sobota, 30 lipca 2022

"Famiglia Cooperativa" w Dolomitach

 2022, lipiec



Dolomity


Niniejszy tytuł jest jak wiele innych żartem, ale ten trzeba wytłumaczyć ;-) "Famiglia Cooperativa" to włoska sieć spółdzielczych sklepów, które odwiedzaliśmy, ale po polsku kojarzy mi się ta nazwa z czymś co można określić jako "Rodzinna Współpraca". I nasz wyjazd miał charakter, który można opisać właśnie tymi dwoma słowami.

Nasza długa droga zaczęła się dzień wcześniej od wyjazdu do Katowic i noclegu w hostelu. O 9:15 zjawiliśmy się na Placu Andrzeja i za moment podjechał autobus. Od teraz był naszym ruchomym mieszkankiem na kilkanaście godzin. Oczywiście taka podróż ma swoje męczące strony, ale też widać po drodze więcej. Pech dopadł nas we Wiedniu, gdzie spędziliśmy w korku przed remontowanym mostem dodatkowe z półtorej godziny. Wpłynęło to na godzinę dotarcia poprzez Belluno do Falcade - znaleźliśmy się w naszym hotelu grubo po północy i padliśmy do łóżeczek.

Poranek przywitał nas...zresztą, to trzeba zobaczyć. Widok z okna pokazał nam, że istotnie, jesteśmy w górach i to nie byle jakich:

Po śniadanku czekało nas pierwsze wyzwanie. Pierwszy wjazd serpentynami i pierwsze podejście.
Trzeba tu napisać słowo o charakterze wyjazdu. Wydarzenie było organizowane przez Horyzonty. Wycieczki to kilkugodzinne trekkingi z dowozem i odwozem autobusem. Trasy były dość rozsądne, chociaż grupy były mocno zróżnicowane jeśli chodzi o uczestników. Na razie pierwszą wycieczkę robiliśmy pełnym składem wraz z naszymi dwoma przewodnikami. Zobaczymy, jak to będzie.

Wyjechaliśmy do początku szlaku koło Malga Vallazza. To dawna bacówka a obecnie coś bardziej w rodzaju agro. Stąd zaczęliśmy podejście wzdłuż potoku.

Pierwsze wyjście na punkt widokowy oszałamia. Wszystko jest nowe, świeże, powietrze pachnie włoskimi ziołami ;-) 
Jestem w lekkiej euforii. Pierwszy raz Dolomiti!
Małe jeziorka po drodze 
do Lago Juribrutto:
Pogoda niestety zmieniła się na gorsze, słonko zaszło za chmury. Powiał też silniejszy wiatr.
Znad jeziorka wychodzimy na przełęcz o tej samej nazwie a dalej nieco bardziej wymagającym terenem na ramię zbiegające od szczytu. Są tutaj pozostałości z I Wojny w postaci transzei, ponoć walki z Austrią trwały tutaj głównie w 1915 roku. Nie wyobrażam sobie prowadzenia tutaj działań wojennych, szczególnie w zimie. 



I oto, proszę Państwa, pierwszy szczyt w Dolomitach zdobyty, Cima Bocche /2745/. Nice.
Teraz trzeba było zejść, z powrotem po kamlotach na przełęcz i dalej niżej bo trzeba stracić niemal kilometr (!) wysokości, aby dojść do Negritella, skąd odbierze nas autobus. No to znów pora na kilka fotek: 






Dzień 2. - wyjechaliśmy na Valles Pass /2032/ i stąd zaczęliśmy dość krzepkie podejście na Forcella Venegia. Wszystko odbywa się w palącym słońcu, ponieważ tego dnia pogoda jest już inna - stabilne słońce, błękit nieba. Włochy pełną gębą. Dzisiaj celem jest przejście przez grzbiet i u podnóży potężnych baszt Pale di San Martino.


Wspinamy się coraz wyżej, ale cóż...one już tu są :-)
Przejście grzbietem jest przyjemne i nie nastręcza żadnych trudności, a widoczki są coraz lepsze. 
Po dotarciu na Forcella Venegiotta /2299 m/ robimy postój a potem zejście w głąb doliny Venegia.



