niedziela, 27 lipca 2008

Sam na sam z Biskupem

Góry Opawskie



2008, lipiec





Samotna jednodniówka też się czasem trafi, kiedy nie można inaczej. Też ma to swój urok.
Przez Nysę dojechałem pękaęsem do Prudnika a stamtąd do Pokrzywnej.
Widok na punkt kulminacyjny dzisiejszej wycieczki:

Wbijam się tu w las i czerwony szlak w stronę granicy. Dość szybko dochodzi się do połączenia szlaków przy granicy.

Dalej zdobywam wysokość aż do szczytu Velká stříbrná (Srebrna Kopa) /785/.
Grzbietem granicznym dochodzę do załamania granicy na północ koło dawnej Rudolfovej chaty. Stąd jeszcze tylko kawałeczek pod górę i można napawać się szczytem.



Moim końcowym celem na dzisiaj są Głuchołazy, ale nie będę tam szedł najkrótszą drogą, o nie.Na razie schodzę na odpoczynek do schroniska. Pitko czy coś tam i można iść dalej - tym razem szlakiem żółtym a potem zielonym, idę w dół w stronę Cichej Doliny. Potem zawracam pod górę, aby przejść słynną Gwarkową Perć ze Straszliwą Drabiną:



Następnie przechodzę szlakiem do doliny Złotego Potoku w Jarnołtówku.
Robię sobie postój przy sklepie koło kościoła i skręcam na pola do Skowronkowa.
Dalej ścieżka prowadzi również polami, łąkami, jest to kolejny przykład na to, jak mało górski jest GSS.
Po przekroczeniu szosy idzie się dalej...też szosą, tyle, że boczną, prowadzącą do Podlesia. Pod lasem skręcam z niej w prawo i dalej idę podnóżami trzech Kop: Tylnej, Średniej i Przedniej. Potem jeszcze żółtym szlakiem koło szpitala i jestem w Głuchołazach.
No nie tak prędko, teraz trzeba przejść przez całe miasto...szukam tego dworca, szukam na ulicy Dworcowej na szczęście mam dużo czasu ale moje nogi już kuleją.
No to się potem okazuje, jaki głupi byłem, bo przecież pociągi nie jeżdżą a już na pewno nie z dworca Głuchołazy przy ulicy Dworcowej lecz z przystanku Głuchołazy Miasto i nie pociągi, tylko autobusy.
...i taki był koniec.

wtorek, 15 lipca 2008

Z czeskim pivem przez Jizery

Góry Izerskie/Jizerske hory+Karkonosze


2008, lipiec






Ustawka z Panem Malinowskim: tym razem robimy kilkudniową trasę, aby poznać niewidziane dotąd zakątki Izerów i zajść też być może w Karkonosze, okaże się w praniu którędy dokładnie.
Wybieramy opcję dojazdu do Jakuszyc. Idziemy w las pomiędzy granicą a linią kolejową.
Trochę się tam motamy, ale to początek trasy, mamy dużo sił i czasu, luz-blues.
Gdzieś tam koło Tkackiej Góry przekraczamy tor i idziemy na północ przez Rozdroże pod Działem Izerskim no i i dalej, do schroniska Orle.

Po postoju idziemy dłuugą izerską klasyczną drogą do Chatki Górzystów.
Lajtowa trasa, lajtowy dzień...i znów posiedzenie na ławeczkach. (Naleśników nie lubię, mówię z góry).

W końcu opuszczamy wygodne miejsce i idziemy (starym) żółtym szlakiem na Przełęcz Łącz-nik
Z przyjemnością i dostojnie przekraczamy granicę i meldujemy się w recepcji hotelu 
Smrk /1124/.
Izera widziana ze Smreka:

Wieczorem Czerwona Plama na Jowiszu widziana z wieży na Smreku:

W noclegu trochę przeszkadzają nam wielkie mrówki, które zagnieździły się w ścianie (?), dlatego śpimy na stołach.

