Pieniny+Beskid Sądecki
2024, kwiecień
Madre mia!! Nareszcie! Minęły miesiące od ostatniego łażenia. Ten rok jest wybitnie niełaskawy pod względem górskich wypadów. Ciągle coś wyskakuje i przeszkadza. Spojrzałem na bli-blo i znalazłem wyjazd do Szczawnicy. Miał to być zarazem powrót w Beskidy, za którymi jeszcze bardziej się stęskniłem niż za Sudetami. Miało być lajtowo, bo spadek formy czułem aż w ostatnim ścięgnie i nitce mięśnia. Zatem zrezygnowałem z noszenia zwykłego zestawu z kuchnią, materacem, namiotem. Tyle tytułem wstępu i usprawiedliwienia.
Przejazd upłynął w wyjątkowo miłej atmosferze a na dodatek wieźliśmy ze sobą króliczki (!) w podróż do nowej właścicielki w Myślenicach. W Szczawnicy wylądowaliśmy akurat żebym zdążył zjeść spóźnioną zupkę cebulową i ruszać w trasę.
Podejście zaczyna się zaraz za Grajcarkiem i było to jedno z najbardziej bolesnych 270 metrów w karierze. Wyszła na jaw cała moja gnuśność i kompletny upadek formy. Ledwo wylazłem nad pierwsze dachy, musiałem się zatrzymać.I tak krok za krokiem, zadyszka za zadyszką wyszedłem na Palenicę /722/.Chłodny wiatr sprawiał, że nie było żal się zbierać. Mi droga wypadała w przeciwną do zachodu stronę, najpierw na Szafranówkę /742/ i dalej wzdłuż granicy znanym szlakiem. Teraz szło się już lepiej ale nie byłem w stanie rozwinąć zwykłej prędkości. Przy bacówce pod Wysokim Wierchem zrobiłem krótką pauzę na złapanie tchu przed ostatnimi kilometrami.
Czekał mnie jeszcze wieczór w schronisku Pod Durbaszką. Posiedziałem w samotności i poczytałem...
Na trawersie szczytu ciągłe przepuszczanie tłumu idących już a nie biegnących. Rozchodzone błoto utrudniało poruszanie się na wąskiej ścieżynce. Postanowiłem odpocząć na jednej z polanek i przy okazji poczekać do końca tego węża.

No to może chwila podsumowania. Nie powiem, żeby mi się podobało chodzenie w takich okolicznościach ale oczywiście wiem, ze moja wizja gór różni się od innych. Każda grupa powinna znaleźć swoje miejsce w poszanowaniu praw innych. Tym niemniej może tak ogromna liczba uczestników powinna być jednak jakoś limitowana.
Wyglądała na panią głuszcową szukającą miejsca na złożenie jajka. Starałem się pani nie przeszkadzać.
Cudowny bimberek 80% załatwił wszelkie problemy. Nie byłem od dawien dawna w takim miejscu, które przywołało by styl i klimat dawnych schronisk. Może trzeba się wstrzymać z oficjalnymi pochwałami, żeby zachować ten zakątek takim, jakim jest?
Jeszcze trochę oczekiwania na stacyjce i to było zakończenie imprezy. Co tu można podsumować? Czasem wystarczy bardzo niewiele, żeby przez chwilę poczuć się znów szczęśliwym. Banał. Ale prawda.










