sobota, 20 sierpnia 1977

Krymski kwass

Góry Krymskie


1977, sierpień


Śmieszne, że coś tam pamiętam z tego wyjazdu, mimo, że odbył się tak dawno.
Widocznie jego egzotyka nawet dla dzieciaka była na tyle silna, ze zapisała się w pamięci.
W wiki możemy przeczytać, iż:
Od północnej strony główne Pasmo Gór Krymskich jest otoczone pasmami: Wewnętrznym i Zewnętrznym. Ich południowe stoki są strome, północne łagodnie nachylone. Przeciętna wysokość Pasma Wewnętrznego albo Środkowego wynosi 450–600 m n.p.m., najwyższa – 738 m n.p.m. (góra Ku-Bałacz). 
I ten właśnie Ku-Bałacz był od naszego miejsca pobytu oddalony zaledwie jakieś 7.5-8 km na południe. 
Mieszkaliśmy w miejscowości Ceннoe (Sjennoje) a tuż za wsią wznosiła się góra pod nazwą Кара-Тау (Kara-Tau, czyli Czarna góra). Nie wiedzieć czemu, obecnie (2018) na mapach google wioska jest oznaczona jako... Sinne, chociaż na innych mapach (np mapy.cz) ma dawną prawidłową nazwę.


Wzgórza dalej na południe to Джанык-Бат i Аюлу-Кая. Byliśmy bardzo ostrzegani przed żmijami buszującymi w trawach na stokach gór. Mimo tego pamiętam nasze wyjścia na pagóry ponad wieś i to poczucie bezkresu...chyba zostało mi to w duszy na kolejne 40 lat. Do dziś w podobnych miejscach najbardziej mi się podoba i najlepiej się czuję. 
(googlemaps)
Na Krymie jak się jechało GAZikiem, to całymi kilometrami rosło to samo = słoneczniki, arbuzy albo kukurydza. Nieprawdopodobne marnotrawstwo ziemi, sił i środków.
A zarazem to poczucie mocy i całkowitej niezależności. (Mówię w sensie mentalnym, nie politycznym).





Na wycieczkę nie pojechaliśmy ani do Jałty ani do Sewastopola. Ponoć w tych miastach jako sowieckich portach wojennych obcokrajowcy nawet z niby to "zaprzyjaźnionej" Polszy nie byli dobrze widziani i mogły wyniknąć z tego jakieś problemy dla naszych gospodarzy.
W rezultacie pojechaliśmy do mniej ważnego portu - Teodozji (Феодосия).
Zresztą... wszędzie było to samo - blichtr na pokaz i wszechobecny Lenin czczony jak bóstwo, nawet dla dzieciaka było to zbyt wiele:

Oj, takie okazywanie znudzenia przy afiszu z Wodzem rewolucji nie mogło się podobać mojemu "wujkowi". Pamiętam, że moi Rodzice usiłowali delikatnie dyskutować, zaznaczyć swoje zdanie...O ile o różnych sprawach można było rozmawiać mniej lub bardziej otwarcie, nawet o Stalinie, o tyle na koniec zawsze było Ленинa не трогай! "Lenina nie trogaj!"  czyli "Lenina nie tykaj!"
Jasną stroną był łatwo dostępny na każdym rogu taniutki kwas chlebowy, pyszny!
Pojawił się obecnie i u nas w sklepach w plastikowych butelkach, nawet prawdziwy rosyjski Nikola i inny: Miłyj dom, a także jakiś ukraiński, no ale to wszystko się nie umywa do prawdziwego kwasu z beczkowozu!  
Zamiast basenu - blaszane miednice 😄 i też było fajowo. Jedna to było Morze Czarne a druga - oczywiście Morze Azowskie.
Jeszcze mam uwiecznione odwiedziny na starym, zapuszczonym cmentarzu. Podobnie wyglądają obecnie stare wschodnie cmentarze opuszczonych wsi gdzieś w Beskidzie Niskim czy Bieszczadach.
Bardziej zatem niż fakty pamiętam wrażenia i emocje związane z tą podróżą, między innymi  dłuugaśną jazdę rosyjskim pociągiem, przekraczanie granicy w Brześciu, serdeczność ludzi ale też ich podatność na propagandę, ich odmienność cywilizacyjną.

Najbardziej jednak zapadła mi w serce - jak już pisałem wyżej - ogromna przestrzeń widoczna z tych niedużych przecież górek. Chciałbym to odczucie jeszcze kiedyś powtórzyć, na razie udaje mi się to czasem przypomnieć w różnych pasmach naszej części świata.