Rano nadal piękna letnia pogoda, dobrze to wróży naszej wycieczce.
Schodzimy do czerwonego szlaku i przez Tiszinę dochodzimy do Hubertki. Skoro już jesteśmy w Czechach, nie będziemy sobie żałowali piva i tak będzie już cały dzisiejszy długi dzień :-)

Po deliberacjach decydujemy się na zejście na Lázně Libverda i dopiero stamtąd do Hejnic. Na placyku przed klasztorem zasiadamy oczywiście na ławeczce z pivkiem i zastanawiamy się, co począć z takim pięknym dniem? 
Ustalamy, że pójdziemy w stronę zachodnich krańców Gór Izerskich. W takim razie wybieramy szlak niebieski wiodący ulicą Łąkową. Przed nami niespieszne siedem i pół kilometra na Oldřichovské sedlo. Idziemy na luzie, ciesząc się słońcem a potem drogą w lesie.

Osiągamy Oldřichovské sedlo. Jest tu wielce sympatyczna knajpka oblegana głównie przez turystów rowerowych.
Zasiadamy zatem na kolejne pivkowanie i jakiś obiad.
Ponieważ jest dopiero popołudnie, decydujemy się jeszcze na obejście tutejszych pięknych skałek - przez Koprzivnik i Łysą Skałę wychodzimy na Skalni Hrad. Jest tu jedno z najfajniejszych miejsc, marzy mi tu kiedyś się namiot na górze.
Tymczasem schodzimy na Hřebenový buk i wyskakujemy jeszcze na najbardziej na zachód położony punkt naszej wyprawy - Oldřichovský Špičák /724/.
Pozostaje nam tylko zejście do Oldřichova v Hájích. Tam zakotwiczymy przy lokalnej spelunce - gotujemy gulasz na pozbieranych po drodze grzybach i raczymy się napojami.

Tu żeśmy siedzieli 
(fot.mapy.cz)

Po obżarstwie, opilstwie i lenistwie wracamy na przełęcz. Na noc rozkładamy graty we wiacie.
Niestety, nigdzie w pobliżu nie ma wody. Nie chciało nam się schodzić na dół i rano gonimy na resztkach...ale nic to, przecież w górach jest mnóstwo strumyczków!
Wiata na Przełęczy Oldrzichowskiej i nasze poranne bałagany.

Jednak po drodze...masakra na sucho! Żadnych źródełek, zero potoczków.
Na początku trzymamy fason i jest wesoło: Coś dla Pań (oraz niektórych Panów) oczywiście mam na myśli grzybiarzy-amatorów

Podchodzimy w gęstniejącym upale a język przysycha mi do podniebienia. Na szlaku zielonym w lipcu wody brak a do Polednika /864/ suma podejść wynosi te 400 metrów...
Zdycham z pragnienia aż w końcu - wychodzimy na rowerową Hrebenowkę.
Tam dopiero za Bílá kuchyně jest przy drodze źródełko! 
Chłepcemy zatem wodę wprost ze źródła, aż do przesytu. Humory się poprawiają, siły regenerują. I dobrze, bo czeka nas teraz kolejne podejście - na Ptačí kupy /1013/. Przedzieramy się przez chaszcze, kosówki i stromo po głazach wyłazimy na górę.
Widok z Ptacich Kup w stronę zbiornika Bedrzichov i Jeszteda:

Dalej ścieżka wiedzie nas na Holubnik /1071/.
Stara wiatka na przełęczy pod Gołębnikiem; śmieszne, góry a chodzi się kilometrami po molo...