Sielskie widoczki



Pale di San Martino w całej okazałości

Trzytysięczniki Pale, najwyższy z nich widoczny w środku to Vezzana /3192 m/
Ten etap trasy zakończyliśmy przy schronisku Baita Segantini.

Schodzimy do położonego niżej Rifugio Capanna Cervino
A stamtąd do szosy przecinającej Passo Rolle, skąd odbierał nas autobus. 


Dzień 3. zaczął się wyjazdem do miasteczka Alleghe, położonym nad pięknym zalewem o tej samej nazwie. 
Stąd kolejką gondolową zabieramy się na górę. I już jest fajnie. Tego dnia będziemy działać w rejonie masywu Civetty.
Na wschodzie zaś góruje potężny masyw Monte Pelmo.


My zmierzamy krętą ścieżką do schroniska
Rifugio Sonino al Coldai, pięknie położone na krawędzi kotła
Ze schroniska po odpoczynku podeszliśmy nad jezioro - Lago di Coldai. Uczta dla oczu.
Poszliśmy jeszcze kawałek dalej
Forcella Col Negro di Coldai /2199 m/
Tak, to Marmolada. Ale widziana od strony bez lodowca.

I powrót nad jeziorko.

W jeziorku żyją rybki, tylko trzeba mieć sposób aby je zwabić
i dzieją się cuda

Po tych ichtiozabawach wróciliśmy do schroniska na spaghetti, które we Włoszech po prostu musi być pyszne, nie ma innego wyjścia. 
Powrót nastąpił częściowo tą samą drogą, lecz tym razem zeszliśmy do doliny rzeki Canedo. Po drodze była jeszcze jedna bacówka, znana z czystego naturalnego mleka i wyrobów z niego czyli serów, Azienda Casearia.
Trochę próbowały się tutaj rządzić kozy, ale piesek pasterski szybko zaprowadził porządek.
Stamtąd droga prowadzi na przełęcz i do schroniska Rifugio Passo Staulanza. Tam zakończyliśmy wypad nad szklanicami z zimnym białym winkiem.
Jeszcze widok wstecz na masyw Civetty.

Dzień 4. miał być mocnym uderzeniem - to najbardziej wymagająca wycieczka o typowo górskim charakterze, czyli po włosku Annelo del Pelmo. Oznacza to dosłownie Pierścień Pelmo albo opisowo - Trawers wokół Pelmo.
Zaczynamy od powrotu na Przełęcz Staulanza /1773/. Tym razem jednak idziemy w przeciwną stronę, przez las zupełnie podobny do tatrzańskiego górnego regla.
Ponieważ przewodnik idzie dzisiaj wyraźnie szybciej, sprawnie wychodzimy z lasu na łąki i między kosówkę






Wreszcie staje się widoczne nieduże schronisko Rifugio Venezia /1947m/
Tutaj zrobiliśmy dłuższy popas. Ogólnie rzecz biorąc dla mnie te popasy były zwykle zbyt długie, nie jem zbyt wiele w czasie trasy a regeneruję się już po kilkunastu minutach i godzina siedzenia to dla mnie strasznie długo.
Od tego miejsca weszliśmy już na teren kamienistych usypisk. Szybko odbija w lewo ścieżka prowadząca do via normale na Monte Pelmo /3168/. Trudną jej częścią jest długi trawers w skale, który częściowo mogłem zidentyfikować jako widoczną niemal poziomą bruzdę. My zaś na razie spokojnie robimy wysokość po piarżyskach. Słońce niesamowicie tu operuje i na dodatek odbija się od białych skał.

Po przeciwnej stronie doliny widoczne Antelao /3264/


Wychodzimy na pierwsze siodło i dalej trawers u podnóża ściany

Na tym fragmencie najbardziej trzeba uważać
dlatego są tu gdzieniegdzie rozwieszone stalowe liny
Po pokonaniu trawersu na samą przełęcz jeszcze ze sto metrów żmudnego podejścia
i wreszcie widać co jest po drugiej stronie, Forcella Val d'Arcia /2474 m/


Po satysfakcji z wejścia na najwyższy punkt trasy teraz czekały nas trudności zupełnie innego rodzaju. co ciekawe, osoby, które miały obawy na podejściu obecnie zostały zastąpione przez zupełnie innych uczestników, którzy mieli z kolei miękkie nogi na ruchomych piargach.