środa, 7 kwietnia 1976

Początek

Tatry


1976, kwiecień



Od tego wszystko się zaczęło. Nie ma to jak wycieczka zakładowaZa PRL takie oto eventy (ojej, przecież nikt nie znał takiego słowa!) opiekuńczy zakład organizował dla swoich ludzi pracy 😄
Nawet skądś pamiętam takie hasło wiszące gdzieś w mieście: "Dobrze pracujesz - dobrze wypoczywasz". 
Biuro mojego Ojca nie pozostawało w tyle i również organizowane były liczne wycieczki. W tym także zagraniczne do tzw. demoludów.
Pierwszą, którą pamiętam była wycieczka do Krakowa połączona ze zwiedzaniem jego okolic, czyli miedzy innymi Ojcowskiego Parku Narodowego z Pieskową Skałą na czele, jak również  Wieliczki z kopalnią. Pamiętam do dziś, jak bałem się ziejącego ogniem Smoka Wawelskiego!
Lecz pierwszą wycieczką prawdziwie w góry był wyjazd na Wielkanoc 1976 roku do domu w Szeligówce w Kościelisku koło Zakopanego.
W Tatrach panowała wtedy nadal zima, chociaż jak wynika z treści zachowanych widokówek, było dość ciepło. Było "ciepło, aż za ciepło", jak pisała moja Mama na zachowanej z tego wyjazdu pocztówce. 
Tu jesteśmy w jakiejś dolince reglowej a może w Kuźnicach? A może wywierzysko w Olczyskiej?

(fot. archiwum domowe)
Marzyła nam się wycieczka do Morskiego Oka w takich "pięknych okolicznościach przyrody, niepowtarzalnej" jak na tym archiwalnym foto:
(widokówka KAW z wyjazdu, fot.A.Chmielewski, zbiory własne)
Rzeczywistość jednak okazała się inna. Oto już w trakcie jazdy ogórkiem Drogą Oswalda Balzera zaczął padać kwietniowy śnieg. Na Włosienicy, do której w końcu dojechaliśmy, leciały już takie krupy: 
(fot. archiwum domowe)
Po wycieczce w padającym śniegu i przejażdżce na sankach zarządzono wcześniejszy powrót ze względu na warunki pogodowe. A tu nieprzyjemna niespodzianka: autobus nie mógł wyjechać z zagłębienia, w którym był położony parking. Wszyscy musieliśmy wysiąść z pojazdu i pchać! Panowie zaczęli podkładać świerkowe gałęzie pod koła napędowe autobusu. Dopiero wtedy udało się wyrwać autokar z tej śnieżnej pułapki i wróciliśmy szczęśliwie do Kościeliska.

No i proszę, zastanawiałem się w innych wpisach, kiedy byłem pierwszy raz na tym Kasprowym Wierchu,  i oto dowód się znalazł: jak wół na pieczątce na stronie tytułowej stoi 7 kwietnia 1976 roku.
(książka - strona tytułowa, zbiory własne)
Wygląda na to, że ta książeczka Nyki, którą potem czytałem z uwielbieniem wielokrotnie, została nabyta właśnie w górnej stacji kolejki, bo przecież nie targałbym książki z domu na górę? 


No i jeszcze dwie fotki z okolic Szeligówki, na spacerze przez obecnie mocno zabudowane rejony Budzówki, Rysulówki i dalej. Są to północno-zachodnie przysiółki Kościeliska, rozłożone na łąkach pod Pasmem Gubałowskim
Z tyłu stoki Butorowego Wierchu /1160/, widać, że tutaj już zima w lekkim odwrocie.
Kożuchy - krzyk mody lat siedemdziesiątych! 
Jak sobie przypomniałem ostatnio, to chyba właśnie na tym wyjeździe byliśmy również pierwszy raz na Słowacji (co ja gadam, Czechosłowacji przecież!).
Ze względu na to, że był to wyjazd organizowany niejako "odgórnie" i był dostępny dla ekipy autobus, pojechaliśmy na wycieczkę do Tatrzańskiej Kotliny, klasycznie przez przejście graniczne na Łysej Polanie, aby wejść do Jaskini Bielskiej. Tę jaskinię pamiętam na !100%. 
Mogło to mieć miejsce takze później, ale bardziej pasuje mi ten wypad grupowo, organizowanym autobusem. Tam zaraz autobusem, ogórkiem zwykłym...
Pierwszy pobyt w Tatrach ledwo pamiętam przez mgłę czterech dziesięcioleci.
Tym niemniej stał się on początkiem długiej serii naszych rodzinnych wyjazdów w Tatry i dla mnie podstawą fascynacji górami na dalsze lata życia.