Po krótkim odpoczynku koło wiatki wspinamy się jeszcze na szczyt Černá hora /1085/.
Grzbiecikiem idziemy również obejrzeć Śnieżne Wieżyczki /1063/ a potem schodzimy do drogi i głównego szlaku. Na Kneipie można odpocząć, wypić, posiedzieć, pogadać.
Przed nami jeszcze zejście doliną do Smedavy...ale przecież po drodze mamy odboczkę na najwyższy szczyt czeskiej strony gór, niższą tylko o 4m od naszej Wielkiej Kopy, Jizerę /1122/

A to widok z Izery na Smreka , widać wieżę i strome zbocza doliny Smedy:

W Smedavie oczywiście zasiadamy przy pivie i czeskich specjałach...ale jednak głównie przy pivie. Co tu zrobić z tak pięknym popołudniem w górach..? 
Wybieramy dalszą wędrówkę "do oporu", bez szczególnego celu pójdziemy którąś z rowerowych ścieżek. Ta, którą wybraliśmy doprowadziła nas do Rašeliniště Jizerky.
Po obejrzeniu bagniska idziemy dalej do Jizerki. Powoli rozglądamy się za jakimś miejscem na nocleg, niestety, wszędzie tu jest sporo domków i ludzi.
W końcu już trochę zmęczenie daje o sobie znać i rozbijamy namiot na "pralouce" pod Bukovcem, w miejscu mało widocznym ze szlaku. Zasypiania ze zmęczenia nie pamiętam - przeszliśmy tego dnia w upale prawie trzydzieści kilometrów i podeszliśmy prawie 1200m.
Następnego dnia rano budzimy się jednak wcześnie i pełni przekonania, że trzeba uderzyć w Karkonosze. Idziemy szlakiem wzdłuż granicy a potem wzdłuż koryta Jizery, którą przekraczamy w Martinskiem Udoli.

Czerwonym szlakiem zmierzamy do Harrachova. W centrum miasteczka przy jakimś sklepie robimy śniadanko i ustalamy, że przejdziemy sobie doliną Mumlavy.
Jakiś człowiek łysy w wodospadzie Mumlavy

A to rusałki także tam:

Dolina Mumlavy wspina się - trochę dla mnie nużąco - aż w końcu wychodzimy na prawie płaski rejon łąk Mumlavskiej, Panczawskiej, Labskiej, Harrachovej...
Tu pojawia się mrowie rowerzystów. Klucząc między nimi zmierzamy do Labskiej Boudy.
Widok jakby znajomy , ale od...tej drugiej strony:

Robimy sobie luzackie popołudnie, bo nie będziemy już dziś daleko szli. 
Oczywiście pivo na tarasie na słoneczku koi nasze nerwy.
A na wczesny wieczór idziemy jeszcze na pożegnanie Czech i czeskiego piva do Martinovki.
To po czeskiej stronie jest najlepsze: mnóstwo schronisk, boud i bufetów z pysznym zimnym pivem.
Nasz ostatni nocleg robimy w chatce na Czarnej Przełęczy (Pod Śmielcem).

W nocy na przełęczy trochę gwiżdże i duje, wyraźnie idzie na zmianę pogody.
Ostatniego dnia rano schodzimy z przełęczy, ale nie dam się już dzisiaj za to pokroić, czy zeszliśmy bezpośrednio na Jagniątków, czy może przez Odrodzenie na Przesiekę? Ale raczej ten pierwszy wariant.
No i tak się skończyła nasza kolejna wspólna wycieczka, jedna z fajniejszych izerskich.

niedziela, 11 maja 2008

Gorczańsko klasycznie zlani

Gorce


2008, maj



(Nie jestem pewien tej daty, ale rok w tę czy rok wew tę nie robi różnicy 😄)
Wycieczka dwuosobowa z Panem Malinowskim miała być przyjemnym gorczańskim klasykiem, przejściem ponownie całego grzbietu lub innym wariantem - bocznego ramienia.

Tymczasem ledwo wyszliśmy z pociągu w Chabówce, powitał nas kapuśniaczek sączący się z nieba.
Przeszliśmy spiesznie do Rabki, aby gdzieś tam schronić się przy piwie. Skończyło się heinekenem pod sklepem, bo przestało chwilowo padać.
Wychodzimy na szlak czerwony i na początek zmierzamy do schroniska Maciejowa.

