niedziela, 5 stycznia 2025

Na Śnieżuni musi wiać

 Karkonosze


2025, styczeń


Po wielu błaganiach i poniżeniach Zgórwysyny wzięły mnie na pokład. Mówią ci jacy tacy: jedziesz w Karki albo sp...dalaj. No i jadę, co zrobić. Ni ma to, tamto.

Zawieźli mnie do Karpacza, którego nie znoszę i jeszcze musiałem za to zapłacić. Wlekłem się w ogonie a oni polecieli szlakiem do przodu jak to zawsze jest z tymi wielbicielami eiaculatio praecoxNo, zima była, fakt, nawet miła

Coraz lepiej sypało, wiajało tyż i tak się szło do Samotni
W schronie oczywiście tłumy, znaleźli my miejsce w kąciku. To nie przelewki, a może jednak..?
A Radek właśnie w jadalni robił przelewki, publicznie przy stole na oczach dzieci.

(fot. Zły Marcin)
Za Strzechą coraz ciekawiej

Mimo przeciwności wyszliśmy na grzbiet, nie można powiedzieć, że było pusto
W Domu Śląskim było również mnóstwo ludzi. 
To schronisko to jest żart, już od dawna. Zresztą sami się reklamują jako "najwyżej położona pizzeria w Polsce". Wrzątek wg regulaminu PTTK schronisko zapewnia "wrzątek do naczyń własnych turysty bezpłatnie lub w cenie nie przekraczającej kosztów" - zatem 3 zł to jest w tym schronisku koszt 300ml wrzątku.
W jadalni spotkaliśmy się z kolejnym uczestnikiem wypadu czyli Szczotą. Ubraliśmy na siebie wszystko co możliwe i poszliśmy wiedzeni nadzieją otrzymania tuzemaka w czeskiej  poczcie.
Po drodze widzieliśmy niezbyt wiele osób - jednak większość została w budynku schroniska. 
Wiatr był dla mnie całkiem znośny gdzieś tak do 50 m przed "talerzami". 
Na samym szczycie to już wiało konkretnie, podawali, że dochodziło do 120 km/h. 
Miałem na głowie trzy warstwy - czapkę, kominiarkę i kaptur a i tak szło na wylot.
Niemal popędziliśmy do górnej stacji wyciągu aby tam nieco ochłonąć, łyknąć coś na rozgrzewkę i te de.
Posiedzieliśmy, pogadaliśmy ale trzeba było iść dalej - do Jelenki.
Na szczycie wiało nadal potężnie ale najgorsze było napieranie dalej grzbietem, gdzie również wiatr nie dawał za wygraną. Niemal cały grzbiet aż do Czarnej Kopy trzeba było iść w pochyleniu przeciwko wiatrowi usilnie zamierzającemu nas przewrócić w prawo.

(fot. Zły Marcin)
Za Czarną Kopą szlak raptownie opada i pojawia się las, co nas uwolniło od ciągłego "halsowania".
Jelenka okazała się bardzo gościnnym miejscem. Jako, że byliśmy niemalże sami - był zajęty tylko jeszcze jeden pokój - mieliśmy schroniskową jadalnię dla siebie i wykorzystaliśmy to na maksa.
Aha, no oczywiście w schronisku dotarł do nas ostatni uczestnik eskapady czyli Szwendacz Galicyjski!
To było nasze pierwsze spotkanie z dawna przeze mnie oczekiwane.

Śniadanie jak to w Czesji było, hmm..pozostańmy prze słowie "pożywne".
Wieczorem mieliśmy srogie rozkminy dokąd uda się nasza pozostała czwórka - bo Bartek i Szwendacz mieli już swój plan na szybkie zejście do Karpacza.
Ostatecznie postanowiliśmy razem schodzić do Peca, gdzie Szczota miał zaparkowane autko. 
Ponieważ miałem ze sobą rakiety optowałem za przejściem zielonym trawersem po czeskiej stronie, gdzie często można liczyć na śnieg, kiedy na grzbiecie jest przewiany.
I nie zawiodłem się!
Chłopaki mimo śniegu polecieli oczywiście do przodu. Było około trzydzieści centymetrów świeżutkiego puchu, w takim śniegu rakiety nie są szczególnie przydatne.

(fot. Zły Marcin)
Szczególnie, kiedy zejdzie się na krok ze ścieżki
(fot. Zły Marcin)
Dopóki szliśmy przez las było w miarę ok, tylko śniegu coraz więcej. Ale zabawa zaczęła się dopiero, gdy wyszliśmy na otwartą przestrzeń.
Wiatr znowu wzmógł się, chociaż nie było to takie ekstremum jak poprzedniego dnia.
(fot. Zły Marcin)
Przez moje zamarznięte bryle ledwie co widziałem
Gdzieś tak za połową trawersu przegoniłem chłopaków, którzy ugrzęzli w zaspach bo śnieg był tu już lepszy pod rakiety, zsiadły, przewiany.
Na południowych zboczach Śnieżki były na "ścieżce" poprzeczne zastrugi, o które ciągle się potykałem - po prostu przez lód na okularach niewiele widziałem oprócz kształtu kolejnej tyczki. 
Mimo to i tak szło mi się lepiej niż chłopakom, zapadającym się w nawiane zaspy. Zresztą ja tego nie widziałem, bo szedłem uparcie jednostajnym rytmem, czekając, kiedy się to "peklo" skończy.
Wreszcie wiatr zelżał i ścieżka połączyła się z uczęszczanym szlakiem na Śnieżkę, tam poczekałem na grupę w okolicy Růžovohorskeho sedla.