Trzeba stracić trochę tej wysokości
Wieszczki


Na tych kamienistych przestrzeniach marzyłem o schłodzonym białym winie i to marzenie spełniło się na przełęczy Staulanza. Bardzo fajna wycieczka.

Dzień 5. to wypad w zupełnie inną stronę. Po dość długim czasie objeżdżamy Pale di San Martino, aby wreszcie zjechać do San Martino di Castrozza właśnie. Po co? Ano tu właśnie znajduje się dolna stacja kolejki wywożącej turystów na krawędź płaskowyżu Pale
Drugi skok realizuje duża kabina. 
Po wyjściu z górnej stacji ukazuje się taki widok.
Na lewo Cima Corona /2768/
Na wprost schronisko, do którego podążamy na początek,  Rifugio Giovanni Pedrotti:

Na początku byłem zadziwiony krajobrazem


W miarę krążenia po płaskowyżu monotonia otoczenia zaczyna przytłaczać, samorzutnie pojawiają się skojarzenia z Frodem błąkającym się po Mordorze...
Mimo niezbyt dużej wysokości uchowały się tu plamy śniegu
Jakaż to obca planeta
Cima di Fradusta /2939/ z resztką lodowca
Jedyne widziane po drodze małe jeziorko
Po zatoczeniu sporej pętli znowu widoczna Cima della Rosetta 


Zamknęliśmy pętlę wracając do schroniska Giovanni Pedrotti. Mimo kilku załamań na trasie w schronisku budzi się we mnie potrzeba zdobycia szczytu po tym telepaniu po wysypisku gruzu :P
A przecież niedaleko jest szczyt, trzeba się tylko zdobyć na pewien wysiłek podejścia. 
Cima della Rosetta /2743/, widok od strony stacji wagonika, ale samo podejście jest całkiem wygodną ścieżką i na końcu jeszcze kilkadziesiąt metrów po skałach:
I widoczek ze szczytu:
Z tarasu rozpościera się również imponujący widok
Zjazd zakończył tę nietypową trasę w niecodziennej scenerii.

Dzień 6. zrobiliśmy sobie na własną rękę, 100% Famiglia cooperativa :-)
Dzięki temu zobaczyliśmy całkiem coś innego niż reszta grupy. Na początek wychodzimy z Falcade uliczkami podziwiając tradycyjne domy.

(fot. K.)

Z Falcade przechodzimy do Valt, malutkiej miejscowości z niemal samymi starymi domami z charakterystycznymi galeriami, na których suszono siano i drwa.
A za Valt skręcamy w las aby zrobić nieco wysokości. Ścieżka biegnie skrajem wąwozu coraz to zwężającego się i coraz to stromiej.
Wreszcie dochodzimy do miejsca, z którego widać już dolną kaskadę wodospadu Cascata di Barezze.
Po pokonaniu jeszcze kilkudziesięciu metrów w pionie otwiera się widok na wyższą kaskadę
A potem można jeszcze wejść na mostek przerzucony ponad najwyższą częścią, wrażenie robi wielkie.
Kilkaset metrów dalej w Torrente Marmoladella :-)
Poszliśmy dalej aby odwiedzić pięknie położoną wioskę Sappade. Było tu chyba najpiękniej z wszystkich do tej pory widzianych i całkowicie spokojnie.




Niespiesznie wróciliśmy do Falcade po drodze zahaczając jeszcze o kolejną wioseczkę i las tak, aby trafić wprost do centrum i wpaść na pizzę.
Oczywiście samo Falcade też jest bardzo ładnym uroczym miasteczkiem
(fot.K.)


Dzień 7. to niestety już dzień powrotny ale żegnać się z Dolomitami będziemy długo.
Od rana wyjeżdżamy autobusem przez Alleghe a dalej niesamowicie pokrętną drogą kilkudziesięciu zakrętów na Przełęcz Giau na wysokość 2236 m npm. Jest to znane widokowe miejsce i my także chcieliśmy tu mieć fotki!