W schronisku nalot młodzieży kolonijnej, ani chwili spokoju od rejwachu. Ten chce czipsy, ten kolę, temu coś się wylało, ten zgubił dwa zyle...😁

Po krótkim odpoczynku wybiegamy czym prędzej na szlak i po godzinie i pokonaniu Jaworzyny Ponickiej lądujemy w nieco spokojniejszym schronisku Stare Wierchy.
Niestety, pada już równo. Zalegamy trochę w schronisku, aby przeczekać najgorsze.
Po dłuższym czasie wychodzimy, kiedy wydaje się, że trochę robi się spokojniej.
Niestety, szlak jest całkowicie błotnisty, po krótkiej chwili mamy i tak bagno w butach. Nasze garmonty kompletnie do niczego się nie nadają, dla mnie to pożegnanie z tym butem i z tą marką.
Mozolnie przekraczamy Obidowiec /1106/ i Rozdziele /1188/ i w kolejnej zlewie wkraczamy na Turbacz /1310/.
Pozostaje nam tylko zejść do schroniska i zacząć się suszyć.


Po nocy spędzonej w schronisku wychodzimy na szlak, jednak z podkulonymi ogonami kierujemy się do doliny Kamienicy. Buty ledwo co obeschły, po kilku krokach w kałużach są znowu mokre na wylot.
Pada tak samo jak padało.Trawers Mostownicy: 

(fot. moje z innej gorczańskiej wycieczki)

Z Przełęczy Borek idziemy do doliny, wydaje się, że nasze perypetie zakończyły się. Tymczasem obserwuję wzburzony i podniesiony mocno nurt rzeczki.
Dochodzimy do pierwszego mostku - woda przepływa już prawie przy samej nawierzchni!
Dochodzimy do drugiego mostku - mostku nie ma...Nad jego resztkami łomocze zagniewana woda.
Pospiesznie wracamy do pierwszego mostku i z ulgą przechodzimy, zanim zostanie również zniesiony.
Musimy teraz powrócić do rozstaju szlaków. Tym razem szlakiem żółtym wznosimy się na Kudłoń / 1276/ i następnie na Gorc Troszacki /1235/.

Jestem zobojętniały na wszystko, nawet na wszechobecna wodę...
Zmulony i zniechęcony człapię noga za nogą; idąc tym szlakiem ostatnio przy ładnej pogodzie, nie poznawałem z jego przebiegu prawie nic. 

Na zakończenie tej utopionej wycieczki zsuwamy się na Przysłop Lubomierski
We wiacie przystankowej wylewam wodę z butów i szukam w plecaku czegoś słabiej wilgotnego do przebrania na drogę powrotną.

niedziela, 20 kwietnia 2008

Wschodnia Ściana Kotliny Kłodzkiej

Góry Złote+Góry Bialskie+Masyw Śnieżnika


2008, kwiecień




Tak, wiem, że Kotlina Kłodzka to nie góry i powinno się pisać "Ziemia Kłodzka". Ale jeśli przez analogię przyjąć, że Kotlina stanowi podłogę pokoju, to góry są ograniczającymi ją po bokach ścianami :-D
Moją przygodę z tymi "ścianami" zaczynam w takim razie w Złotym Stoku. Zostawiłem tam samochód a żeby było dowcipniej zostawiłem włączone reflektory na trzy dni (pomimo wyjącego w aucie ostrzeżenia!). Ale to okazało się po powrocie.


Wybrałem szlak żółty przez Krzyżnik, ponieważ wtedy jeszcze nie istniał zielony szlak graniczny. W dalszej kolejności przechodzę przez Przełęcz Pod TrzeboniemJawornik Wielki /871/ i Przełęcz Jaworową
i schodzę do doliny Orłowca. Dalej bez szlaku idę do granicy i do czerwonego czeskiego szlaku, którym z grzbietem granicznym można wejść na Borówkową /899/.

