piątek, 31 marca 2023

Wariacka szarża

 Niżne Tatry Nízke Tatry


2023, marzec


Zastanawiałem się nad możliwością wypadu w marcu i nic mi się nie składało. Dopiero spojrzenie w grupkę na fb wywołało dreszcz zrozumienia. Niby nie za bardzo pasowała mi podana propozycja, ale coś podpowiadało mi, żeby się szybko zgłosić i uwierzyć w temat! Błyskawicznie ustaliliśmy, co i jak kiedy, gdzie. Uzupełniłem ustalony już skład: Ilona, Paulina i Artur. Okazało się, że jedzie również znana mi już z dwóch wypadów Magda. 

I tak zaczęła się nasza wariacka nocna szarża autkiem przez Polskę aż na Słowację. Tę noc przesiedziałem na tylnym siedzeniu (pod prawym oknem) w formie rogala albo precla. Przed świtem wjechaliśmy w granice wioski Liptovská Teplička /900/. Wysiadam i... upadam.

Reszta też wypadła.

Zbieramy nasze kostki i ścięgna leżące na parkingu. Teraz trzeba napier...ać. 

Wioska budzi się do życia. My odwrotnie - chętnie położylibyśmy się do wygodnych łóżeczek.

Wychodzimy. I wpadamy prosto w ziemniakowe piwniczki.

Smakowity początek wycieczki. Każdy Poznaniok chciałby mieć woryszek pyrów narychtowany w takiym sklepie, no!
Idymy dalij. Patrzymy zaś za siebie a tam...są Taterki. 
Ale nasza ścieżka prowadzi w stronę przeciwną, na południe.
Po zejściu w dolinę Czarnego Wagu robimy spokojnie odległość. Przez chwilę pokazała się nasza Królewska Hala. Oj wysoko ci ona.
Powoli pojawia się śnieg. Tutaj, już gdzieś w dolince Velkego Brunova spotkaliśmy tropy jak przypuszczamy miśka.
(fot. Artur)
Mimo, że już tyle drogi za nami, podejście dopiero przed nami i to zostało nam jeszcze z ponad 800 metrów...
A jest przecież jeszcze przejście przez potok.
(fot. Artur)
(fot. Artur)
Gdzieś koło wyjścia na Przełęcz Sedlo Záturňa /1213/ śnieg zaczyna się już utrzymywać na stałe
Tu przez las całkiem strome podejście wyprowadza nas na polanę. Słońce daje mocy! 

Muszę dobić do Artura z przodu
żeby zobaczyć ten widoczek na Tatry!
Cudowne miejsce na trasie. Taki pit-stop. Wiemy, że teraz to już tylko ostatni skok, nędzne 500 metrów w pionie! Lekko pogubieni w lesie rozdrabniamy się na cząstki. Tu śnieżek był nienośny, rozmiękły. a czasem będzie taki i wyżej.
Wyprzedzają nas turowicze


Co tu się grzebie ta Ilona!
Dawać czadu! DAWAĆ SŁOŃCE!!
Jest magicznie, jak na lodowcu. 
 Ale rzeczywistość skrzeczy, w pobliżu kosówek wpaść można po nabiał (albo co tam mają panie) 
(fot. Artur)
I wpadaliśmy tak często. Na fotce Magda w czasie jednego ze swoich nurkowań.
Tu już na ostatniej prostej, Ilona kawałek za mną
Niewiele zostało
Wyczłapałem w coraz silniejszym wietrze do szczytowej skałki. Niedługo dotarła także Ilona. Patrzymy na resztę wycieczki:
Foto pamiątkowe solo
Foto pamiątkowe w duecie
(fot. Ilona)
Zalegliśmy pod ścianą budynku z wieżą. 
Może urodą nie grzeszy ale słonko mile nas grzało a wiatr nam tam nie groził.
Po pewnym czasie dołączył do nas Artur. Po dalszym oczekiwaniu dwie pozostałe uczestniczki również dotarły i...padły na śnieg XD czyli podejście jednak było zacne
 
Foto pamiątkowe całości składu
(fot. jakiś Słowak)
Różne były atrakcje na szczycie, o których zmilczę publicznie ;-) może kiedyś dostanę copyright na ujawnienie tych ekscesów XD
Jak się okazało coś tam źle pamiętałem sprzed lat i lekko mnie zaskoczyło, że jeszcze przed nami ponad trzy godziny marszu. 
Pstrykanko fotek, widoczna wyraźnie zachodnia część pasma z Dumbierem i Chopokiem:

Przez Stredną holę /1876/ wyszliśmy na Orlovą /1840/
Wędrowało się przyjemnie, słońce i wiater, jak powinno być w górach zawsze!
Winter Expedicion 2023 :)

