią szop.


Rano poszliśmy oczywiście w głąb doliny. 







Najpierw koło Silonovej Chaty, wyłazimy na Czernik a potem na grzbiet w pobliżu 

Švýcárni.
Długo tam nie zabawiliśmy, podobnie jak na zatłoczonym szczycie Pradziada.

  




Na dłuższe posiedzenie zdecydowaliśmy się dopiero w restauracji Hotelu Ovčárna pod Pradědem.

Przytoczę komentarz menela na temat tego obiadu:

"Kolo w Owczarni miał taką fanaberię,że płatność kartą owszem, ale powyżej 300kć. Trąciło aferą bo rachunek za posiłek regeneracyjny opiewał na 251kć, barman zaczął sapać i ostało na tym, że dokupiłem 100g wódki, z kolei ja, z napojów wyskokowych przyprawiam tylko herbatę z dzikiej róży i kofolę, więc padło na Michuna 😁 , który stwierdził później, że na Vysoką holę wchodziło mu się znakomicie :-D"

Wyleźliśmy więc na Vysoką holę /1464/, oczywiście sesja obowiązkowa z dawnym kamieniem granicznym: 










Rozkładamy się koło Jelení studánki a popołudniowe wrześniowe słoneczko potrafi rozebrać każdego 😄


Po labie i posiłku zbieramy graty i schodzimy zielonym szlakiem do doliny Desny. Dalej niestety czekał nas asfalting doliną - od Zamciska obok zbiornika Dlouhe Strane do Koutów nad Desną.
Znowu znaleźliśmy się tym samym na dole i musieliśmy podejsć te 400 metrów żółtego szlaku na Ćervenohorske sedlo, skąd czerwonym zapodaliśmy na nocleg do Vresovej studanki.







Niedziela to już trasa Keprnik /1423/- Śerak - Vyrovka - Keprnicki Potok - Bělá pod Pradědem U Cimburi


Tu pojawił się problem z dotarciem do auta, które zostawiliśmy przecież 13 kilometrów stąd. Autobus miał być chyba za jakieś 1,5 godziny, zresztą i tak już nie mieliśmy koron.
Wpadamy na rozwiązanie, że ja poczekam z gratami przed knajpą, a menel pójdzie z lacza machając po drodze na autostop. Na pewno zaraz ktoś go zabierze i wróci już autem po mnie. Dawałem mu na to najpierw pół godziny, potem godzinę...po dwóch godzinach nadal go nie było 😒. Okazało się po bodaj 2,5-3 godzinach, że najpierw idąc owszem machał, ale potem się zniechęcił bo nikt się nie zatrzymywał...Obraził się na czeskich kierowców i klął ich jak to mówił do czwartego pokolenia 😄.