Po obowiązkowej wizycie na wieży kontynuuję marsz grzbietem, potem szlak odbiega od granicy ale ja dzielnie brnę jakąś zarośniętą ścieżką graniczną. Szlak pojawia się ponownie bodaj koło Kobylej Kopy. Jeszcze kilka kilometrów granicą i wypadam na Przełęcz Gierałtowską. Tutaj mam się spotkać z menelem, koło wiaty. Ale nie ustaliliśmy, koło której! A były tam wówczas dwie: jedna gorsza na samej przełęczy i druga trójkątna poniżej na czerwonym szlaku. Z sygnałem sieci komórkowej mam problem, więc chodzę kilka razy w górę i w dół, czekając na koleżkę. W końcu ze sporym opóźnieniem spotykamy się na szlaku i instalujemy na spanie w trójkątnej wiacie.
Poranek z promyczkami słonka:

Nowy Gierałtów, gdzie menello pozostawił auto (ale tu już bez słońca 😒):

Idziemy sobie grzbietem zdobywając kolejne kulminacje grzbietu, pojawia się i mija Břidličný /945/ i oczywiście Kovadlina (Kowadło), 989m npm:

Na grzbiecie jesteśmy coraz wyżej, aż gdzieś przed Smrekiem pojawia się śnieg. Zatem mamy jeszcze kwietniowy biwaczek na śniegu.




Po posiłku idziemy dalej obchodząc worek graniczny. Trasa prowadzi przez Brousek itd, na Postawną w tym śniegu rozmiękłym już nie zbaczamy. 
Po tym uciążliwym odcinku zakręcamy na północ i przez Bile Kameny wyłazimy na Rudawiec (Polską Horę) 1106m npm.
Na tej Rudej Zdzirze, gdzie mieliśmy malutki kryzys:
Kierujemy się szlakiem i grzbietem granicznym w stronę ogólnie zachodnią. Ponieważ przeszliśmy już najwyższy punkt tego dnia, śnieg znowu robi się coraz bardziej rozmiękły i idziemy noga za nogą rozmyślając nad pozostawionymi w szafach rakietami i powodami takiej decyzji...Przez Kunčický hřbet i Chlupenkovec zmierzamy w zapadającym zmroku na Przełęcz Płoszczynę (Kladske sedlo). Tu już śniegu prawie nie ma (bo 815m npm), menel rozkłada swoje khumbu.

Na przełęczy nie istniała jeszcze Chata Kladske sedlo, to znaczy oczywiście sam budynek graniczny stał, ale było to krótko po zniesieniu kontroli między Czechami a Polską.
W tej chwili (2017) wygląda trochę inaczej.
My zaś rano idziemy oczywiście dalej w stronę Śnieżnika. Odpoczynek robimy wprost na śniegu zalegającym na przełęczy Głęboka Jama

Menel testuje nowy termos siedząc w Głębokiej Jamie 😄
Wydostanie się żlebem zielonym szlakiem w starym śniegu pochłania mnóstwo sił. Wychodzimy na górę, nawet nie wiem ile to czasu trwało...



Na szczycie Śnieżnika jak widać na fotach zimno i robimy tylko krótką sesję zdjęciową.
Schodzimy zagrzać się do schroniska i dalej w dół - nic już nas nie czeka, oprócz kłopotliwego powrotu. No bo schodzimy żółtym na Kletno a przecież auta mamy w Gierałtowie i w Złotym Stoku. 
Na szczęście na parkingu koło Jaskini Niedźwiedziej łapię stopa w postaci pary odjeżdżającej właśnie po zwiedzaniu, podwożą nas do Stronia Śląskiego.Ustalamy, że poczekam z bagażami a menello złapie stopa do odległego o siedem kilometrów Gierałtowa i stojącego tam jego samochodu.