(fot. Artur)
Skok jeszcze na Bartkovą /1790/

Gdzieś na zejściu na przełęcz jakoś niespodzianie się rozłączyliśmy i mimo, że był kopny śnieg, zszedłem dość szybko i musiałem czekać na grupkę, która akurat robiła sobie częste przerwy. Zmarzłem siedząc na słupku bo temperatura razem z wiatrem dawała odczuwalną na poziomie minus kilkunastu stopni.
Teraz czekało nas ostatnie podejście dnia poprzez grzbiet Andrejcovej. 
Artur "walczy" na podejściu:
Na szczycie Andrejcovej /1520/ stanęliśmy z ostatnimi promieniami słońca.
Szybko zszedłem do utulni.
Było tam już sporo ludzi, głównie słowaccy turyści ale i Czesi. Zrobiło się dość ciasno a to nie był jeszcze koniec! Do późna przybywali kolejni turyści, ostatni spali już na siennikach rozłożonych wprost na podłodze. Śmiesznie bywało, gdy w tę ciżbę wpadał schroniskowy biały wielki owczarek i starał się każdego niuchnąć :-)
Po zjedzeniu kolacji  spędziliśmy troszkę czasu w kątku przy różnych kolorowych flaszkach, ale szybko zmęczenie dało o sobie znać i zalegliśmy na pryczach, podzieleni na dwie grupki pomiędzy stryszek i górne piętro. Leżałem tam jak pieczeń rzymska w piekarniku na górnej blasze. Około 3:30 musiałem wyjść na dwór, było to strasznie męczące doświadczenie, już samo zeskoczenie z górnej pryczy było ekwilibrystyczne. 

Rano wszystko wyglądało inaczej. Światło dodało przestrzeni chatce a turyści zaczęli po kolei opuszczać pielesze. 
My zjedliśmy własne śniadanie i trzeba docenić wrzątek wydawany w ramach noclegu (7E) bez dodatkowych opłat.
(fot. Artur)
Nie ma to jak widoczek utulni w porannym słońcu
Wspomniane wcześniej psisko, które robiło nam kipisz w chatce:
Dziewczyny i Taterki:
Znów foto grupowe
(fot. Artur)
Sesja zdjęciowa trwała długo ale w końcu opuściliśmy gościnne progi utulni Andrejcova i poszliśmy w naszą stronę. 
Po krótkim przejściu na przełęcz Pod Košariskami /1421/ opuściliśmy główny grzbiet Niżnych Tatr (jak i ścieżkę Hrdinov SNP!) i zeszliśmy do Doliny Ždiarskiej. Ale nie tylko schodzenie czekało nas tego dnia, nie nie nie! Wszystko co do tej pory zeszliśmy w dolinę, musieliśmy obecnie podejść.


(fot. Artur)
Wracamy na wysokość około 1400 metrów a naprzeciwko cała nasza wczorajsza trasa:
Zadajemy kroka i niebawem wchodzimy na:  Panská hoľa /1429/
Zaliczyliśmy na szczyciku miłe spotkanie ze Słowakami na turach, oni naprawdę są naszymi bratnimi duszami :)
(fot. Ilona)
Kolejny raz pojawia się widok na Tatry, jesteśmy coraz bliżej, ogólnie rzecz biorąc schodzimy przez rozległe hale, od czasu do czasu podchodząc na pośrednie kulminacje  

Klimacik
Niesamowita przestrzeń
Ostro zarysowane sylwetki na śniegu w słońcu, skóra mi złaziła potem przez tydzionek
Jeszcze tylko kilka kroków i śnieg się skończy... 
Zeszliśmy w rejon Sedla pod Doštiankou i to już naprawdę ostatnie kilometry
Niemal na dole wpadłem na super pomysł i poszliśmy do bufetu pod wyciągiem. Dysponował on napojami i posiłkami, wiadomo, że tę podejrzaną bandę głównie interesowały napoje:
(fot. Ilona)
Drogi powrotnej nie będę opisywał, wiadomo, było źle, długo, niewygodnie, nieporęcznie, ale nic z tego nie ma znaczenia. Ważne, ze poznałem nowych ludzi i był to jeden z najwybitniejszych wypadów z ostatnich kilku lat. Powtórne spotkanie z Niżnymi po latach też wypadło genialnie. Nieszczególnie przeszkadza mi chodzenie "dla sportu" ale trafienie w taki pogodowy ocet daje wielkiego kopa w górę (w sensie pozytywnym).
A z tą ekipą jeszcze gdzieś pojadę, nie ma  innej opcji!

poniedziałek, 13 lutego 2023

Rakiety na chwilę wyjęte

 Góry Izerskie


2023, luty



Dziwnie się stało, iż po tygodniu wysiadłem z pociągu znów na tej samej stacji Szklarska Poręba Górna.

W znanym składzie z Mhu i Konsim mieliśmy plan na klasyczne krążenie po Górach Izerskich. W końcu tego roku, po latach, ma być ponownie możliwość transportu koleją z i do Świeradowa-Zdrój. Przejście zamiast pętli przez polską część Gór Izerskich może będzie bardziej dostępne, bo autobusy jeżdżą dość rzadko. 