Dalej już spokojniej zeszliśmy do Horská Bouda Růžohorky na zasłużoną kawkę i piwko.

Osypał się ze mnie cały śnieg w przedsionku :-) nareszcie nie WIAŁO!
Z tego wszystkiego dałem się mojemu nosowi namówić na czesnaczkę, mniam.
Wyjście z powrotem na dwór było okrutnym doświadczeniem...
Niby już tylko schodziliśmy ale wciąż nie było spokojnie, śnieg miejscami był głębszy, czasem zawieja podnosiła tumany zimnych drobin na polanach
Szczęśliwi dotarliśmy do centrum Peca i na parking i to był koniec tej eskapady, która przejdzie  do annałów zarówno Zgórwysynów jak i moich.
Bardzo szybko znalazłem się we Wrocławiu, cóż z tego jednak, skoro mój pociąg miał łączne opóźnienie w rezultacie 110 minut i zły, zmęczony wysiadałem na dworcu w Poznaniu.


sobota, 28 grudnia 2024

Do ch..atki z tą bandą.

 Masyw Śnieżnika


2024, grudzień


Tuż przed Sylwestrem, sobota, piękna pogoda. Zapewniony tłum na szlakach i w schronisku. Miałem spore obawy, co  w takim razie będzie się działo w kultowym domku? No ale obiecaliśmy z Mihem trzeciemu kompanowi -Norbiemu, że odwiedzimy chatkę darmową i ciepłą zarazem ;-)

Klasycznie dojechaliśmy do Międzygórza, dość późno ale nie mieliśmy powodu, żeby się śpieszyć.

Tyle, że cały parking był zapchany samochodami "jednodniówkowców". Cóż, czy to się podoba, czy nie, taka forma wyjazdów obecnie dominuje. Ma to dla mnie również swoje dobre skutki.

W zwykłym czasie wyszliśmy na Halę pod Śnieżnikiem, przy schronisku było mnóstwo ludzi...a w schronisku to już całkiem pełno. Mimo kolejki zdecydowaliśmy się na kolejkę. Opata.

Po tym przystanku ruszyliśmy dalej
kierujemy się na szczyt
Nadal stoi to:
Korzystając z mnóstwa czasu zrobiliśmy długaśny postój, z pstrykaniem zdjęć z góry wieży, z dołu wieży i w ogóle bez wieży.

Oczywiście przy takiej pogodzie był piękny wgląd w Jeseniki
I w drugą stronę

Norbi pilnuje szpeju
Przyszedł powoli zachodzik


Poprowadziłem ekipkę ścieżką przez las, było dość dużo śladów - co wróżyło obsadzenie już domku jakąś załogą.
Tymczasem...okazało się, że cały wieczór byliśmy mieliśmy tylko dla siebie! Toż to wariactwo, ostatni raz byłem tam "samemu we dwóch" z kilkanaście lat temu.

Wieczór minął nam bajecznie zabawnie jak to zawsze bywa z tymi ziomkami.

Rano nie zwlekając ruszyliśmy szybko na szczyt szukając pierwszych porannych promyków.

Wróciliśmy na Śnieżniczek
Słońce właśnie wzeszło ponad górami

Poszliśmy na śniadanie do schroniska, było chwilowo jakby mniej ludzi. 
Konsi postanowił schodzić do auta, my z Mihem poszliśmy na Mały Śnieżnik i Trójmorski Wierch.
Co tu komentować, po prostu szło się fajowo, śniegowo i tyle.

Trochę się ślizgałem, raczków nie miałem.
No zajebiste są te widoczki z Trójmorskiego

Idziemy dalej, niżej i niżej
O, a tu z tyłu Śnieżniczek
Dużo zdjęć się robiło przy tak fajnej pogodzie
Mihu dzielnie mi towarzyszył mimo braku jedzenia, dzieliliśmy się krówką na pół
Zostawiliśmy Jeleni Wierch i idziemy, idziemy

Po bardzo ostrym zejściu z ostatniej kulminacji grzbietu granicznego odbiliśmy w prawo do Polski.
Tu były już tylko ślady śniegu.
Konsi czyli Norbi podjechał po nas do Pisar i to był koniec tej zacnej traski. Wszystko się udało, chatkowanko podobało się Uczestnikom i ogólnie było zajedwabiście. Dla mnie był szokiem powrót po latach do samotnego chatkowania pod Śnieżnikiem.