Niestety, jakoś nikt nie chce się zatrzymać a może jedzie za mało samochodów? W takim razie dzielnie rusza z buta i dopiero niedaleko auta jakaś dobra dusza zabiera tego pogromcę asfaltu. 
Przejeżdżamy razem przez Lądek i Przełęcz Jaworową do Złotego Stoku, ja zabieram sie do mojego autka a tu dzieje się coś dziwnego.Nic nie odpala, nawet zegar nie działa...
Katastrofa kompletna...A to niedziela była, wszystko nieczynne.
Menel mnie zawlókł nieopodal na stację paliw, oczywiście nie mają nic: ani kabli, ani akumulatorów...
A tu nagle facet koło dystrybutora się odzywa i mówi, że ma w bagażniku zwój kabla i okazało się, że jest... elektrykiem!
Serdecznie go pozdrawiam, bo pomógł nam wszystko podłączyć, trzymał kabelki od akumulatora do akumulatora i potem jakoś poszło.

niedziela, 17 lutego 2008

Ferie - Korbielów

Beskid Żywiecki


2008, luty





Kolejne ferie w fajnej kompanii. Tym razem chcieliśmy zajrzeć do jednej ze 
zimowych stolic Polski - Korbielowa. 
Bierzemy pokoje w agro niedaleko "centruma". Ogólnie wyjazd miał być na zasadzie łapania dwóch srok za ogon - ja z Panem Malinowskim mieliśmy ochotę na Babią Górę, Pilsko itd,  ale również dzieci miały mieć swoją porcję atrakcji na śniegu.

Pierwsza wycieczka wspólna - wyłazimy z Korbielowa niebieskim szlakiem na przełęcz Przysłop i następnie przez Łabysówkę schodzimy czarnym na Krzyżową. 

Niestety, oddaliło nas to bardzo od naszego miejsca zamieszkania i wracaliśmy długo szosą, co mocno umęczyło szczególnie naszą młodzież.

Próbowaliśmy również sił na stoku 😄 chociaż ja nigdy nie złapałem narciarskiego bakcyla, więc dzieciom zatem też nie potrafię go przekazać. Ale zabawa był przednia:


Podjechałem też z rodzinką wyciągiem na Solisko w celu udania się na Pilsko, niestety dalsza droga była utrudniona z powodu kolizji szlaków letnich z narciarskimi, a było oczywiście mnóstwo narciarzy. Zeszliśmy zatem przez las do żółtego lub zielonego szlaku, już tego detalu nie pamiętam.

Główną wycieczką wyjazdu była wizyta na Babiej Górze wspólnie z Panem Malinowskim.
Zostaliśmy podwiezieni do schroniska Slana Voda. Stamtąd ruszyliśmy czerwonym szlakiem póki co drogą w kierunku Małej Babiej Góry. Warun zimowy był naprawdę potężny - po zejściu z drogi momentalnie wpadliśmy po uda, na szczęście byliśmy uzbrojeni w rakiety.
Podejście doliną przez Borsucze jest dość uciążliwe, ale dopiero za wspomnianym szczytem jest stromy odcinek, na którym robimy wysokość.
Wreszcie las się kończy i wychodzimy na szczytową polanę Małej Babiej Góry /1515/.

Przed nami jeszcze "tylko" zejście na przełęcz Brona i podejście zachodnim ramieniem Babiej. Mimo silnego wiatru robimy temat sprawnie, bo przecież jesteśmy na lekko. Wychodzimy na szczyt - Babia Góra /1625/:

Wracamy tą samą drogą na Małą Babią Górę i dalej granicą na przełęcz Jałowiecką, śnieg tutaj jest już przewiany i przemrożony, w rakietach idzie się po wierzchu idealnie, mijamy idącą w tym samym kierunku "pieszą" wycieczkę bez żadnego trudu. Dalej przez Słowację schodzimy do żółtego szlaku i już leśną drogą do szosy w Oravskiej Polhorze. Stąd odbiera nas samochodem Ala i wracamy do Korbielowa. 

niedziela, 6 stycznia 2008

Klątwa Worka Raczańskiego 1...ale przedtem klątwa Niżnych


Niżne Tatry+Beskid Żywiecki




2008, styczeń





W sprawdzonej trzyosobowej obsadzie udaliśmy się do Zwardonia.
"Kurierskim" szlakiem przekraczamy granicę aby udać się na ministacyjkę Skalite-Serafinov. Koleją dostajemy się do Czadcy, Żyliny i następnie do Rużomberka a autobusem do Donovalów. Lądujemy tam po południu i robimy ostatni przepak.