Następnie zjeżdżamy prosto do Cortiny d'Ampezzo. To miasteczko jest stolicą sportów zimowych znaną co najmniej od 1956, kiedy to było gospodarzem olimpiady zimowej. A za cztery lata w 2026 roku znów dostąpi tego zaszczytu.
Miasteczko ma swój urok lecz po spokojnym Falcade robi na nas wrażenie zatłoczonego turystami.
Wolny czas poświęciliśmy na kawę, powolne bujanie się po deptaku i spaghetti w knajpie :-)


Pożegnanie z Cortiną to jeszcze nie ostateczne pożegnanie z Dolomitami. Jedziemy drogą przez góry w stronę granicy z Austrią ale po drodze jeszcze jeden postój w widokowym miejscu:
Lago di Misurina a w tle słynne Tre Cime czyli Drei Zinnen. W zasadzie cała ta część Włoch (Południowy Tyrol) rozciągająca się na północ od Cortiny jest dwujęzyczna. Do 1919 roku należał do Austrii, potem przechodził różne bolesne historie a od 1972 roku cieszy się statusem autonomii. 
Właściwie Dolomity kończą się tuż przed granicą włosko-austriacką a dalej szosa wiedzie pomiędzy Alpami Karnickimi od południa a Wysokimi Taurami od północy. Niestety nie zdołałem wypatrzeć najwyższego szczytu Alp Karnickich czyli Hohe Warte, który zdobyłem już dobre kilka lat temu.
Cóż można powiedzieć po takim zaledwie liźnięciu Dolomitów? Urzekły mnie te piękne góry. 
Nie chodzi tylko o góry, chociaż samą swoją rozległością robią wrażenie, nie mówiąc o poszarpanych kształtach. To również lokalna kultura, smaki i aromaty. Owszem, jest mocno zaznaczona obecność człowieka na tych terenach ale jest ona wpisana w wielusetletnią historię. Ja czułem się tam bardzo dobrze. Wspaniale było jeść wieczorem w hotelu pyszności dokładnie takie same, jakie obok jadła wycieczka Włochów w wieku mocno senioralnym. Trochę śmieszne ale bardzo mnie to cieszyło. Chciałbym tam kiedyś wrócić jeśli to będzie możliwe. Bella Italia!

sobota, 7 maja 2022

Pomiędzy górami

Góry Orlickie


2022, maj


Całej majówki niestety nie mogłem poświęcić na jakąś fajną trasę, odpadały więc odległe Beskidy, szczególnie  przy obecnych cenach paliwa.

Tymczasem wymyśliłem taki łagodny biwaczek, aby wszyscy uczestnicy wypadu dobrze się czuli i wyspali się przed marszem mimo obaw związanych z możliwym chłodem.

Przyjechaliśmy na dziewiętnastą po pracy w poniedziałek. Pole biwakowe nie było jakoś szczególnie okupowane. Palone już było ognisko, do którego się przyłączyliśmy. Na początek rozbicie namiotów i donoszenie drew na opał.

Potem to już standarcik - kiełbaski, piwko, rumik, herbatka...