Na razie ruszamy niebieskim szlakiem...a nie, to czarny...trzeba się cofnąć do niebieskiego :-( Zapomniałem wspomnieć, że tuż po wyjściu z wagonu zaatakowała nas mżawka, nic nie widziałem przez mokre okulary. Według prognozy nieco wyżej mżawka miala zamienić się w śnieg, więc byłem raczej dobrej myśli. Zresztą nie padało równo bez przerw- wiatr i opad to się wzmagał, to przycichał. Na początek dojdziemy do Zwaliska /1046/. A potem zobaczymy.



Nie ma, że boli. Pogoda to tylko wrażenie ;-)
Spacerkiem wyszliśmy na Zwalisko
(fot. Mihu)
Na pustych przestrzeniach przed "Stanisławem" wpadamy w miks mleka i piździawy 
(fot. Mihu)
Tutaj się rozdzieliliśmy, ja z Mihem poszliśmy na wariant górą przez na Izerskie Garby.
Wiata w pobliżu rozległego wierzchołka Wysokiej Kopy, śniegiem zasypana
Tu kimaliśmy z Davem już kilka lat wstecz, więc wysłałem mu sms na przypomnienie
(fot. Mihu)
(fot. Mihu)
Właśnie na tym odcinku mogłem wskoczyć w rakiety na pewien czas. Pogoda była tu najgorsza, porywisty wiater i mżawka w oczy.
(fot. Mihu)
Zeszliśmy do Rozdroża pod Kopą. Dalej przynajmniej nie wiało już tak bardzo i do Chatki Górzystów dotarliśmy niemal równo ze zmierzchem.
Romantyczna kolacyjka przy świecach ;-)
Nie powiem, dość ciężko było wyjść na dwór. No ale przecież w schronisku Orle czekał na nas trzeci uczestnik wypadu. Nie wypadało go olać.
Już w ciemnościach przeszliśmy kilka kilometrów doliną Izery. W schronisku panował lekki chaos, pan Stasiu donosił z piwnicy skrzynki, ukraińska obsługa starała się wydawać zamówienia, przy stołach zamawiano kolejne piwa, dzieciary robiły jazgot więc przycupnęliśmy skromnie w kątku. Staraliśmy się przynajmniej częściowo być samodzielni, ale coś tam również się zakupiło. Po pewnym czasie część ludzi jakoś wybyła z głównego pomieszczenia więc przenieśliśmy się w pobliże kominka. Próbowałem rozpalić to urządzenie, niestety nie było suchego drewna tylko wielkie mokre i zmurszałe kloce. Wznosząc się na wyżyny talentu uzyskałem nikły płomyczek. Na chwilę odszedłem od kominka...gdy wróciłem okazało się, że ktoś stwierdził, że on to zrobi lepiej i już się nie pali XD
No nic, trzeba było się ewakuować na miejsce noclegowe około 22 wykulalismy się z Mihem, (Konsi zorganizował coś na miejscu) było może nieprzyjemnie ale za to padało. Po dwudziestu minutach rozłożyliśmy spanie we wiacie nad Izerą. Padłem i koniec.
Rano widać ilość śniegu na dachach, a to już jest po całodniowym deszczu! 
Niestety, mój materacyk w nocy puszcza powietrze, stary już czy trefny, nie wiem, musiałem pompować około trzeciej żeby nie kimać na dechach.
(fot. Mihu)
Rano przez chwilę jakby nie padało ale gdy Mihu poszedł a ja jeszcze się pakowałem lunęło na nowo.
Widok z mostu na Izerze
I w drugą mańkę
Granicznik w śniegu
Spotkaliśmy się we trójkę w schronisku na śniadaniu. Znów udało mi się pozostać w miarę samowystarczalnym, tylko Mihu wykosztował się na jakąś jajecznicę ;-)
Wyruszamy żwawo na Rozdroże pod Działem Izerskim i proszę, wyłoniło się słonko!
Z przeciwnej strony napływały fale mniej lub bardziej doświadczonych biegówkarzy. Na szczęście obyło się bez żadnych incydentów na trasie. 
Małe przebieranko na środku szlaku, a jak! Nic nikomu nie wadziło.
Nie przemęczając się doszliśmy do Polany Jakuszyckiej. Chciałem dokładnie sobie obejrzeć nowy ośrodek sportu, czekając na pociąg. Tymczasem musiałem biec i wskakiwać do wagonu, bo dotarłem tam równo z przyjazdem vlaka. Szczęśliwie w ten sposób dość wcześnie znaleźliśmy się w Szklarskiej Porębie. Został jeszcze czas na zakupy przed podróżą. Dzięki temu podróż powrotna była wesoła.
Cóż, kolejna klasyczna trasa zrobiona. Marzy mi się teraz coś beskidzkiego dla odmiany?