Szlakiem przez Koczkę wychodzimy na imponujący zachód słońca na Kozi chrbat /1330/



Śnieg jest zmrożony i idzie się wygodnie wierzchem. Obserwujemy zachodzące słońce



Jeszcze tylko zejście na Hiadeľské sedlo i możemy rozbić namiot.

Mieścimy się w moim Hotelu akurat. Po zmroku robi się solidniejszy mróz, brakuje nam wody a gotowanie jest bardzo utrudnione - z powodu silnego wiatru palniki są mało wydajne, właściwie tylko jeden sprawuje się jako tako. Na dodatek nie wiedzieliśmy o bliskim źródle - czyżby nikt nie miał porządnej mapy?

Rano okazuje się niestety, że pogoda pogorszyła się i na zmarznięty śnieg zaczął sypać świeży puch. Przez to i długotrwałe gotowanie wody ze śniegu wychodzimy późno...
Na rakietach podchodzimy na Praszywą /1673/.





Tu pojawiają się przebłyski widoków i słońca.

Ja jak głupi zapomniałem kijków...nożż szlag by to. Klątwa.

Pochodzimy jeszcze stokiem Małej Chochuli /1719/ ale jest już popołudnie - tu niestety dochodzimy do wniosku, że ze względu na rosnącą ilość śniegu nie dotrzemy w żadnym sensownym czasie do Útulňi Ďurková pod Chabencom a na nasze palniki nie mamy co liczyć (odwodnienie murowane). Zejść z grzbietu w innym miejscu ze względu na lawinowe warunki raczej też nie damy rady...jeśli nie chcemy dać zarobić służbom ratowniczym pozostaje nam wycofać się na Hiadelskie sedlo. Klątwa.
Stamtąd -pokonani- udajemy się do doliny miejscowości Korytnica-kupele. Na szosie okazuje się, że jest szansa na ostatni autobus, czekamy jakiś czas na niego.

Autobusu jednakże brak (klątwa), idziemy szosą kilka km do Liptovskiej Osady.
Tu po wizycie w knajpie szukamy jakiegoś miejsca na spanie. Po dłuższym poszukiwaniu lądujemy na tarasie nieczynnego bufetu (wtedy nie było jeszcze tego daszku z przodu, więc obudziłem się ośnieżony)

(fot.googlemaps)
Rano łapiemy autobus do Rużomberka, potem dalsze połączenia na które tracimy prawie cały dzień (klątwa) - dopiero wieczorem jesteśmy w Zwardoniu

i udajemy się na nocleg do Dworca Beskidzkiego (obecnie - 2017 - niestety w ruinie).

Po odwrocie z Niżnych Tatr pełni nadziei i nakręceni motywacyjnie szykujemy się na obejście Worka Raczańskiego - od rana powinniśmy dać radę dojść do Przegibka.
Niestety, lajtowa wycieczka zamieniła się z powodu opadów śniegu w katorgę - traskę do Raczy, która normalnie pochłania ok. 4-4,5 h, myśmy robili na rakietach w...9 godzin...i ledwo co daliśmy radę. Wieczorem tyle co mieliśmy siłę paść na pyski w schronie na Wielkiej Raczy. Trzech facetów na rakietach! Klątwa!
Tutaj dopiero na Kykuli /1087/











Wielka Racza /1236/

O dalszej wędrówce nie było już mowy z powodów czasowych. Padamy w zimnym schronisku, które wydało nam się cudownym azylem. Ogólnie wycieczka okazała się fajnym doświadczeniem na przyszłość w zimowych trudnych warunkach. 
Nauka druga to taka, że spontan jest fajny... ale najlepszy jest "spontan przygotowany" - straciliśmy sporo czasu na przejazdy nie znając rozkładów, nie mając dobrych połączeń.
Następnego dnia po swoich śladach wróciliśmy do Zwardonia.

(Większość fotek menela i Pana Malinowskiego).