(fot. Michał z Leszna)
Obsada przy ognisku zmieniła się w pewnym momencie, wjechała gitara...i od tego czasu to było chyba najbardziej ambitne ognisko, w jakim brałem udział ;-) Nie jakieś oklepane turystyczne kawałki i nie Dżem i SDM, nie. Pół dyskografii KULTu i Kazika, Gilmoury i inne tego typu utwory. Byłem więc wniebowzięty. I tak sobie bobrowaliśmy do pierwszej.
Były niejakie obawy, czy ktoś nie zmarznie, Michał coś tam nad ranem niby szczękał zębem o ząb, ale ja w to nie wierzę.
Rano pobudka o kulturalnej porze, lecz wcześniej bębnienie deszczu o tropik...Czyżby miał się spełnić czarny tzn mokry scenariusz? Jednak nie, po śniadanku niebko lekko się rozjaśniło a my mogliśmy ruszyć na szlak do Bedřichovki. Z poziomu około 670 m npm musimy podejść 440 metrów na pierwszy szczyt.
Było nas razem tylu: Michun, Mhu i Michał z Leszna i na dokładkę Kirył z tego (!) Mariupola.
Wspinamy się ponad wyciąg, już widać, że nawet tak nisko są nadal łaty śniegu.
Gdzieś w tym rejonie Mhu postanowił się orzeźwić... po piwnej nocy:
Płaty zamieniają się w solidne odcinki
Aż w końcu podłoże zostało zakryte całkowicie i szliśmy sobie tak jak w lutym
Znaną mi z wielu wypadów Jiráskovą cestą wyszliśmy na rozdroże i dalej na szczyt, 
Velká Deštná /1115/ ze swoją nieortodoksyjną rozhledną
Nie było zbyt dobrej widoczności, no ale coś tam widać, Jagodną, za nią Śnieżniczek i te pe
A tu na północ, Šerlich ze schroniskiem Masarykova chata a za nim Orlica z wieżą:
Wracamy do głównej ścieżki a tam zamienili stary bufet, w którym "kymaly my" z Meniem jeszcze w 2011 roku na takie cacuszko. 
Nie wiedzieć czemu, panele słoneczne zamontowano również od strony spodniej :-)
Skoro potwierdziłem naocznie, że utulnia działa, to może kiedyś uda się tu nocleg, jakoś po sezonie...
Planujemy mały odpoczynek w schronisku. Ale najpierw trzeba pokonać lodowiec z głębokimi szczelinami.
No i znów, Pan Masaryk i jego chata.
Lądujemy w tym przybytku, chłopaki zamawiają słodkie co nieco. A ja pozostałem wierny kofolce i kawce.
No to my odpoczęli, aż za dużo. Wyszliśmy na szlak
Hehe, ale to nie będzie tak łatwo...
Na granicznej ścieżce jest śnieg albo błoto. Albo woda. Słabo dla siateczkowych butków. Ja na szczęście uzbroiłem się w solidne Asolacze, jednak nie wszyscy tak zrobili.
Pojawia się na moment rezerwatowa polanka ze śnieżycami. Rezerwat jest po stronie czeskiej a śnieżyce rosną po polskiej :-)
Pogoda zwraca się przeciwko nam, coraz więcej chmur atakuje nas od południa. Niezbyt długi odcinek do Orlicy, w granicach trzech kilomajów, zamienia się pod koniec w walkę z błotem, kałużami i coraz większym opadem. Kulminacja następuje, kiedy Michał z Leszna topi buta w głębokiej kałuży. (Ale go wydobył). Równocześnie deszcz przybiera na sile.
Dosłownie siłą zaciągam zmorzoną ekipę na szczyt Vrchmezi /1084/.
W podskokach spieprzamy do wieży. Na szczęście to obudowana konstrukcja. Przez kwadrans patrzymy, jak strugi wody leją się naokoło nas. Czy to właśnie można nazwać "szczęście w nieszczęściu"? Stamtąd przyszliśmy:
Leje, no leje po prostu...
Stołowe jakby mniej mokną:
Pozostałości dawnego schroniska Hohe Mense Baude.
Ledwo wyszliśmy z wieży, przestało padać. Cud jakiś. Zeszliśmy do Zieleńca już w takim słońcu, że żałowałem, dlaczego nie mam czarnych okularków? 
Od tej chwili szukaliśmy jakiegoś czynnego lokalu. I taki lokal objawił się nam w postaci Jagienki
Poszedłem w dania tanie ale treściwe - żurek był ładnie serwowany i smaczny, choć jak dla mnie zbyt mało kwaskowy. Natomiast fasolka po bretońsku...przegrała z wielką ilością jakiejś taniej kichy wkrojonej do sosu.
Znów przechodzimy graniczny mostek na Czarnym Potoku. Kierujemy się w pobliże rezerwatu Trčkov pozaszlakowo tak, aby dotrzeć do szlaku żółtego. Tą dróżką wrócimy już do mostku i do Lasówki.

(fot. Michał z Leszna)
Moją uwagę przykuł ten dobrze zachowany pomniczek ku czci poległych w Wielkiej Wojnie mieszkańców.
Jeszcze kilkanaście-dwadzieścia minut i meldujemy się koło auta.
Wypadzik wraz z biwaczkiem okazał się świetnie udany, pogoda była zmienna lecz szczęśliwa a towarzycho dodało śmichu na trasie.